czwartek, 28 marca 2013

Nie pisałem na blogu, bo pisałem gdzie indziej (i robiłem różne ważne rzeczy)

Ale to się zmieni. Obiecuję - od teraz będę regularnie pisał blogonotki, wezmę się porządnie za siebie i stanę się lepszym człowiekiem. A póki co wklejam linki do tekstów zamieszczonych w innych częściach internetu.

Na początek komiksiki. Komiksiki zawsze pierwsze: co nieco o ostatnim zeszycie z przygodami Człowieka Paroovki oraz o najnowszej części Mureny. Dla Gildii Komiksu.

Nie tak dawno temu powstał nowy blogoportal o serialach - Pulpozaur. Dziewczyny i chłopaki piszą bardzo ciekawie o (w większości wypadków) produkcjach, które warto oglądać. Aktualnie trwa tam Festiwal Doktora - z okazji rychłego powrotu Doctora Who na antenę, codziennie pojawiają się tam teksty o tematyce okołodoktorowej. Ja napisałem o Torchwood.


A gościem dzisiejszego odcinka Powinniście Słucha Więcej Country jest Rykarda Parasol. Tak, ona tak naprawdę się nazywa. Jest córką Szwedki i polskiego Żyda, gra dosyć mroczny folk/country i całkiem często występuje w Krakowie (szkoda, ze ja zawsze wtedy jestem gdzie indziej, robię co innego albo dowiaduję się po fakcie). Poniżej kawałek z nadchodzącej, trzeciej płyty - "Against the Sun", a zaraz pod nim moja ulubiona jej piosenka. Słuchajcie i doceniajcie!



piątek, 1 marca 2013

Wesołe piosenki o Gwiezdnowojniu - przegląd subiektywny

Stwierdzić, że Gwiezdne Wojny mają duży wpływ na kulturę to trochę jakby powiedzieć, że Hitler miał nieładnego wąsa. Ale żarty na bok. Dzisiaj chciałbym szanownemu państwu polecić parę piosenek, nawiązujących w ten czy inny sposób do świata dzielnych rycerzy Jedi i potężnych Wookiech, które tak się składa, że są w miarę dobre. A przynajmniej nie są złe.

Zaczynamy, za przeproszeniem, pierdolnięciem -  Chewbacca, zespołu DVDA. Dla niezorientowanych: w tej kapeli graja Matt Stone i Trey Parker (dla bardziej niezorientowanych: to ci panowie co wymyślili South Park), a nazwa zespołu to akronim od double vaginal, double anal. Tak tylko piszę, może komuś się przyda.



Dżentelmeni z Queens of the Stone Age umieścili na swojej pierwszej płycie kawałek These Aren't the Droids You're Looking For. Utwór jest instrumentalny, więc nie wiem co ma wspólnego z Gwiezdnowojniem - no, ale tytuł zobowiązuję, więc radzę przesłuchać. Poza tym to panowie ładnie grają.



Pisząc o  muzyce z odległej galaktyki nie można zapomnieć o parodiach Weird Ala Yankovica. Pierwsza, Yoda powstała prawie 30 lat temu i opowiada o spotkaniu Luke'a i najpotężniejszego muppeta. Jako podstawa posłużyła piosenka grupy The Kinks, Lola.
Drugie podejście miało miejsce w czasach pierwszego epizodu, gdy Weird Al przekształcił American Pie, Dona McLeana na historię młodego Anakina i zatytułował ją Saga begins
Weird Al znany jest z tego, że chujowe piosenki przerabia na całkiem zacne i czasami śmieszne. Yoda i Saga begins może nie są jego najlepszymi tworami, ale są dużo lepsze od oryginałów. Saga ... w dodatku jest lepsza od filmowego pierwowzoru. 



Kolejna parodia, tym razem autorstwa Richarda Cheese'a, człowieka, który przywrócił światu lounge. Kawałek na melodię Copacabana, Barry'ego Manilowa. Dobry dosyć.



Oprócz tego Cheese wraz z zespołem zagrali loungową wersją Marsza Imperialnego (baczność), polecam dosłuchać do końca - w finale czego na szanownych państwa zabawna niespodzianka (spocznij).


