sobota, 12 października 2013

Powiesiłem się.

Dlatego nie było notek. I nie będzie. Koniec, sio, idźcie do domu. Na sali zostają tylko martwe szczury i pijani klauni, masturbujący się nieporadnie pod ścianą. Koniec. Won.

poniedziałek, 13 maja 2013

Cienie spoza czasu, czerwone Marksy, Willie Nelson i kilka sznurków (ale głównie Cienie spoza czasu)

Czyli antologia opowiadań cthulowych, wydana przez Dobre Historie. Nie taka zła. Miejscami nawet dobra.


Zaczyna się od tekstu S. T. Joshiego, w którym ten jakże ceniony badacz twórczości Lovecrafta żali się jak to pisarze nawiązujący do Mitów Cthulhu w ogóle nic nie rozumieją, bezsensownie małpują i używają pustych znaków bez żadnej głębszej refleksji, a to przecież nie o to chodzi. Fajnie, myślę sobie, w takim razie opowiadania zawarte w tym zbiorze powinny być tymi przyzwoitymi i ich autorzy wiedzą jak użyć Wielkiego Przedwiecznego, żeby było mądro i straszno. Cóż - nie do końca. Większość z twórców popełnia dokładnie te błędy przed którymi ostrzega Joshi. Owszem, parę tekstów jest na wysokim poziomie, ale sporo to zwyczajne, proste horrory, z mackami dodanymi chyba tylko po to aby jakoś nawiązać.

Ale po kolei.

Pierwsze opowiadanie  - Dziedziniec - należy do Mistrza Alana Moore'a, a jak wiadomo, Mistrz Moore nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Jego opowiadanie cthulowe jest niezłe - Czarownik z Northampton naładował je odniesieniami do twórczości Lovecrafta i jego kolegów, tak że miejscami zahacza to o parodię, ale jednocześnie udało mu się oddać nastrój niesamowitości i kosmicznej grozy. Na podstawie tego tekstu powstał komiks, a którym pisałem na Kolorowych Zeszytach.
Szczerze mówiąc wolę wersję graficzną, ale to tylko dlatego, że jestem ćwierć-analfabetą. Więc się nie sugerujcie. Zwiedzamy dalej.

F. Paul Wilson - Pustkowia. Dosyć długie opowiadanie, miejscami nawet zbyt długie - gdyby autor parę fragmentów skrócił, to wyszłoby to na dobre. Ale i tak to zupełnie przyzwoita historia. Fabuła nie jest zbyt skomplikowana - dwójka byłych kochanków bada dziwne światła w bezkresnych sosnowych lasach Ameryki.Wilson podszedł do tematu bardzo oszczędnie - potworów prawie w ogóle się nie uświadczy, a nadnaturalność została właściwie jedynie nakreślona. Mimo to przez cały czas da się wyczuć nastrój zagrożenia i niesamowitości, a zakończenie bardzo pachnie sposobem w jaki Lovecrafta pojmują Grant Morrison czy Robert Anton Wilson.

Ok, dwa dobre opowiadania za nami, teraz czas na te słabsze.

W Grubej Rybie, Kim Newman starał się połączyć świat Lovecrafta z klimatem i sposobem narracji Chandlera. Nie wyszło. Założenie było szczytne, ale wykonanie niespecjalne. Widać, że autor za bardzo się silił na kopiowanie Chandlera w dodatku fabuła była dosyć pretekstowa. Kiepsko, panie dziejaszku.

 Nie zrażamy się i dziarskim krokiem kroczymy ku kolejnemu dziełu.

I nadziewamy się  na Grahama "I'm big in Poland" Mastertona, piszącego o pakcie jaki William Szekspir zawarł z Yog-Sothothem. Całkiem zgrabnie to napisane (lata praktyki robią swoje), ale ten Yog-Sothoth został tam strasznie na siłę wpakowany i jego mastertonowskie przedstawienie ni chuchu nie pasuje do tego co nim pisał Lovecraft. Zupełnie. Ani-ani. W dodatku motyw paktu Szekspira z "diabłem" był już wcześniej pokazany w Sandmanie. Nie wiem czy Masterton czytał ten zeszyt, ale wydaje mi się to dosyć prawdopodobne - to był dosyć głośny odcinek, dostał nawet jakieś literackie nagrody.

