Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komyksy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komyksy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Krótkie komiksy są fajne, bo nawet jak nie są fajne, to przynajmniej są krótkie

Taka prawda. Bo przy dłuższych komiksach, które nie są fajne to jest problem - czyta się i czyta, jest nudno-brudno, ale się czyta, bo może coś się zmieni, może jakieś drugie dno, a potem okazuje się, że nie i pół dnia zmarnowane, niesmak pozostaje i w ogóle jakaś taka dziwna nienawiść do autora i samego siebie. A jak krótki trudno, zdarza się nie zawsze się wygrywa.

Atmospherics - jak pisałem - Warren Ellis ma swoje lepsze i gorsze momenty.  Atmospherics zalicza się do tych całkiem przyzwoitych. To króciutki komiks - cały album (zeszyt?) ma, włączając galerię i posłowie, 48 stron. Narracyjnie jest  oszczędny - skupia się właściwie wyłącznie na rozmowie trzech osób i dosyć panicznych, fragmentarycznych retrospekcjach. Główną bohaterką jest kobieta, która (jak twierdzi) jako jedyna ocalała z pogromu, jaki kosmici zgotowali pewnemu miasteczku. Przesłuchujący ją oficer ma jednak wątpliwości i zaczyna się gra domysłów, przechodząca w próbę sił, by skończyć się dosyć dobrym twistem.  Ellis po raz kolejny pokazuje, że jest naprawdę chorym, uwielbiającym pławić się we krwi swoich bohaterów skurwysynem, z naprawdę chorym poczuciem humoru.


Kwaziu. Nie czytałem pierwszego zeszytu przygód garbatego wampira, ale sądząc po przykładowych planszach był to ciężki do strawienia kawałek komiksu. Ale może się mylę, pozwijcie mnie jakby co. Abstrahując od tego, druga część jest rozkoszna i bardzo zabawna. Sympatyczny wampir Kwaziu jedzie na zlot wampirów u hrabiego, gdzie spotyka starych znajomych, przemienionych w krwiopijców: Witkacego, carycę Katarzynę II, a nawet Abrahama Van Helsinga. I jak to bywa w tego typu sytuacjach, wszyscy się świetnie bawią,  również czytelnicy. To bardzo przyjemny zeszyt - śmieszny, ładnie narysowny i z niezłym pomysłem na wampiry.


Miłość. Ten komiks to żart. Po prostu. Zabawa w skakanie po kliszach i konwencjach oraz w robienie w
chuja czytelnika. Co zresztą się bardzo dobrze w moim przypadku udało, bo po skończonej lekturze poczułem się zrobiony profesjonalnie w chuja.

A, i obrazki są całkiem-całkiem. I okładka też niezła - zresztą jest tuż obok, więc popatrzcie sami.





Duszyczka w Krakowie: Tajemnica szalonego orkiestrmistrza - komiksowy zeszycik stworzony przez braci Minkiewiczów dla Urzędu Miasta Krakowa, mający promować ten, jakże piękny gród.  Rożnie było z dostępnością pozycji - ja swój egzemplarz, w wersji angielskiej (panie, to dla zagraniczniaków), znalazłem przypadkowo na recepcji jednego z krakowskich akademików. Komiks to szczerze mówiąc banał - zarówno w treści, jaki i w formie. Obrazki są ładne, kolory przyjemne dla oka, ale nie wybijają się ponad przeciętność. Skrawki absurdalnego humoru zdają się być wciśnięte na siłę, tylko po to by pokazać, ze to naprawdę dzieło gości od Wilq'a, a nie jakiś innych facetów o tych samych nazwiskach. Średnio się to udało - ja wciąż mam wątpliwości. Rozumiem, że po wszelkiej maści komiksach okolicznościowych/historycznych/reklamowych nie należy spodziewać (tak, wiem, że istnieją chwalebne wyjątki) się wiele, ale gdy za coś takiego biorą się bracia M., to u człowieka pojawiają się jakieś chore oczekiwania i liczy na coś w stylu Co to jest wątośle? 


Tymczasem na Pulpozaurze:  mój tekst o animowanych Sprzedawcach. Nie jest zły, mogliby go szanowni państwo przeczytać w wolnej chwili.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Authority nie jest aż takie złe

No dobrze - pierwsze trzy części (licząc wedle polskiego wydania) były słabiutkie. Komiks, który obiecywał wiele - nowatorskie podejście do postaci superbohaterów, trzymającą-w-napięciu-akcję, brutalność bla bla bla... - okazał niezbyt fascynującą, taką sobie serią. Scenarzysta Warren Ellis po prostu przedobrzył - napchał wszystkiego za dużo, za szybko i historie przez niego opowiedziane wypadły bardzo nieprzekonująco. Superbohaterowie byli supersilni, ich statek był super, superźli faceci też byli supersilni, super się bili, a cywile całkiem super ginęli. Wszystko było super oprócz obiecywanego dramatyzmu. Ani ciekawe to nie było. Ani nowatorskie. Owszem, bohaterowie byli brutalni i czasami sadystyczni, przeklinali i palili papierosy (jak prawdziwi chuligani), ale nie było w tym nic odkrywczego. Po komiksach m. in. Moore'a i Millera było to przysłowiowe wyważanie otwartych drzwi.