Pewnego razu, skuszony przez znajomego* przesłuchałem kilka płyt Voltaire'a - większość jego kawałków jest raczej słaba, sporo jest absolutnie niesłuchalnych, ale ten jeden jest naprawdę przyjemny. Pod warunkiem, że ktoś lubi gejowską pornografię w rytmach country. Tak, właśnie tak - piosenka Cantina jest uroczą balladą o pewnej homoseksualnej orgii, która miała miejsce w Mos Eisley. W rytmie country. Jeśli czyjeś dzieciństwo zostało zgwałcone, to bardzo przepraszam, ale tak działa internet. Pogódźcie się z tym. 

Tutaj mamy koleżkę, który specjalizuje się w dodawaniu  słów do tematów muzycznych ze znanych filmów. Czasami mu to wychodzi nieźle, czasami nie, bywa śmiesznie, bywa średnio śmiesznie - Gwiezdne Wojny są akurat udane. Oczywiście, szanownej publiczności polecam zapoznanie się z jego innymi piosenkami - jak pisałem: niektóre są dobre.


A ten jegomość wpadł na pomysł, aby śpiewać o Gwiezdnych Wojanach, używając melodii z innych ścieżek dźwiękowych Johna Williamsa. Bardzo sympatyczne to jest i miejscami zabawne.



Z naszego podwórka. Zanim Kazik Staszewski stał się najczęściej okradanym człowiekiem w Polsce (strata Kazika), udało mu się wyprodukować trochę dobrej muzyki. Pieśń ku czci wielkiego moffa Wilhuffa Tarkina (Peter Cushing pamiętamy) kiedyś mi się bardzo podobała, teraz podoba mi się mniej, ale to wciąż dobry kawałek. Tak mi się przynajmniej wydaje.


Wybór piosenek jest subiektywny, więc jeśli komuś się nie podobają, to bardzo mi przykro, ale ja nic na to nie poradzę. Z drugiej strony, gdyby ktoś chciał polecić jakieś inne gwiezdniowojenne muzyczki, to będę bardziej niż zobowiązany.

*To już nie jest mój znajomy.

wtorek, 19 lutego 2013

Tata Leo DiCaprio też robił komiksy, ale to nie o nim będzie dzisiejsza notka

Wiedzieliście, że tata Leonardo DiCaprio robił komiksy? Nie? Ja też nie wiedziałem, ale teraz wiem i bardzo chętnie się tą wiedzą dzielę, żebyście mogli poszpanować w towarzystwie.
W dodatku (powołując się na Wikipedię, co mam nadzieję wybaczycie) nie był jakimś tam szeregowym wyrobnikiem, jeno undergroundowym artychą. Kontrkulturowym nawet. Na podstawie tekstu Timothy'ego Leary'ego (tegoTimothy'ego Leary'ego) napisał scenariusz do Neurocomicsu (1979). Razem z nim przy tym dziełku pracowali Tim Kummero i Pete Von Scholly. Popełnił też parę innych komiksików, ale myślę, że praca praca z Leary'm przyniosła mu całkiem sporo splendoru.

Ale to tylko taka ciekawostka. To nie będzie notka o George'u DiCaprio (mimo tytułu, wiecie, rozumiecie - marketing), tylko właśnie o polskim rzeźbiarzu, zapomnianym raczej, Stanisławie  Szukalskim. Który, kolejna ciekawostka, przyjaźnił się z klanem DiCaprio. Dzięki temu, powyższy wstęp nie wydaje się być już tak bardzo nie na temat, prawda robaczki?

Stanisław Szukalski (1893 - 1987) - artysta rzeźbiarz, pracownik chicagowskiej rzeźni, twórca zermatyzmu, przywódca szczepu Rogate Serca, a przy tym osobnik obłąkany niczym marcowy zając.