Edward Lee - Pierwiastek zła. Pomysł całkiem ciekawy, napisane też niczego, ale jakoś mnie nie przekonało.

W labiryncie Cthulhu, autorstwa Iana Watsona. Zaczęło się bardzo intrygująco, a skończyło dosyć przykro. Przypadek ten sam co u Mastertona - autor wziął potwora, nazwał go Cthulhu, opisał jego wygląd jako podobny do lovecraftowskiego bóstwa, po czym kazał mu się zachowywać zupełnie inaczej. Doprawdy, równie dobrze mógł go nazwać Robert, opowiadaniu w żaden sposób by to nie zaszkodziło, a czytelnik nie poczułby, że ktoś go robi w bambuko.

Po tych kilku, niezbyt szczęśliwych historiach przyszedł czas na Morta Castle'a i jego Sekret Noszony w sercu. To kolejna mieszanka dwóch stylów, tym razem Lovecrafta i Poe'go. Bardzo zgrabnie skrojona fabuła o tragedii rodzinnej i poszukiwaniu nieśmiertelności. Okazuje się, że można połączyć romantyzm z materializmem i da się zrobić to dobrze.

Tak zachęceni ruszamy dalej, pełni nadziei na kolejne piękne opowieści.

Alan Dean Foster - Wystąpił błąd krytyczny po adresem... czyli o starciu z terrorystą, grożącym, że wrzuci do internetu Necronomicon. Opowiadanie humorystyczne, nie pretendujące do miana horroru - czysta zabawa przy użyciu motywów lovecraftowskich. Wypadało, żeby chociaż jeden tego typu tekst znalazł się w antologii.

No, pośmieliśmy się, teraz trzeba brać się za rzeczy poważne.

Ramsey Campbell - Przyciąganie. Do Ziemi zbliża się nieznana planeta, a głównego bohatera nawiedzają dziwne sny. Jego ojca też kiedyś nawiedzały dziwne sny. A jego dziadek...
Intrygująca, solidnie napisana rzecz

Pan tej Ziemi, popełniony przez Gene'a Wolfe'a.  Krótka, nieprzekombinowana historia o jednym z egipskich bogów, grasującym w Stanach. Niby nic specjalnego, a jednak czytało się przyjemnie.

Ostatnie opowiadanie należy do zwycięzcy konkursu zorganizowanego przez wydawnictwo - Tomasza Drabarka. Mam wrażenie, że poziom nadesłanych prac nie był zbyt wysoki. Doceniam pomysł wplecenia istot z mitów w aktualne wydarzenia polityczne, ale - na Yog-Sothotha - niech to jakoś wygląda! A w wykonaniu szanownego zwycięzcy, niestety, nie prezentuje się to za dobrze. Jego opowiadanie jest nudne, bez polotu, straszliwie wymęczone.

I to już koniec, moje dziatki. Cienie spoza czasu polecam, aczkolwiek z pewnymi wyjątkami. Kupcie, albo zrabujcie przy nadarzającej się okazji.

A tymczasem w Trewirze - na placu Porta Nigra, Ottmar Hörl (ten od nazistowskich krasnali) postawił 500 niewielkich (ok. 1 metra), czerwoniutkich Karolów Marksów. Wystawa zorganizowana została z okazji 195-ej rocznicy urodzin filozofa i potrwa do 26 maja - potem chętni będą mogli zakupić figury - 300 eurosów ma kosztować wersja zwykła, 500 - opatrzona autografem artysty. Dotychczas skradziono 30 mini-Marksów.

 
Odcinek specjalny cyklu "Powinniście słuchać więcej country". Willie Nelson jako Gandalf - prosto od Conana O'Briena!



I do tego piosenka. Oczywiście o Szatanie.



Na zakończenie - kilka tekstów, które napisałem dla sławy i ku uciesze gawiedzi.

Na Gildii Komiksa recenzje: Szybkiego Lestera (polecam) i Fabryki (jeszcze bardziej polecam). A dla Pulpozaura bardzo brutalny tekst o Metalocalypse.

piątek, 26 kwietnia 2013

Lord Summerisle ma głos (w moim domu)

The Wicker Man (1973) to nie jest horror*. Ani-ani. No, chyba, że szanowny widz/czytelnik jest chrześcijaninem z przekonania i poważnie traktuje swoją religię oraz współwyznawców. W tym wypadku tak - może to odbierać jako przerażająca opowieść o mrocznych kultystach, czyhających na niewinne ofiary.