No dobrze, odrobinę się zagalopowałem - seria nie była taka do końca zła, miała kilka fajnych pomysłów, główni bohaterowie zostali w miarę sensownie pomyślani (zwłaszcza gejowska wersja Batmana i Supermana), a rysunki Bryana Hitcha, chociaż efekciarskie, były dosyć solidne. Jednak brakowało w niej scenarzysty, który nadałby temu wszystkiemu odpowiednią dynamikę i pozory realizmu.

I pojawił się Mark Millar, który w odróżnieniu od Ellisa utrzymuje w swojej twórczości równy, solidny poziom (ale muszę zaznaczyć, że z kolei Ellis miewa przebłyski geniuszu ["Transmetropolitan"], a Millar jedynie trzyma równy, solidny poziom).
A ja całkiem niedawno przeczytałem tom czwarty, zatytułowany "Narodziny" (wciąż wedle polskiej numeracji), początek występów Millara i muszę przyznać, że to zupełnie satysfakcjonujący komiks.  Warto wspomnieć, że w tym albumie za  grafikę odpowiada Frank Quitely ("WE3", "JLA: Ziemia 2"), którego specyficzną manierę bardzo lubię i cenię. 

Zaczynając:

Po bohaterskim zabiciu boga i śmierci przywódczyni grupy, Jenny Sparks bohaterowie koncentrują się na bardziej przyziemnych misjach: obalaniu dyktatorów oraz pomocy najuboższym i prześladowanym. Tymczasem Doktor, korzystając ze swoich szamańskich mocy odkrywa, że esencja liderki nie zginęła wraz z nią, lecz odrodziła się w dziecku urodzonym 1 stycznia 2000. Bohaterowie ruszają, by objąć niemowlaka ochroną, jednak Bardzo Źli Ludzie ludzie mają co do niego inne plany...


To nie jest rewolucja serii, raczej ewolucja - Millar nie dokonał jakiegoś znaczącego przewrotu w samej esencji "Authority" - wciąż jest to opowieść o tym jak dzielni bohaterowie ratują świat. Nowy scenarzysta trochę inaczej rozłożył akcenty, ciut lepiej napisał dialogi, dodał więcej humoru. Nie brakuje tępej nawalanki - mimo wszystko to rozrywkowy komiks superbohaterski i pewne elementy są nieuniknione. Nie oszukujmy się - nawet jeśli herosi w kostiumach mierzą się z trochę innymi problemami, to wciąż większość z nich rozwiązują tradycyjnym ciosem w nos (wyjątkiem jest konfrontacja z Głównym Złym, która faktycznie jest czymś, czego nie widuje się na co dzień).
Komiks Millara i Quitely'ego czyta się bardzo przyjemnie. Akcja nie jest specjalnie skomplikowana, ale poprowadzono ją tak sprawnie, że wciąga i trzyma uwagę na wystarczająco długo. Czytelnik nie zwraca uwagi na takie głupotki jak groteskowy, zdegenerowany szalony naukowiec czy kolejne, coraz bardziej niedorzeczne hordy nadludzi, bo niedostatki udanie są przysłonięte przez sprawność warsztatową obu autorów. Poza tym fajnie jest czasami pooglądać jak Dobrzy Faceci tłuką Złych Facetów, rzucając czarnohumorzastymi dowcipasami. W dodatku robią to naprawdę widowiskowo - rozrywają wrogów na strzępy, odcinają im głowy, palą żywcem, wbijają wielkie, kolczaste kule w odbyt itd. Niezbyt realistyczny, lekko karykaturalny styl Quitely'ego dodaje do akcji nutkę jakże potrzebnej ironii, a także bardzo dobrze pokazuje krew, flaki i latające mózgi. 


Mimo, że naparzanie niedobrych ludzi jest tym o co w tym komiksie chodzi, to jednak elementem decydującym o jego wartości jest głównie tło - cała otoczka pokazująca bohaterów jako ludzi, którzy mają swoje (liberalno-lewicowe*) przekonania i starają się je realizować. Sceny w których herosi kłócą się prezydentem USA (o nie!), broniąc swojej wizji świata, fragmenty ich wystąpień w mediach, czy momenty pokazujące jak spędzają wolny czas bardzo zgrabnie dają odczuć, że ten świat nie jest taki bardzo nieprawdopodobny. A przynajmniej pomagają zawiesić na jakiś czas niewiarę.

Kończąc:

"Authority" Millara nie jest wybitne, to raczej przyjemne czytadło, które może zapewnić chwilę niezobowiązującej rozrywki. Nie odmóżdża, chociaż też zbytnio nie angażuje tego, jakże ważnego organu. Odzyskałem wiarę w serię i pewnie w niedalekiej przyszłości prawdopodobnie sięgnę po kolejne części.

* Tak, wiem. Też wolałbym anarchistów

 POWINNIŚCIE-SŁUCHAĆ-WIĘCEJ-COUNTRY - w dzisiejszym odcinku gościmy Lonesome Wyatta, znanego z występów w zespole Those Poor Bastards. Na dzisiejszy wieczór proponuję szanownym słuchaczom trzy piosenki tego pana - jeden w duecie z Rachel Brooke, a dwa z Holy Spooksami. Wszystkie są mroczne, gotyckie i ponure. Bawcie się dobrze i pamiętajcie o śmierci!






czwartek, 28 marca 2013

Nie pisałem na blogu, bo pisałem gdzie indziej (i robiłem różne ważne rzeczy)

Ale to się zmieni. Obiecuję - od teraz będę regularnie pisał blogonotki, wezmę się porządnie za siebie i stanę się lepszym człowiekiem. A póki co wklejam linki do tekstów zamieszczonych w innych częściach internetu.