Postać Szukalskiego-artysty przysłaniają trochę jego ekscentryczne poglądy. W jego sposobie patrzenia na świat nacjonalizm szedł ramię w ramię z antysemityzmem oraz antyklerykalizmem, mieszał się ze słowianofilstwem, kultem siły, młodości i wiarą w bogów słowiańskich. Do tego dochodziły pokręcone pseudonaukowe teorie na temat historii języków i pochodzenia rasy Słowian.

Marzył o stworzeniu nowej Polski - silnej, opartej na kulturze i wierzeniach słowiańskich. Podchodził do tego nie od strony politycznej, ale artystycznej (co mu się chwali). Uważał, ze Polska stanie się silnym krajem jedynie wtedy gdy przestanie "pawiem narodów być i papugą", porzuci powielanie obce wzorców i stworzy własną kulturę opartą na spuściźnie słowiańskiej. Zarówno w pismach "politycznych" oraz "historycznych", jak i w twórczości artystycznej nawiązywał do tradycji słowiańskich, a przynajmniej do tego co uważał za nie. Stworzył symbol Toporła, który był używany m. in. do znakowania nieżydowskich sklepów. Teraz z uporem maniaka posługują się nim różne Nikloty i inne Zadrugi ("Patriotyczny ptak z trzonkiem").
Jak wspominałem na początku, Szukalski był conieco odklejony od rzeczywistości. Chciał zostać wieszczem-przywódcą narodu, który poprzez sztukę obudzi serca i popchnie lud do tworzenia nowego państwa.
Centrum kulturalno-religijnym Polski miała być umiejscowiona w wawelskiej Smoczej Jamie Duchtynia, gdzie mieszkał duch Polski. Przed wejściem do niej miał stać pomnik Oswobodziciela o twarzy Piłsudskiego, wewnątrz było miejsca dla grobowca Marszałka oraz statua Światowida, którego cztery twarze przedstawiały największych według niego Polaków: Kazimierza Wielkiego, Kopernika, Piłsudskiego i Mickiewicza.

Józef Piłsudski był obiektem silnej fascynacji Szuklaskiego. Artysta bardzo się obraził, kiedy po śmierci naczelnika odrzucono jego projekt pomnika. Symbolicznym gestem wypięcia się na niewdzięczny lud polski było przyjęcie amerykańskiego paszportu. Z perspektywy czasu okazało się to nie takim głupim posunięciem - kiedy zaczęła się wojna Szukalski mógł opuścić kraj i schronić się w USA. Gdyby został, prawdopodobnie nie pożyłby za długo - albo by go wykończyli Niemcy (którzy uważali jego sztukę za zdegenerowaną i po zajęciu Polski zniszczyli wiele jego dzieł), albo Sowieci. A tak dożył prawie 94 lat - wiodło mu się różnie, ale stworzył w tym czasie wiele fantastycznych rzeźb.

To Piłsudski
I to też Piłsudski
Poglądy poglądami,a sztuka sztuką - w ostatecznym rozrachunku nie liczy się co artysta sobie wyobrażał na temat tych czy innych ludzi, ale co stworzył. Rzeźby i obrazy Szukalskiego są nierozerwalnie związane z jego teoriami, jednak dla odbiorcy początku XXI wieku mogą funkcjonować bez podłoża teoretycznego.
Kto raz zetknął się z dziełami Szukalskiego bez trudu rozpozna inne jego twory - monumentalne posagi, kipiące energią i okraszone dziwaczną symbolika od razu wskazują na postać autora. Ciężką prostotę łączył z motywami roślinnymi i zwierzęcymi. Wbrew swojej ideologii dodawał elementy zaczerpnięte z innych kultur - m. in. Indian Ameryki Południowej, Bliskiego i Dalekiego Wschodu, Egiptu. Jego rzeźby, nawet te niewielkich rozmiarów, sprawiają wrażenie potężnych monolitów, wykutych przez jakieś zapomniane plemiona przedludzkich tytanów. Emanują siłą i wewnętrzną mocą, a przynajmniej sprawiają takie wrażenie. Są nasycone symbolami. Wielkie, majestatyczne, wydają się być obiektami pogańskich kultów.