Film rozpoczyna się napisem:

Producent pragnie podziękować Lordowi Summerisle i mieszkańcom wyspy zachodniego wybrzeża Szkocji za możliwość zbadania ich praktyk religijnych i za ich żarliwą współpracę przy powstawaniu tego filmu. 

I tak to właśnie wygląda - to raczej fabularyzowany para-dokument, pokazujący nietypowe wierzenia niż horror, czy choćby film detektywistyczny. Oglądając go, bardziej interesowało mnie poznanie zwyczajów i rytuałów tubylców, niż losy głównego bohatera.

A głównym bohaterem jest policjant, który  przybywa na wyspę Summerisle, aby odnaleźć zaginioną dziewczynę. Tyle, że członkowie tej małej społeczności twierdzą, że nikogo takiego nie znają. W dodatku zachowują się bardzo podejrzanie. Nie, nie są niemili - wręcz przeciwnie, to bardzo sympatyczni ludzie, tyle, że trochę za bardzo,  jak na standardy Wielkiej Brytanii początku lat '70, wyzwoleni seksualnie. Co więcej - jak się później okazuje - oni nie są nawet chrześcijanami (o zgrozo!), lecz czczą dawno zapomnianych bogów.

Twórcy filmu dokonali przewrotnego zabiegu, każąc widzom kibicować kultystom, a nie detektywowi. Ileż to już było takich opowieści - tajemnicza, przeklęta wioska i przybysz z zewnątrz, próbujący rozwiązać jej zagadkę i ujść z życiem. Tu jest inaczej, a odwrócenie ról dodaje tylko filmowi uroku. Zwłaszcza, że prowadzącego śledztwo naprawdę trudno polubić - to bucowaty dewot i, szczerze mówiąc, kutas. Ciągle przeszkadza, krytykuje, narzuca mieszkańcom swoją wiarę.
Z kolei jego przeciwnik, lord Summerisle (Christopher Lee), jest kimś, z kim bardzo chętnie spędziło się wieczór. To prawdziwy przywódca swojego ludu - mądry, dbający o poddanych, powszechnie szanowany. Dżentelmen w każdym calu, miły, wszechstronnie wykształcony, elokwentny, a przy tym dowcipny, umiejący się bawić i czerpiący z życia pełnymi garściami. Żaden tam z niego demoniczny kapłan podziemnego kultu.

Świetnie wyglądają rytuały pogańskie przedstawione w filmie. Celtyckie praktyki religijne nie są wiernie odwzorowane, ale elementy, które wybrano przekonywująco oddają nastrój pogańskości. Duża w tym zasługa aktorów, którzy bardzo naturalnie odegrali sceny świąteczne. Bez zbędnego patosu, ale też nie skansenowo - tak, że można uwierzyć, że gdzieś tam, z dala od wielkich miast żyją jeszcze społeczności, praktykujące dawne religie.

Równie pogańska (i fajna) jest ścieżka dźwiękowa, napisana przez Paula Giovanniego. Muzyka trochę tradycyjna, trochę inspirowana tradycyjną, piosenki ludowe i karczemne - jakieś skrzypki, bębenki, chórki, dziecięce chórki. A Christopher Lee śpiewał wtedy o wiele lepiej niż teraz**. Najlepsi neofolkowcy mocno inspirowali się muzyką Giovanniego (jak i samym filmem) - a gdybym słuchał tych utworów bez świadomości skąd pochodzą, to prawdopodobnie pomyślałbym, że to nowa/stara płyta Currenta/Sol Invictus/Forseti (lub ich kolegów). Zresztą grupa Nature and Organisation nagrała swojego czasu cover piosenki, którą występna córka szynkarza próbowała uwieść dzielnego policjanta.




The Wicker Man sprawia wiele radości. To czysta rozkosz oglądać jak świętoszek miota się po omacku w świecie, którego nie rozumie i nie chce zrozumieć. W świecie, gdzie na porządku dziennym są orgie, rytuały seksualne, a dzieci uczy się o chrześcijaństwie jedynie w celu porównania. Chociaż wyspiarscy rodzimowiercy też dostają po uszach - wykpiwa się ich wiarę w zabobony i składanie ofiar. Niemniej, każdy kto ma w sobie choćby odrobinę pogańskiej krwi powinien obejrzeć ten film.