Na początek komiksiki. Komiksiki zawsze pierwsze: co nieco o ostatnim zeszycie z przygodami Człowieka Paroovki oraz o najnowszej części Mureny. Dla Gildii Komiksu.

Nie tak dawno temu powstał nowy blogoportal o serialach - Pulpozaur. Dziewczyny i chłopaki piszą bardzo ciekawie o (w większości wypadków) produkcjach, które warto oglądać. Aktualnie trwa tam Festiwal Doktora - z okazji rychłego powrotu Doctora Who na antenę, codziennie pojawiają się tam teksty o tematyce okołodoktorowej. Ja napisałem o Torchwood.


A gościem dzisiejszego odcinka Powinniście Słucha Więcej Country jest Rykarda Parasol. Tak, ona tak naprawdę się nazywa. Jest córką Szwedki i polskiego Żyda, gra dosyć mroczny folk/country i całkiem często występuje w Krakowie (szkoda, ze ja zawsze wtedy jestem gdzie indziej, robię co innego albo dowiaduję się po fakcie). Poniżej kawałek z nadchodzącej, trzeciej płyty - "Against the Sun", a zaraz pod nim moja ulubiona jej piosenka. Słuchajcie i doceniajcie!



czwartek, 27 września 2012

Jelenie na rykowisku. Z łukami. I cyckami.

Byłem przedwczoraj na wernisażu retrospektywnej wystawy Rosińskiego. Wybrałem się z ciekawości - moje uwielbienie dla pana Grzegorza skończyło się, kiedy zacząłem odkrywać ambitniejsze komiksy, czyli jakieś osiem lat temu. Wiem, że to cokolwiek bucowato brzmi, ale w pewnym momencie realistyczna kreska i malunki zaczęły mnie zwyczajnie nudzić. Drętwe scenariusze, które im towarzyszyły też nie pomagały. Ale trudno się mówi - jak już pokazują komiksiarza w muzeum (i to nie w jakimś tam sobie zwykłym - wystawa jest w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha ) to iść należy. Choćby z przyzwoitości.

Muszę przyznać, że wystawa została przygotowana naprawdę znakomicie. Ekspozycja była bardzo bogata. Przedstawiono grafiki Rosińskiego od okresu pacholęcego, aż po najświeższe produkcje. Są więc komiksy tworzone za młodu, ilustracje do książek, obrazki z czasów studiów oraz, oczywiście yansy, hansy, skarbki i thorgale. Tak przekrojowa wystawa pokazała jak wszechstronnym malarzem jest Rosiński. Albo był - bo oglądając ekspozycje łatwo można dojść do wniosku, że mniej więcej na  na poziomie Thorgala, Papież-polak komiksu zatrzymał się w rozwoju. Przestał eksperymentować, szukać wśród stylów - stał się monotematyczny i uplasował się na poziomie "Luis Royo i koledzy". Być może bełkoczę i  się nadymam, ale takie mam odczucia - jego malunki, mimo, że technicznie doskonałe, nie niosą ze sobą żadnej głębszej treści - to głównie grafiki przeznaczone dla młodszych nastolatków, którzy właśnie odkryli Tolkiena, masturbację i homoseksualizm. Tu jakiś kudłaty wojownik z mieczem lub łukiem, tu jakaś trochę ubrana dama.Szkoda, że tak uzdolniony grafik* dobrowolnie zamknął się tej niszy. Chociaż, jak sam zainteresowany podobno twierdzi (tak przynajmniej powiedziała pani kurator wystawy) - nie czuje się artystą, tylko panem, który maluje obrazki. Cóż, to wiele tłumaczy.


Jakby ktoś chciał obrazki z wystawy, to są tutaj. Żryjcie.

*Nie zapominajmy, że z wielką mocą idzie wielka odpowiedzialność.

sobota, 11 sierpnia 2012

Pryyt #3

W jednej sieci tanich książek rzucili ostatnio sporą partię amerykańskich albumów w bardzo sympatycznych cenach - malarstwo, architektura, design itd. Mi udało się wyszperać 25. 000 years of erotic freedom, Alana Moore'a (to krótki, ale bardzo ładnie wydany esej o historii i istocie pornografii, podejrzewam, że będzie niezłym uzupełnieniem Lost Girls) oraz Breakdowns, Arta Spiegelmana.

Breakdowns: Portrait of the Artist as a Young %@&*! składa się z dwóch części. Główna, oddzielona od reszty albumu dodatkową, kartonową okładką, to zbiór krótkich, kilkustronicowych komiksów z lat '70. Otoczona jest klamra w postaci przedmowy (w formie komiksu) i posłowia (tekst uzupełniony ilustracjami, zdjęciami). Dają one kontekst historyczny, opowiadają o początkach fascynacji Spiegelmana komiksem, jakie dzieła i twórcy go ukształtowali.

Historie zawarte w tym zbiorze prezentują sporą różnorodność graficzną - od typowego cartoonu, przez rysunek prawie-realistyczny, aż po eksperymenty ekspresjonistyczne i kubistyczne. Nie inaczej jest w warstwie fabularnej. Są tu historie na serio, czarnohumorzaste, a także eksperymenty formalne i narracje meta-komiksowe. Najlepiej, według mnie wypadł autobiograficzny komiks o samobójstwie matki artysty oraz "Ace Hole" - surrealistyczna historia o detektywie karle. Pewną ciekawostką jest pierwsza, trzystronicowa wersja Mausa, stworzona w 1972 roku. 