Dużą sympatią darzył Mussoliniego - wyrzeźbił nawet pomnik Duce, który miał być prezentem dla niego od polskiego ambasadora, jednak kiedy dyplomaci zobaczyli dzieło, doszli do wniosku, że podziękują. Bo wyobraźcie sobie państwo (albo lepiej popatrzcie, zamieszczam obok) - Mussolini na czworakach, przedstawiony jak Wilczyca Kapitolińska, z dwoma wilczkami pod piersią i dumnie wzniesiona prawicą. Cóż, sam pomnik bardzo ładny, jednak ludzie o umysłach spaczonych i występnych mogą go opacznie odczytać, hihihi.




Wernisaż w Krakowie, rok 1936
Przed wojną był twórcą hołubionym - miał wokół siebie uczniów, adoratorów, naśladowców - zarówno w kraju, jak i po drugiej stronie wielkiej wody. W 1929 roku założył grupę artystyczną Szczep Rogate Serce, której członkowie hołdowali jego poglądom. Wstępując do grupy przyjmowali "słowiańskie imiona" np. Ładomir z Krakowa, Kurhanin ze Słociny, Ziemitrud z Kalwarii czy Słońcesław z Żołyni.
Wesołe chłopce.







Był artystą bezkompromisowym, nieulegającym presji opinii publicznej. Wolał niektórych zbyt awangardowych projektów nie realizować niż iść na jakiekolwiek ustępstwa.  W 1925 wygrał konkurs na pomnik Adama Mickiewicza dla Wilna. Niestety, uznano, że mimo, iż jego praca była najlepsza, to jednak rzeźba, nawiązująca stylem do sztuki Indian południowoamerykańskich, przedstawiająca wieszcza, karmiącego swoją krwią orła białego nie jest tym, czego miasto by sobie życzyło i projekt (jak wiele innych Szukalskiego) nie został wykonany.







Szukalski był również twórcą teorii, wedle której wszystkie języki wywodziły się od jednego pierwotnego języka - macimowy (po angielsku "protong"). Polski miał być najbardziej doń zbliżony, a sami Polacy (Słowianie) wywodzili się z Wyspy Wielkanocnej. Te karkołomne teorie miały odzwierciedlenie w jego sztuce. Projekt warszawskiej syrenki miał zakładał, że statua będzie otoczona przez miniaturowe repliki słynnych głów.

Po śmierci rzeźbiarza jego prochy zostały rozsypane na Wyspie Wielkanocnej.









Jako prawdziwy rodzimowierca, Szukalski gardził chrześcijaństwem, uważając je za religię słabych, która przeszkadzała rozwojowi kraju. Jednak, w późniejszym okresie życia, jego niechęć jakby wygasła. Stworzył kilka dzieł o charakterze religijnym - m. in. Pietę, a kiedy Karol Wojtyła został wybrany papieżem, zaprojektował pomnik przedstawiający nowego biskupa Rzymu jako umięśnionego giganta, niszczącego jałtańską hydrę. Rzeźba, rzecz jasna, nigdy nie została postawiona. A szkoda - wyobraźcie sobie państwo: na dziedzińcu, przykładowo Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II zostaje odsłonięty monument Szukalskiego, niebo momentalnie zasnuwają burzowe chmury, w ziemię uderzają setki, tysiące piorunów, wszystkie potworkowate pomniki JP2, których tyle się ostatnimi laty namnożyło, rozpadają się w pył, a Czesławowi Dźwigajowi wybucha wątroba. Czyż to nie byłoby piękne? Byłoby.





Czy Szukalski był geniuszem? Tak. Czy był obłąkany? Prawdopodobnie. W dzisiejszych czasach możemy potępiająco kiwać paluszkiem na jego poglądy i natrząsać się z jego teorii, ale jednocześnie musimy docenić jego twórczość. Tzn. nie musimy, ja nikogo nie zmuszam, to tylko taka figura retoryczna - wyrażam zdanie jeno i byłoby mi bardzo miło, gdybyście się, szanowni państwo ze mną zgodzili. Niemniej, doradzam zapoznać się, a nuż trafi się okazja dzięki temu zabłysnąć w towarzystwie.