*O remake'u z Nicholasem Cagem nie wspominam, bo jestem człowiekiem kulturalnym.
**O jego aktualnych popisach na tym polu też nie będę pisał. Z tego samego powodu.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Krótkie komiksy są fajne, bo nawet jak nie są fajne, to przynajmniej są krótkie

Taka prawda. Bo przy dłuższych komiksach, które nie są fajne to jest problem - czyta się i czyta, jest nudno-brudno, ale się czyta, bo może coś się zmieni, może jakieś drugie dno, a potem okazuje się, że nie i pół dnia zmarnowane, niesmak pozostaje i w ogóle jakaś taka dziwna nienawiść do autora i samego siebie. A jak krótki trudno, zdarza się nie zawsze się wygrywa.

Atmospherics - jak pisałem - Warren Ellis ma swoje lepsze i gorsze momenty.  Atmospherics zalicza się do tych całkiem przyzwoitych. To króciutki komiks - cały album (zeszyt?) ma, włączając galerię i posłowie, 48 stron. Narracyjnie jest  oszczędny - skupia się właściwie wyłącznie na rozmowie trzech osób i dosyć panicznych, fragmentarycznych retrospekcjach. Główną bohaterką jest kobieta, która (jak twierdzi) jako jedyna ocalała z pogromu, jaki kosmici zgotowali pewnemu miasteczku. Przesłuchujący ją oficer ma jednak wątpliwości i zaczyna się gra domysłów, przechodząca w próbę sił, by skończyć się dosyć dobrym twistem.  Ellis po raz kolejny pokazuje, że jest naprawdę chorym, uwielbiającym pławić się we krwi swoich bohaterów skurwysynem, z naprawdę chorym poczuciem humoru.


Kwaziu. Nie czytałem pierwszego zeszytu przygód garbatego wampira, ale sądząc po przykładowych planszach był to ciężki do strawienia kawałek komiksu. Ale może się mylę, pozwijcie mnie jakby co. Abstrahując od tego, druga część jest rozkoszna i bardzo zabawna. Sympatyczny wampir Kwaziu jedzie na zlot wampirów u hrabiego, gdzie spotyka starych znajomych, przemienionych w krwiopijców: Witkacego, carycę Katarzynę II, a nawet Abrahama Van Helsinga. I jak to bywa w tego typu sytuacjach, wszyscy się świetnie bawią,  również czytelnicy. To bardzo przyjemny zeszyt - śmieszny, ładnie narysowny i z niezłym pomysłem na wampiry.


Miłość. Ten komiks to żart. Po prostu. Zabawa w skakanie po kliszach i konwencjach oraz w robienie w
chuja czytelnika. Co zresztą się bardzo dobrze w moim przypadku udało, bo po skończonej lekturze poczułem się zrobiony profesjonalnie w chuja.

A, i obrazki są całkiem-całkiem. I okładka też niezła - zresztą jest tuż obok, więc popatrzcie sami.





Duszyczka w Krakowie: Tajemnica szalonego orkiestrmistrza - komiksowy zeszycik stworzony przez braci Minkiewiczów dla Urzędu Miasta Krakowa, mający promować ten, jakże piękny gród.  Rożnie było z dostępnością pozycji - ja swój egzemplarz, w wersji angielskiej (panie, to dla zagraniczniaków), znalazłem przypadkowo na recepcji jednego z krakowskich akademików. Komiks to szczerze mówiąc banał - zarówno w treści, jaki i w formie. Obrazki są ładne, kolory przyjemne dla oka, ale nie wybijają się ponad przeciętność. Skrawki absurdalnego humoru zdają się być wciśnięte na siłę, tylko po to by pokazać, ze to naprawdę dzieło gości od Wilq'a, a nie jakiś innych facetów o tych samych nazwiskach. Średnio się to udało - ja wciąż mam wątpliwości. Rozumiem, że po wszelkiej maści komiksach okolicznościowych/historycznych/reklamowych nie należy spodziewać (tak, wiem, że istnieją chwalebne wyjątki) się wiele, ale gdy za coś takiego biorą się bracia M., to u człowieka pojawiają się jakieś chore oczekiwania i liczy na coś w stylu Co to jest wątośle? 