To bardzo dobry album - Spiegelman już wtedy był znakomitym artystą, świetnie rozumiejącym medium i odważnie z nim eksperymentujący. Zwykle wszelkiego rodzaju wstępy, posłowia, przedmowy są lepszym lub gorszym dodatkiem do danego dzieła. Tu jest inaczej - mimo, że dołączone dopiero w drugim wydaniu, wstęp i posłowie tworzą  naturalną kompozycję z tekstem głównym, a także trzymają równy mu poziom (przepyszny jest fragment, gdy Spiegelman rozmawia z synem, stojąc w cieniu pomnika wielkiej myszy).
Poszukajcie w tanich książkach, może się jeszcze trochę ostało.

Dodatkowo - dobroć z internetu: Wolverine według Bizona. Szanowni czytelnicy zapewne pamiętają Bizona z Produktu i jego fascynujących Pokoleń, opowieści o gangsterach w formie skrótów fabuły jakiegoś fikcyjnego serialu. Albo  z jakiś innych produktowych komiksów. Albo z zinów. Nieważne. dawno nie widziałem nic jego drukiem - szkoda, bo to co czasami puszcza w sieci jest bardzo dobre. Np. taka bizonowa wersja Wolverine'a - niby to świat Marvela, ale uzupełniony o element słowiańskiej menelskości/penerskości/bejowatości (do wyboru). W tej serii pasków kryształowi superbohaterowie klną, chleją, uwielbiają się bić i ogólnie zachowują się nieodpowiedzialnie. Sam Wolverine, mimo, że zawsze był outsiderem i człowiekiem trunkowym, u Bizona staje się czymś na kształt szlachetnego bezdomnego, który najchętniej by się tylko najebywał (ot, taki cytacik: "Pracuję na 3 zmiany w fabryce elementów. Mógłbym na 7, mam czynnik samogojący, ale muszę mieć czas się napierdolić."), ale cóż począć gdy niewinni cierpią? Seria jest prześmieszna, uwierzcie mi na słowo - chociaż właściwie to nie musicie, sami sprawdźcie - wszystkie (póki co) 21 pasków można przeczytać na blogasku Bizona. A na zachętę odcinek #17.


Jako, że nie samym komiksem człowiek żyje, to czasem należy przeczytać jakąś książkę. Na ten przykład niech to będzie zbiór opowiadań, szkiców i felietonów Bóg X, Wiktora Jerofiejewa. Jak powszechnie wiadomo, autor jest często mylony z innym rosyjskim pisarzem drugiej połowy XX wieku - Wieniediktem Jerofiejew, ojcem przesławnej książki Moskwa-Pietuszki. Właśnie w Bogu X, Wiktor Jerofiejew opisuje historię tych nieporozumień. A jest o czym pisać. Reszta tekstów w zbiorze dotyczy głownie miłości. Ale nie tylko - jest też trochę o kupie, zombie, ciut czystego surrealizmu. 
Na szczególna uwagę zasługuje znakomity, bardzo post-modernistyczny mini-dramat o dzieciach Puszkina. Puszkin umiera, a w pokoju obok jego potomstwo (jego oraz d'Anthesa i Mikołaja I) wyklina na tatusia - że był z niego kiepski pisarz, kurwiarz, pedofil, nudziarz. Wyzywają go od ostatnich, mieszają go z błotem i przejeżdżają walcem wulgarnej krytyki.

"Kiedy pierwszy raz wyruchał mnie w dupę, myślałem, że umrę z bólu."
"Puszkin to grafoman."
 "Gdyby d'Anthes go nie postrzelił, sama dosypałabym mu do jedzenia trutki na szczury."

Nas to może to nie wzruszać, ale jeśli wziąć pod uwagę jak wielką miłością i szacunkiem cieszy się poeta w Rosji ("Puszkin to nasz wszystko" - napisał kiedyś krytyk i literat Apołłon Grigoriew) to otrzymamy utwór niemalże na miarę karykatury Mahometa. Niemalże. No, ale to tylko taka ciekawostka. Szaleństwa utworowi dodaje fakt, że funkcjonuje ono niejako poza epokami, poza czasem. Dziatwa mówi o postaciach, które narodziły się długo po śmierci Puszkina - wspominają Dzierżyńskiego, Hitlera i Pielewina ("A mnie Pielewin. Przez jedną noc przeczytałem wszystkie jego dzieła. Kultowa postać. Jak Zagoskin"). 

Reszta tomu trzyma (z małymi wyjątkami) niemalże tak samo wysoki poziom jak Dzieci Puszkina. Kilka tekstów to kopalnia cudownych bon motów - jak np.: 
"Jeśli twoja żona czy dziewczyna znajdzie sobie kochanka, koniecznie spotkaj się z nim i poproś, żeby wyjebał cię w dupę. Jeśli wyjebie, to wszystko będzie dobrze."

Trochę słabo, że w zbiorku znalazł się jeden tekst opublikowany wcześniej w książce Świat diabła - chyba tylko po to żeby za dobrze nie było. Trudno, zdarza się. Życie toczy się dalej.
Jeśli ktoś jeszcze nie zna twórczości "tego drugiego Jerofiejewa", to spokojnie może zacząć od Boga X.