Tadeusz "Bór" Komorowski



Sołżenicyn



Mikołaj Kopernik

wtorek, 22 stycznia 2013

Ameryka jest pokręcona i, szczerze mówiąc, trochę głupia

Na początek chciałbym napisać, że przez większość życia myślałem, że J. G. Ballard jest Amerykaninem. Nie wiem dlaczego. Może to wina Spielberga.
Ale mniejsza z tym. Nie tak dawno temu przeczytałem jego "Witaj, Ameryko" (Ballarda, nie Spielberga). Tytułowy kontynent został spustoszony przez katastrofę ekologiczną, a większość obywateli uciekła do Europy. Sto lat później, potomkowie tych emigrantów (którzy byli potomkami emigrantów) przybywa z ekspedycją, żeby sprawdzić co się tam aktualnie dzieje.  Po pierwszych stronach spodziewałem się twardej historii o zmaganiu się z nieokiełznaną przyrodą, własnymi słabościami, zdradą towarzyszy. Opowieści o tym jak zmienia się ludzka natura w ekstremalnych warunkach. Coś w stylu conradowo-hemingwayowskim. I trochę tak było. Na początku. A później zmieniło się w szaloną zabawę z kliszami amerykańskiej kultury. Pojawiają się nowi Indianie - plemiona Biurokratów, Gangsterów, Astronautów, Gejów i Rozwódek. Tubylcy są niemalże skończonymi analfabetami, a imiona przybierają nazw dawnych marek i firm. Bohaterowie odkrywają odradzającą się Amerykę w dżungli Las Vegas, gdzie prezydent Charles Manson stara się odtworzyć państwo przy pomocy małoletnich Meksykanów, a wspomaga go naukowiec budujący roboty na podobieństwo dawnych gwiazd filmowych i byłych prezydentów.

Ballard bezwstydnie naśmiewa się z marzeń nowych kolonistów i ich wizji Ameryki. Każdy z nich był opętany jednym z amerykańskich mitów: mitem prezydenta USA, dzikiego zachodu, bogactwa, imperium, potęgi nuklearnej. Autor pokazał jak groteskowe są te mity. Prawdziwa Ameryka jest zupełnie inna: zwykła, nieromantyczna, brutalna i odrobinę głupia. Oczywiście, przez pryzmat bohaterów  pokazuje jakie jest powszechne wyobrażenie europejczyka o Stanach Zjednoczonych. Wyobrażenie, budowane na bazie popkulturowej: filmach, książkach, komiksach, serialach. Amerykański Sen o innym świecie, który jednak jest trochę podobny do naszego, ale jednak inny. Większy, bogatszy, dający nieograniczone możliwości. Państwo sprawiedliwych, które potrafi przeciwstawić się globalnemu terroryzmowi oraz atakowi z innej planety i na którym te ataki się koncentrują. Pępek świata, nowe centrum cywilizacji zachodniej.

"Witaj, Ameryko" nie jest wybitną powieścią - pewne watki zostały wyraźnie potraktowane po łebkach, inne niepotrzebnie rozwleczone. Znalazło się też kilka głupotek. Ale ja Ballarda lubię. Lubię surowość jego stylu i nieustępliwy pesymizm. Jak się czyta jego utwory (zwłaszcza te science-fiction, które dzieją się w odległej przyszłości, czyli na przełomie XX i XXI) to człowiek aż się cieszy, że świat się jeszcze trzyma i wygląda tak jak wygląda. Poza tym książkę można dorwać za równowartość dwóch piw (w sklepie, nie w Pięknym psie).


Jak już jesteśmy przy temacie Ameryki, to warto by było posłuchać trochę country, prawda? Albo prawie country. Piosenka którą prezentuję w pierwotnej wersji była jak najbardziej country i śpiewała ją Tammy Wynette. Jak by to ująć? Nigdy nie znalazła się na liście moich 100 000 ulubionych kawałków. potem była wersja Blues Brothers, która była już fajniejsza. A ostatnio natrafiłem na cover w wykonaniu Motorhead i z wokalem Wendy O. Williams. Tak, to było to. Banda alkoholików i narkomanów zamieniła smętne postękiwanie w metalowo-panczurową petardę.