Tymczasem na Pulpozaurze:  mój tekst o animowanych Sprzedawcach. Nie jest zły, mogliby go szanowni państwo przeczytać w wolnej chwili.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Authority nie jest aż takie złe

No dobrze - pierwsze trzy części (licząc wedle polskiego wydania) były słabiutkie. Komiks, który obiecywał wiele - nowatorskie podejście do postaci superbohaterów, trzymającą-w-napięciu-akcję, brutalność bla bla bla... - okazał niezbyt fascynującą, taką sobie serią. Scenarzysta Warren Ellis po prostu przedobrzył - napchał wszystkiego za dużo, za szybko i historie przez niego opowiedziane wypadły bardzo nieprzekonująco. Superbohaterowie byli supersilni, ich statek był super, superźli faceci też byli supersilni, super się bili, a cywile całkiem super ginęli. Wszystko było super oprócz obiecywanego dramatyzmu. Ani ciekawe to nie było. Ani nowatorskie. Owszem, bohaterowie byli brutalni i czasami sadystyczni, przeklinali i palili papierosy (jak prawdziwi chuligani), ale nie było w tym nic odkrywczego. Po komiksach m. in. Moore'a i Millera było to przysłowiowe wyważanie otwartych drzwi.

No dobrze, odrobinę się zagalopowałem - seria nie była taka do końca zła, miała kilka fajnych pomysłów, główni bohaterowie zostali w miarę sensownie pomyślani (zwłaszcza gejowska wersja Batmana i Supermana), a rysunki Bryana Hitcha, chociaż efekciarskie, były dosyć solidne. Jednak brakowało w niej scenarzysty, który nadałby temu wszystkiemu odpowiednią dynamikę i pozory realizmu.

I pojawił się Mark Millar, który w odróżnieniu od Ellisa utrzymuje w swojej twórczości równy, solidny poziom (ale muszę zaznaczyć, że z kolei Ellis miewa przebłyski geniuszu ["Transmetropolitan"], a Millar jedynie trzyma równy, solidny poziom).
A ja całkiem niedawno przeczytałem tom czwarty, zatytułowany "Narodziny" (wciąż wedle polskiej numeracji), początek występów Millara i muszę przyznać, że to zupełnie satysfakcjonujący komiks.  Warto wspomnieć, że w tym albumie za  grafikę odpowiada Frank Quitely ("WE3", "JLA: Ziemia 2"), którego specyficzną manierę bardzo lubię i cenię. 

Zaczynając:

Po bohaterskim zabiciu boga i śmierci przywódczyni grupy, Jenny Sparks bohaterowie koncentrują się na bardziej przyziemnych misjach: obalaniu dyktatorów oraz pomocy najuboższym i prześladowanym. Tymczasem Doktor, korzystając ze swoich szamańskich mocy odkrywa, że esencja liderki nie zginęła wraz z nią, lecz odrodziła się w dziecku urodzonym 1 stycznia 2000. Bohaterowie ruszają, by objąć niemowlaka ochroną, jednak Bardzo Źli Ludzie ludzie mają co do niego inne plany...


To nie jest rewolucja serii, raczej ewolucja - Millar nie dokonał jakiegoś znaczącego przewrotu w samej esencji "Authority" - wciąż jest to opowieść o tym jak dzielni bohaterowie ratują świat. Nowy scenarzysta trochę inaczej rozłożył akcenty, ciut lepiej napisał dialogi, dodał więcej humoru. Nie brakuje tępej nawalanki - mimo wszystko to rozrywkowy komiks superbohaterski i pewne elementy są nieuniknione. Nie oszukujmy się - nawet jeśli herosi w kostiumach mierzą się z trochę innymi problemami, to wciąż większość z nich rozwiązują tradycyjnym ciosem w nos (wyjątkiem jest konfrontacja z Głównym Złym, która faktycznie jest czymś, czego nie widuje się na co dzień).
Komiks Millara i Quitely'ego czyta się bardzo przyjemnie. Akcja nie jest specjalnie skomplikowana, ale poprowadzono ją tak sprawnie, że wciąga i trzyma uwagę na wystarczająco długo. Czytelnik nie zwraca uwagi na takie głupotki jak groteskowy, zdegenerowany szalony naukowiec czy kolejne, coraz bardziej niedorzeczne hordy nadludzi, bo niedostatki udanie są przysłonięte przez sprawność warsztatową obu autorów. Poza tym fajnie jest czasami pooglądać jak Dobrzy Faceci tłuką Złych Facetów, rzucając czarnohumorzastymi dowcipasami. W dodatku robią to naprawdę widowiskowo - rozrywają wrogów na strzępy, odcinają im głowy, palą żywcem, wbijają wielkie, kolczaste kule w odbyt itd. Niezbyt realistyczny, lekko karykaturalny styl Quitely'ego dodaje do akcji nutkę jakże potrzebnej ironii, a także bardzo dobrze pokazuje krew, flaki i latające mózgi. 