Jako, że nie samą sztuką człowiek żyje, to czasem należy się gdzieś wybrać i odrobinę zgłuszyć. Można na przykład pojechać do Katowic - ja byłem tydzień temu na Off Festivalu, coby zobaczyć Henry'ego Rollinsa (szalenie sympatyczny i zabawny człowiek) i Swans (rozkurwili kosmos). Ale co zrobić jak akurat w Kato nie ma żadnego festiwalu (a tak się czasem zdarza)? Ano, można zajść do Białej Małpy (ul. 3 maja 38) i wypić jakieś zacne piwko, które nie smakuje jak fiut. Knajpa należy do moich znajomych ze szczenięcych, licelanych czasów i oferuje szeroki wybór piw, z których żadne nie smakuje jak fiut. Są piwka zagraniczne, regionalne, miodowe, pszeniczne, ciemne, jasne, ale, lagery - czego tylko uczciwa dusza może zapragnąć - i zapewniam, żadne z nich nie smakuje jak fiut. Szczególnie polecam ale prosto z Kentu - Bishop's Finger. Naprawdę twarde, potężne piwo. Oddziela chłopców od mężczyzn.



piątek, 1 czerwca 2012

Pryyt #2

Avengersi. Bawiłem się dobrze.

Fabuły nie było za wiele (klasyczny schemat - drużyna się zbiera - drużyna przegrywa pierwsze starcie - drużyna się przegrupowuje i tryumfuje na końcu),  sensu takoż. W zamian za to - wybuchy, strzelanie, wybuchy, naparzanie się po mordach, wybuchy, obiekty spadające z dużej wysokości, wybuchy, rzucanie ciężkimi przedmiotami, strzelanie, wybuchy, strzelanie z łuku. I wybuchy.

Film zawdzięcza wszystko (tzn. prawie wszystko, bo są jeszcze wybuchy) aktorom, którzy wcielili się w tytułową zbieraninę herosów. Po kolei. Na czele Samuel L. Jackson/Nick Fury. Wielki i twardy. Prawie tak twardy jak w Pulp Fiction.
Thor - czuły barbarzyńca, niby taki surowy buc z północy, ale jednak nie beka za często i włosy ma ładnie uczesane, a pachy elegancko wygolone.
Tony "Człowiek Żelazo" Stark - Downey jr po raz trzeci w tej samej roli. Wychodzi mu to tak naturalnie, że chyba się po prostu przyzwyczaił. Prawdopodobnie już do końca życia będzie grał Iron Mana. Z przerwami na Sherlocka (chyba, że mu Moffat zakaże).
Trochę się lękałem, że Raffalo jako Banner/Hulk nie doskoczy do poprzeczki zawieszonej przez Nortona (tak, wiem film był taki se, ale Norton był klasa), ale na szczęście mu się to udało. Wyśmienicie wyszły jego dialogi ze Starkiem, a samo samo wykonanie Hulka to główny powód dlaczego Bóg stworzył komputery.
Jeremy Renner jako Hawkeye - chyba nie kojarzę człowieka z żadnego innego filmu (poza Thorem, ale to się nie liczy), czyli nie wiedziałem za bardzo, czego się po nim spodziewać. I niespodziewajka, jego postać okazała się być jedną z ciekawszych - twardy rzouniesz, bez supermocy, ale za to z mroczną i tajemniczą przeszłością, oraz trudnymi relacjami łączącymi go ze Skarlet. Gratis blaza na ryju godna Entombeta.
Kapitan Ameryka - teoretycznie prawdziwy bohater, lider - w rzeczywistości patetyczny prostaczek, sadzący gafy pod tytułem "Jest tylko jeden bóg". Postać jest po prostu zabawna, w stylu "Hoho, jaki on pociesznie niedostosowany, skąd on się urwał? Z 1945 roku? Hohoho!". Nie, zdecydowanie nie american hero. Zawiodłem się. Ech, gdyby tylko do tej roli zaangażowano Nathana Filliona, a nie faceta, wyglądającego jak "skocz po wino i nie pij z nami".
Skarlet - wiadomo.

Prawdziwy Kapitan Ameryka          
Nieudany eksperyment szalonego naukowca


















                               


 Mimo tak wielu bohaterów, udało się uniknąć efektu Loeba - każda postać została przedstawiona w miarę solidnie, nie miałem wrażenia, że jakaś persona jest tam wklejona jako dekoracja - "bo musi być". A jeszcze udało się zręcznie wkręcić agentów S. H. I. E. L. D..

Słabiej wypadłą strona przeciwna. Jeszcze biomechaniczne, robalowate ufoludy robiły dobrze (fajnie wybuchały), ale sam główny zły - Loki, no cóż... Lubię Toma Hiddlestona, ale bóg kłamstw w jego wykonaniu jest raczej śmieszno-żałosny niż groźny. Opętańczo pragnący władzy, zazdrosny o swojego przybranego brata, Thora. Bardziej przypominał Gargamela niż kogoś kto mógłby się mierzyć z drużyną najpotężniejszych bohaterów Ziemi. Jego nadęte, paranoiczne przemowy brzmiały niczym "Jak ja nie cierpię tych smurfów!".

"Avengersi" są niezłym filmem, nie tak dobrym wprawdzie jak chcieli by niektórzy, ale zupełnie zacnym. Raczej nie mam ochoty na ponowny  seans, niemniej bardzo mnie interesuje co zrobi Whedon w kolejnych filmach o superbohaterach.