Mroczna ciekawostka: panie Wynette i Williams pożegnały się z tym padołem łez tego samego dnia - 6 kwietnia 1998 roku. Tammy pokonał skrzep krwi, a Wendy strzeliła samobója.



Mroczna ciekawostka #2: Stand By Your Man śpiewał również wampir Cassidy, w "Kaznodziei", Gartha Ennisa. Który swoją drogą też tworzy bardzo dziwno-kliszową wizję Stanów i przyległości.

piątek, 18 stycznia 2013

Liga i przyległości. klik.

Zdarzyło mi się niedawno napisać conieco o ostatniej części Ligi Niezwykłych Dżentelmenów. Jednak to co z tego wyszło okazało się być za dobre na tego obszczymurskiego bloga i powędrował na Kolorowe Zeszyty. Jeśli szanowna publiczność ma ochotę zapoznać się ze wspomnianym tekstem to proszę kliknąć - o, tutaj. Właśnie tak. Albo tutaj. Ewentualnie tutaj.

Dla uciechy szanownej tu i teraz dorzucam jeszcze parę ciekawostek, które mniej lub bardziej łączą się tematycznie.

Jedną z głównych postaci najnowszej serii o przygodach Niezwykłych Dżentelmenów jest lietracka wersja niezwykle znanego i lubianego Aleister Crowley - jednego z najpotężniejszych nowożytnych magów. Warto dodać, że Crowley, znany także jako brat Perdurabo, Mistrz Therion lub Bestia 666 był także himalaistą, poetą, szarlatanem, szachistą i narkomanem. Niedawno natknąłem się na całkiem ciekawą sesję zdjęciową nawiązującą do tej postaci. Modelka nazywa się Aneta Kowalczyk, a fotograf przedstawia się jako Kacper Lipiński.
Jedno na zachętę, a resztę proszę sobie obejrzeć tutaj.


Czytając "Wyznania młodego pisarza", Umberto Eco natknąłem się na kawałek, w którym ten najprzystojniejszy z żyjących Włochów sam bawi się w Ligę Niezwykłych Dżentelmenów. Nie wiem czy Eco miał styczność z komiksem Moore'a i O'Neilla. Nigdzie nie znalazłem na ten temat informacji. Fragment przytaczam w całości, mam nadzieję, że nikt się nie pogniewa.

Wiedeń, 1950. Minęło dwadzieścia lat, lecz Sam Spade nie zaprzestał poszukiwań Maltańskiego Sokoła. Jego łącznikiem był teraz Harry Limę, rozmawiają właśnie na szczycie diabelskiego młyna w Praterze. Wychodzą z gondoli i udają się do Mozart Cafe, gdzie Sam gra „As Time Goes By” na lirze. Przy stoliku w tyle sali siedzi Rick, z kącika ust zwisa mu papieros, na twarzy gorzkie spojrzenie. Znalazł klucz do dokumentów, które przekazał mu Ugarte, teraz pokazuje Samowi Spade zdjęcie Ugarte: „Kair!” mruczy detektyw. Rick ciągnie dalej swą opowieść: kiedy wszedł triumfalnie do Paryża z kapitanem Renault, jako członek wyzwoleńczej armii generała de Gaulle’a, usłyszał o niejakiej Smoczej Damie (podobno zabójczym Roberta Jordana podczas wojny domowej w Hiszpanii), którą służby wywiadowcze naprowadziły na ślad sokola. Powinna tu być lada moment. Otwierają się drzwi, pokazuje się w nich kobieta. „lisa!” krzyczy Rick. „Brigid!” krzyczy Sam Spade. „Anna Schmidt!” krzyczy Limę. „Panno Scarlett!” krzyczy Sam, „Wróciła pani! Niech pani już nie męczy mojego szefa.”
Z ciemności baru wyłania się mężczyzna z sarkastycznym uśmiechem na twarzy. To Philip Marlowe. „Chodźmy, panno Marple”, mówi do kobiety. „Na Baker Street czeka na nas Ojciec Brown”.