Mimo, że naparzanie niedobrych ludzi jest tym o co w tym komiksie chodzi, to jednak elementem decydującym o jego wartości jest głównie tło - cała otoczka pokazująca bohaterów jako ludzi, którzy mają swoje (liberalno-lewicowe*) przekonania i starają się je realizować. Sceny w których herosi kłócą się prezydentem USA (o nie!), broniąc swojej wizji świata, fragmenty ich wystąpień w mediach, czy momenty pokazujące jak spędzają wolny czas bardzo zgrabnie dają odczuć, że ten świat nie jest taki bardzo nieprawdopodobny. A przynajmniej pomagają zawiesić na jakiś czas niewiarę.

Kończąc:

"Authority" Millara nie jest wybitne, to raczej przyjemne czytadło, które może zapewnić chwilę niezobowiązującej rozrywki. Nie odmóżdża, chociaż też zbytnio nie angażuje tego, jakże ważnego organu. Odzyskałem wiarę w serię i pewnie w niedalekiej przyszłości prawdopodobnie sięgnę po kolejne części.

* Tak, wiem. Też wolałbym anarchistów

 POWINNIŚCIE-SŁUCHAĆ-WIĘCEJ-COUNTRY - w dzisiejszym odcinku gościmy Lonesome Wyatta, znanego z występów w zespole Those Poor Bastards. Na dzisiejszy wieczór proponuję szanownym słuchaczom trzy piosenki tego pana - jeden w duecie z Rachel Brooke, a dwa z Holy Spooksami. Wszystkie są mroczne, gotyckie i ponure. Bawcie się dobrze i pamiętajcie o śmierci!






czwartek, 28 marca 2013

Nie pisałem na blogu, bo pisałem gdzie indziej (i robiłem różne ważne rzeczy)

Ale to się zmieni. Obiecuję - od teraz będę regularnie pisał blogonotki, wezmę się porządnie za siebie i stanę się lepszym człowiekiem. A póki co wklejam linki do tekstów zamieszczonych w innych częściach internetu.

Na początek komiksiki. Komiksiki zawsze pierwsze: co nieco o ostatnim zeszycie z przygodami Człowieka Paroovki oraz o najnowszej części Mureny. Dla Gildii Komiksu.

Nie tak dawno temu powstał nowy blogoportal o serialach - Pulpozaur. Dziewczyny i chłopaki piszą bardzo ciekawie o (w większości wypadków) produkcjach, które warto oglądać. Aktualnie trwa tam Festiwal Doktora - z okazji rychłego powrotu Doctora Who na antenę, codziennie pojawiają się tam teksty o tematyce okołodoktorowej. Ja napisałem o Torchwood.


A gościem dzisiejszego odcinka Powinniście Słucha Więcej Country jest Rykarda Parasol. Tak, ona tak naprawdę się nazywa. Jest córką Szwedki i polskiego Żyda, gra dosyć mroczny folk/country i całkiem często występuje w Krakowie (szkoda, ze ja zawsze wtedy jestem gdzie indziej, robię co innego albo dowiaduję się po fakcie). Poniżej kawałek z nadchodzącej, trzeciej płyty - "Against the Sun", a zaraz pod nim moja ulubiona jej piosenka. Słuchajcie i doceniajcie!



piątek, 1 marca 2013

Wesołe piosenki o Gwiezdnowojniu - przegląd subiektywny

Stwierdzić, że Gwiezdne Wojny mają duży wpływ na kulturę to trochę jakby powiedzieć, że Hitler miał nieładnego wąsa. Ale żarty na bok. Dzisiaj chciałbym szanownemu państwu polecić parę piosenek, nawiązujących w ten czy inny sposób do świata dzielnych rycerzy Jedi i potężnych Wookiech, które tak się składa, że są w miarę dobre. A przynajmniej nie są złe.