Ale jak wiadomo, filmy są dla małych dzieci i studentów filmoznawstwa - prawdziwi mężczyźni czytają komiksy. Na przykład nowego Hellboya:

Hellboy. Dziki gon. Rogaty wraca na Wyspy Brytyjskie i zaczyna zabawę z mitami arturiańskimi, elfami i resztą tamtejszego tałatajstwa. Bierze udział w polowaniu na olbrzymy i odkrywa bardziej chwalebną gałąź swojego drzewa genealogicznego.

Historia Hellboya zagęszcza się i zmierza ku finałowi. Powracają wątki z dużo starszych opowiadań. Na jedną z głównym postaci wyrosła dziewczynka (a właściwie teraz już kobieta) uratowana przez Czerwonego w Wisielcu. Ważną rolę zaczął pełnić Klub Ozyrysa (Natura bestii z tomu Prawa ręka zniszczenia).

To chyba najlepszy tom od czasu Obudzić diabła. Historia porywa od samego początku. Już po pierwszych kilku stronach opowieść pochłonęła mnie bez reszty Niesamowity nastrój, zawsze będący mocną stroną Hellboya, w tej części osiągnął niemalże wymiar realny. Autorom udało się wytworzyć klimat fantastycznej tajemniczości, którego w serii nie było od czasu... no, właśnie "Obudzić diabła". Przy lekturze tego tomu czułem się jakbym był młodszy o dziesięć lat i dopiero zaczął poznawać komiksy Mignoli. Po kilku mniej porywających tomach cała magia wróciła.

Ilustracje ponownie tworzy Duncana Fegredo. W wydanych w Polsce dwóch pierwszych tomikach z przygodami BBPO pojawił się zastęp rysowników, którzy mniej lub bardziej udanie kopiowali Mignolę. Kopiowali. Niby coś tam próbowali dodawać od siebie, ale widać było, że starają się możliwie wiernie naśladować styl Dużego Mike'a. Fegredo to zupełnie inna liga. To równorzędny artysta, realizujący własną wizją świata Hellboya, jednocześnie czując zamysł scenarzysty. Jego grafiki są o wiele bardziej szczegółowe od tych mignolowych. Zachowując mięsistość, właściwą dla serii, wprowadzają pewną eteryczność. Ciężka, monumentalna kreska Mignola doskonale tworzyła nastrój tajemniczości przez uproszczenia i niedopowiedzenia. Fegredo dodał do tego delikatność - to przecież historia o elfach i magii.



Duncan Fegredo - Jay and Silent Bob



A tutaj jeszcze jeden obrazek Duncana - Hellboy w kamizelce Sons of Anarchy. Jakby ktoś nie załapał dowcipu, to wyjaśniam - w serialu "Sons of Anarchy" jedną z głównych ról gra Ron Perlman - filmowy Hellboy. 
Żartuję, oczywiście, że wszyscy załapali.








WTEM!

Przenoszę na blogaska bestsellerowy cykl "Powinniście słuchać więcej country"*. Od dzisiaj pod każdą notką będzie umieszczona piosenka z Dzikigo Zachodu, wraz z krótkim tekstem o charakterze satyryczno-edukacyjnym.

Na pierwszy ogień idzie Dolly Parton i jej szlagier Jolene. Piosenka tęskna smutna, opisująca nieszczęśliwy trójkąt miłosny. Podmiot liryczny błaga tytułową Jolene, by zostawiła w spokoju jej chłopa, który tą najwyraźniej darzy jakimś uczuciem. Sytuacja niezręczna - jakkolwiek postąpi Jolene, ktoś będzie w dupie - uwiedzie faceta - podmiot liryczny zapłacze się na śmierć, odczepi się od niego - biedak będzie tęsknił i swoje frustracje wyładowywał na podmiocie lirycznym. Nie wiemy jak na całą sprawę zapatruje się Jolene. Może być też tak, że obie panie mają się ku sobie (podmiot liryczny opisuje Jolene w samych superlatywach).
Najlepiej jakby wyjechali do Utah, zostali mormonami i żyli w wesołym trzyosobowym małżeństwie.




Piosenkę coverowali m. in. White Stripes, Strawberry Switchblade i Rykarda Parasol (jej wersję da się słuchać).

*Wcześniej na pejsbuku, gdzie cieszyć się nim mogli nieliczni wybrańcy.

piątek, 20 maja 2011

Antoni Słonimski a sytuacja polskiego komiksu w pierwszej połowie XXI wieku

"Nakłady poważnych książek, jak na trzydziestomilionowy naród, są po prostu rozpaczliwe. Właściwie pisze się dla paruset osób, które się zna osobiście, i dla paruset innych, które się pozna przy najbliższej okazji. Jeżeli tom poezji idzie w tysiącu egzemplarzy, nazywa się to już sukcesem. Samuel Zborowski, mimo niezgorszej reklamy sprowadzenia prochów Słowackiego, szedł trzynaście razy przy słabo zapełnionej widowni. Nawet najpiękniejsze, mocno z życiem związane, tętniące siłą dzieła, jak Przedwiośnie, nie mogą się przedrzeć przez ten ciasny mur zobojętnienia."

Pisał Antoni Słonimski w 1927 roku.

Ja niczego nie sugeruję. Tak sobie wspominam jeno.

Pozostając w temacie: przeczytałem dwa pierwsze numery (i mam nadzieję, że nie ostatnie) Człowieka Bez Szyi. Moi mili! Cóż za przepyszna drobnostka! Czysta, bezpretensjonalna i bardzo zabawna.