Ot, tak ciekawostka.

Na koniec proponuję posłuchać śpiewającego Alana Moore'a. Oj, tak - to człowiek wielu talentów. Bądźmy wdzięczni niebiosom/piekłom/bogom/opatrzności, że zajmuję się sztuką, a nie na przykład budową morderczych robotów.

Ponownie muszę prosić szlachetną widownię o kliknięcie, bo filmiku nie można umieszczać na swoich stronach. Zdarza się. No, to kliknijcie moi mili - tutaj.

sobota, 29 grudnia 2012

An Even Scarier Solstice - świątecznych rozmaitości ciąg dalszy

Święta nie byłyby świętami bez świątecznego odcinka "Doctora Who". Tegoroczny okazał się być bardzo, bardzo dobry. Moffat kontynuuje tworzenie odcinków świątecznych w nawiązaniu do klasyki literatury angielskiej - dwa lata temu była "Opowieść wigilijna", w zeszłym roku "Opowieści z Narnii" - tym razem uraczył nas delikatnymi aluzjami do Mary Poppins i bardzo dosłownymi odniesieniami do Sherlocka Holmesa. Dawno nie było tak zabawnego odcinka tego serialu. Moffat dał Doktorowi całą brygadę towarzyszy - w zmaganiach ze złowrogimi bałwanami z kosmosu wspierają go: Madame Vastra (jaszczuroludzka pani detektyw), jej żona, Jenny, sontariański pielęgniarz Strax, a także nowa towarzyszka - Clara Oswin (tak na marginesie - bardzo tajemnicza postać). Dawno Doktor nie miał tak doskonale dobranej drużyny (ostatnio podobnie rozkoszna grupa była w czasach gdy w TARDIS woził się kapitan Jack Harkness). Ci bohaterowie idealnie do siebie pasują - w grupie wyglądają naprawdę naturalnie, a ich dialogi skrzą się dowcipem. Nowa towarzyszka zrobiło rewelacyjne wrażenie - coś czuję, że może bardzo szybko stać się moją towarzyszką. Oswin jest niezwykle żywiołowa, dowcipna i bezczelna - ale nie chamska (jak się nieraz zdarzało). A przy tym jest całkiem ładna. Ale to już  cecha drugorzędna.
Fabuła tego odcinka może nie zachwyca, ale wszystko wynagradzają bohaterowie i ich radosne przekomarzania. A wiktoriański Londyn wraz z grasującymi zębatymi bałwanami i lodową guwernantką jest bardzo klimatyczny. O takiego Doktora walczyłem.
Madame Vastra, Strax i Jenny


A teraz będę się chwalił prezentami, które dostałem w tym roku. Bo taki ze mnie chwalipięta. Bo mogę. Bo to mój blog i mogę sobie na nim wypisywać co mi się żywnie podoba.
Moja nieoceniona dziewczyna podarowała mi dziesiąty tom "Baśni" Milligana. To wciąż jest bardzo przyjemny komiks. Może formuła się powoli wyczerpuje, może robi się z tego mainstreamowy tasiemiec, ale mnie ten cykl póki co nie nudzi. A wręcz przeciwnie. Dostałem też eseje o kresach Chrzanowskiego - jeszcze nie czytałem, ale to kwestia najbliższych dni. Kolejnym sympatycznym prezentem jest płótno z Iron Manem, autorstwa Barry'ego Windsora-Smitha. Chociaż mój zachwyt ciut  się zmniejszył, kiedy się zorientowałem, że to nie jest to oryginał. Najwyraźniej nie można mieć wszystkiego.



Najlepszą rzecz dała mi Valentino (której bloga niedawno polecałem). Włóczkowy Cthulhu. Własnoręcznie wykonany. Naprawdę. Jest cudowny. Kocham go. Podziwiajcie na tym kiepskiej jakości zdjęciu!

Najlepszość

Oprócz tego dostałem parę innych drobiazgów, m. in. bardzo fajną, dużą patelnię. No, ale przecież nie będę robił zdjęcia patelni.