Zaczynamy, za przeproszeniem, pierdolnięciem -  Chewbacca, zespołu DVDA. Dla niezorientowanych: w tej kapeli graja Matt Stone i Trey Parker (dla bardziej niezorientowanych: to ci panowie co wymyślili South Park), a nazwa zespołu to akronim od double vaginal, double anal. Tak tylko piszę, może komuś się przyda.



Dżentelmeni z Queens of the Stone Age umieścili na swojej pierwszej płycie kawałek These Aren't the Droids You're Looking For. Utwór jest instrumentalny, więc nie wiem co ma wspólnego z Gwiezdnowojniem - no, ale tytuł zobowiązuję, więc radzę przesłuchać. Poza tym to panowie ładnie grają.



Pisząc o  muzyce z odległej galaktyki nie można zapomnieć o parodiach Weird Ala Yankovica. Pierwsza, Yoda powstała prawie 30 lat temu i opowiada o spotkaniu Luke'a i najpotężniejszego muppeta. Jako podstawa posłużyła piosenka grupy The Kinks, Lola.
Drugie podejście miało miejsce w czasach pierwszego epizodu, gdy Weird Al przekształcił American Pie, Dona McLeana na historię młodego Anakina i zatytułował ją Saga begins
Weird Al znany jest z tego, że chujowe piosenki przerabia na całkiem zacne i czasami śmieszne. Yoda i Saga begins może nie są jego najlepszymi tworami, ale są dużo lepsze od oryginałów. Saga ... w dodatku jest lepsza od filmowego pierwowzoru. 



Kolejna parodia, tym razem autorstwa Richarda Cheese'a, człowieka, który przywrócił światu lounge. Kawałek na melodię Copacabana, Barry'ego Manilowa. Dobry dosyć.



Oprócz tego Cheese wraz z zespołem zagrali loungową wersją Marsza Imperialnego (baczność), polecam dosłuchać do końca - w finale czego na szanownych państwa zabawna niespodzianka (spocznij).


Pewnego razu, skuszony przez znajomego* przesłuchałem kilka płyt Voltaire'a - większość jego kawałków jest raczej słaba, sporo jest absolutnie niesłuchalnych, ale ten jeden jest naprawdę przyjemny. Pod warunkiem, że ktoś lubi gejowską pornografię w rytmach country. Tak, właśnie tak - piosenka Cantina jest uroczą balladą o pewnej homoseksualnej orgii, która miała miejsce w Mos Eisley. W rytmie country. Jeśli czyjeś dzieciństwo zostało zgwałcone, to bardzo przepraszam, ale tak działa internet. Pogódźcie się z tym. 

Tutaj mamy koleżkę, który specjalizuje się w dodawaniu  słów do tematów muzycznych ze znanych filmów. Czasami mu to wychodzi nieźle, czasami nie, bywa śmiesznie, bywa średnio śmiesznie - Gwiezdne Wojny są akurat udane. Oczywiście, szanownej publiczności polecam zapoznanie się z jego innymi piosenkami - jak pisałem: niektóre są dobre.


A ten jegomość wpadł na pomysł, aby śpiewać o Gwiezdnych Wojanach, używając melodii z innych ścieżek dźwiękowych Johna Williamsa. Bardzo sympatyczne to jest i miejscami zabawne.



Z naszego podwórka. Zanim Kazik Staszewski stał się najczęściej okradanym człowiekiem w Polsce (strata Kazika), udało mu się wyprodukować trochę dobrej muzyki. Pieśń ku czci wielkiego moffa Wilhuffa Tarkina (Peter Cushing pamiętamy) kiedyś mi się bardzo podobała, teraz podoba mi się mniej, ale to wciąż dobry kawałek. Tak mi się przynajmniej wydaje.


Wybór piosenek jest subiektywny, więc jeśli komuś się nie podobają, to bardzo mi przykro, ale ja nic na to nie poradzę. Z drugiej strony, gdyby ktoś chciał polecić jakieś inne gwiezdniowojenne muzyczki, to będę bardziej niż zobowiązany.

*To już nie jest mój znajomy.