Człowiek Bez Szyi był kiedyś zwykłym studentem filologii starocerkiewnosłowiańskiej, jednak w wyniku straszliwego wypadku w tajnej bazie wojskowej stracił szyję i zyskał niezwykłe moce. Wtedy to rozpoczął swoją karierę obrońcy Neckburg City i postrachu, posiadających szyję supezłoczyńców m. in.: Scarfface'a, Lady Grdyki, Barona Karkova.
Niepodobna napisać nic więcej, by nie zdradzić przedwcześnie któregoś z licznych (zwykle obracających się wokół szyi) dowcipów.

CBS to przede wszystkim absurdalne, ale i bardzo sympatyczne wyśmiewanie konwencji komiksów superbohaterskiej. Mamy tu nawiązania do Batmana (oczywiście), do Spider-mana (jeszcze bardziej oczywiście), groteskowo-patetyczną narrację, jeszcze bardziej patetyczne dialogi, nie wspominając już o heroiczności walk.
Ale to też ukłon w stronę od dawna martwych zeszytówek wydawnictwa Tm-Semic - oprócz komiksów, w środku każdego numeru można znaleźć listy od czytelników, strony klubowe, fikcyjne streszczenia odcinków i zapowiedzi równie fikcyjnej* oferty wydawniczej.

Scenariusze, napisane przez Rafała Kołsuta i Adama Czernatowicza, są całkiem zgrabne. Owszem, nie powalają głębią, czy złożonością intrygi, ale przecież nie o to chodzi. Akcja jest szybka, żarty niewymuszone, a świat unurzany po łokcie w grotesce. A ja lubię groteskę.

Równie miło wyglądają ilustracje. Przy serii pracowało kilku grafików: Jacek Kuziemski, Tomasz Kwiecień, Kajetan Wykurz. Wszyscy rysownicy operują w estetyce kartunowej, ale każdy z nich posługuje się własnym, odmiennym stylem.
Dodatkowe historie (też niezłe) stworzyli Jan Sławiński w duecie z Jakubem Grocholą i doświadczony w komiksie superbohaterskim, Biram Ba.
Każdy zeszyt zawiera też (niestety tą samą, ale za to świetną) historię narodzin bohatera, autorstwa Igora Wolskiego.
Bardzo superbohaterskie okładki wyprodukował Łukasz Rydzewski.

Jestem pewien, że CBS o wiele lepiej sprawdziłby się w kioskowej dystrybucji niż Konstrukt.



*I wielka szkoda, bo chętnie przeczytałbym komiksy o przygodach Teatromana i Amarantowej Lampki. "NIECH CI, CO ŚWIATEM PRAGNĄ TRZĄŚĆ LUB TYLKO KRADNĄ TRAMPKI, STRZEGĄ SIĘ ŚWIATŁA AMARANTOWEJ LAMPKI". Z drugiej strony, Machete też miał być jedynie trailerem.

piątek, 9 kwietnia 2010

Ile Marvela w Marvelu i czy Stan Lee powinien się przewracać w grobie?*


Excelsior! Co było gdyby wszystkich marvelowskich trykociarzy-cwaniaczków pozbawić supermocy i modnych obcisłych kostiumów? Albo stworzyć uniwersum gdzie bohaterowie nigdy nadludzkich zdolności nie mieli? Na pomysł napisania czegoś takiego, a konkretnie komiksu o wdzięcznym tytule Powerless wpadło dwóch panów - Matt Cherniss i Peter Johnson.
Oś fabuły stworzona jest wokół trzech postaci - Petera Parkera, który po ugryzieniu pająka cierpi na martwicę prawej ręki, ślepego prawnika, Matta Murdocka i Logana, który ma problemy z pamięcią. Całą trójkę łączy postać psychologa, dr Wattsa, który jednocześnie jest narratorem w Powerless. Jako, że jest to świat Marvela, w tle przewija się mnogość innych znajomych postaci - Tony Stark, Emma Frost, Brian Michael Bendis... Jednak jest to też komiks anty-marvelowski, w potocznym rozumieniu tego słowa. Nie-niesamowity, nie-spektakularny, pozbawiony efektownych scen walk, pościgów, wybuchów. Co nie znaczy, że jest nudny - wprost przeciwnie, trzyma w napięciu do ostatniej strony.
Wątki Parkera i Murdocka oraz ich zmagania, odpowiednio, z Normanem Osbornem i Wilsonem Fiskiem napisane są bezbłędnie i czyta się je wybornie, wręcz wyborowo. Jak na ludzi, o których wcześniej nie słyszałem, obaj panowie sprawili się dzielnie. Niestety, postać Logana wyraźnie została wtłoczona na siłę. Wygląda na to, że włodarze Marvela, po przeczytaniu komiksu powiedzieli: "No, dobra chłopaki, fajny komiks napisaliście, ale czemu tu nie ma Wolverine'a? Musicie jakoś wcisnąć Wolverine'a! Wszyscy kochają Wolverine'a! Komiksy bez Wolverine'a gorzej się sprzedają! Wymyślcie coś, ok?" No i wymyślili - do całkiem dobrego dramatu psychologicznego z lekką nutką sensacji dodali hipnozę, pranie mózgu, i rękawice-pazury. Bafomecie, ty widzisz i nie grzmisz! O ile lepiej do tej historii pasowałby cierpiący na rozdwojenie jaźni Bruce Banner. Rysunki w Powerless popełnił Michael Gaydos, ilustrator m. in. niezłego komiksu Daredevil: Redemption. Lepszego grafika chyba nie mogli znaleźć - jego kreska jest brudna, brzydka, doskonale pasująca do zwyczajności świata wykreowanego przez Chernissa i Johnsona.
Pomijając niefortunny występ pazurzastego, Powerless, to dobra rzecz - niegłupia, ale też niespecjalnie przeintelektualizowana.