Dzisiejsza kolęda pochodzi z następnej płyty The H. P. Lovecraft Historical Society - "An Even Scarier Solstice"

.

Kolejną piosenkę dostarcza dziś wujek Douglas - jak łatwo można się domyślić po tytule, jest to świąteczna wersja hiciora sprzed lat. 


Swoją drogą - mam wrażenie, że szlachetny Douglas P. coraz bardziej upodabnia się do miłościwie nam panującego prezydenta Komorowskiego.  Intrygujące i zastanawiające.

piątek, 28 grudnia 2012

A Very Scary Solstice - świąteczne rozmaitości

Święta to bardzo przyjemny okres. Nawet jeśli się jest satanistą/poganinem/ateistą/albigensem. Ja ten czas spędziłem nadspodziewanie spokojnie. Z nikim się nie pokłociłe, z nikim nie pobiłem, nikt mnie nie ściagał. Siedziałem, popijałem wino i czytałem "Aparatus" Pilipiuka. Bo przy takiej okazji można sobie pozwolić na nieco luzu literackiego. Ten zbiór opowiadań jako całość nie wypada specjalnie olśniewająco, ale jeden tekst - "Staw" - zasługuje na wzmiankę. Na pierwszy rzut oka może się wydawać średnio udanym horrorem, jednak dla ciut wyrobionego czytelnika jest to bardzo zręczny i zabawny pastisz opowiadań Lovecrafta. Wszyscy, którzy czytali jakiekolwiek nowele z serii Mitów Cthulhu, zapewne pamiętają standardowy antagonizm w nich występujący - główny bohater, biały przedstawiciel cywilizacji zachodniej kontra mroczni dzicy, czczący pradawne bóstwa. U Pilipuka tym oświeconym protagonistą jest młody Niemiec, stacjonujący w Warszawie w 1940 roku, a pogańską tłuszczą - bluźnierczy Polacy odprawiający rytuały w Łazienkach i żydowski uczony, prowadzący ożywioną korespondencję z uniwersytetem w Arkham. Do tego mutujące, biegające po drzewach karpie, bluźniercze zaśpiewy na 11 listopada i grasujący po parku Szkopojad. Wprawdzie w opowiadaniu obecny jest delikatny klimat grozy, jednak odbieranie tego jak horroru może prowadzić do zawodu - to przede wszystkim żart. Całkiem niezły żart.

Bluźnierczy i kabłąkowaty Santa w jednym z krakowskich hipermarketów


Podczas lektury "przewodnika po zabytkach i kulturze Krakowa", Rożka natknąłem się na taki fragment:

Podczas prowadzonych w 1979 prac restauracyjnych natrafiono w murze piwnicznym na drewnianą skrzyneczkę, w której po otwarciu znaleziono mumię pieska , a obok leżał pergamin z krótką historią pałacu oraz napis , że „tutaj spoczywa Grypsia Mopsiczka, ukochana przyjaciółka… księżnej z hrabiów Ossolińskich Wandy Jabłonowskiej i panny Walerii Littich”. Nadto podano, że żyła lat 10 i zdechła 7 listopada 1889 . 

Bardzo fajnie jest mieszkać w mieście, które posiada własną mumię. W dodatku mopsią. 

Kiedy wracaliśmy z wieczerzy wigilijnej natknęliśmy się na sajlenthilowy wózek sklepowy, czyhający na rogu Szlaku i Warszawskiej.
Dwa dni później grasował na Ogrodowej. Jego dalsze losy są nieznane.

 

Jedna z moich ulubionych kolęd. Z pierwszej płyty The H. P. Lovecraft Historical Society - "A Very Scary Solstice".



Więcej dobroci - jedna z nowszych piosenek Dropkick Murphys. Piękno i miłość.



Przy okazji - polecajka. Blog o wojażach mojej znajomej (znanej w środowisku galicyjskich złodziei dzieł sztuki jako Valentino ) - Duże Podróże.
Powiem szczerze - Cejrowski to to nie jest. I bardzo dobrze! (badum tss!) Jak ktoś lubi czytać o cudzych wyprawach, to zapraszam. Ładnie, miło i bez nadęcia.