W dzisiejszym kąciku muzycznym znany antropolog i popularyzator kultury ormiańskiej Meesh zO'khenkha przedstawia tradycyjną kołysankę, szczególnie popularną wśród dzikich plemion Galicji i Lodomerii.



Śmiałek, 1930

p. s. Krakusy i Kraków odwiedzający - wybierzcie się do Muzeum Narodowego na wystawę Maciejowskiego. warto.

*Rzecz jasna, nie mam zamiaru odpowiadać na te pytania.

niedziela, 7 marca 2010

Wszyscy tu jesteśmy obłąkani. Ja jestem obłąkany. Ty jesteś obłąkana.*

"Zadziwiający i porywający!"
Arkham Courier
"Urokliwy i niesamowity!"
Innsmouth Times
"Ia! Ia! G'hatg! 'bwagf!"
R'lyeh Herald


Miałem wiele obaw przed obejrzeniem burtonowskiej "Alicji w Krainie Czarów". Cholernie wiele. Bałem się, że wyjdzie podobnie pretensjonalna nuda, jak w przypadku "Sweeney Todda". Bafometowi niech będą dzięki - lękałem się niepotrzebnie.
Burton bardzo dużo zmienił w swojej wizji Krainy Czarów. Przede wszystkim połączył dwa światy - ten z dna króliczej nory i ten znajdujący się po drugiej stronie lustra. Jego film to kontynuacja książek Carolla. Alicja jest dorosła i powraca do dziwacznego świata, nie pamiętając poprzednich wizyt i wpada w sam środek konfliktu między panującą Czerwoną Królową (Kierową), a jej wygnaną siostrą, Białą Królową (Szachową).
"Alicja ..." to piękny obraz, wizualnie dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Nie jest tak mroczny i posępny jak większość dzieł Burtona (w końcu to film dla dzieci), ale groteska oraz baśniowość doskonale tworzą klimat niesamowitości i dziwaczności. Wspaniałą scenografię wspiera galeria cudownych postaci. Burton wstawił ich naprawdę sporo, jednak większość z nich mocno zapada w pamięć, dość wspomnieć rozkosznego Kota z Cheshire (głos Stephena Fry'a), flegmatyczną gąsienicę (głos Alana Rickmana) czy Dżabbersmoka (głos Christophera Lee).
Burton odszedł częściowo od poetyki sennych marzeń. Akcja w jego "Alicji ..." jest mniej chaotyczna, pozbawiona surrealistycznych rozwiązań fabularnych (choć samego surrealizmu jest sporo), całość jest raczej udziwnionym filmem fantasy. Dodano też sporo akcji - walk, pościgów, publiczną prawie egzekucję, Alicję jeżdżącą na Banderzwierzu itd, itp.
Tim stworzył film kompletny - nie sądzę, bym chciał coś w nim zmieniać, usuwać czy dodawać. Przez te prawie dwie godziny bawiłem się doprawdy pysznie.
Polecam. Po prostu.

Jakby ktoś potrzebował - strona z kilkoma polskimi przekładami wiersza "Jabberwocky":
http://home.agh.edu.pl/~szymon/jabberwocky.shtml

p. s. Depp i Bonham Carter też byli w porządku.

p. s. 2: Jedno małe "kurwa mać" - podczas napisów końcowych śpiewa Avril. Burton chyba przegrał jakiś zakład.


Batman: Cacophony. Deadshot poluje na Jokera. Onomatopoeia (psychol w masce posługujący się jedynie wyrazami dźwiękonaśladowczymi) chroni Jokera i poluje na Batmana. Joker poluje na Maxie Zeusa, który produkuje narkotyki na bazie jego trutki. Wszystko kończy się rozmową Gacka z Wesołym, w której okazuje się, że Nietoperzasty jest cipą. Tak w skrócie przedstawia się fabuła. Autorem scenariusza jest szlachetny Kevin Smith, co robi nadzieje, ale również stawia wymagania, zwłaszcza po znakomitym Kołczanie. Niestety, Cacophony bliżej jest raczej do smithowego Daredevila. Akcja niby tam jakaś jest. Nawet w niektórych momentach ciekawa. Dialogi też czasami są zręczne, dowcipne i w stylu filmowych dokonać Kevina. Joker z brodą jest zabawny. Szkoda, że są to tylko przebłyski geniuszu - cała fabuła bardzo rozczarowuje. Smith nie przestawił niczego nowego, a stare też mu niezbyt wyszło. Nieładnie, drogi panie, bardzo nieładnie.
Czarno-czerwono-białe okładki Adama Kuberta wyszły całkiem nieźle. Nie można tego samego powiedzieć o rysunkach Waltera Flanagana, które mocno walą kupą.



*Bezczelnie ukradzione ze "Złotego popołudnia" Sapkowskiego.

środa, 24 lutego 2010

Ultimate Ulver


Czas najwyższy, coby pokrótce opisać wrażenia z koncertu Ulvera, który przeszło tydzień temu był się odbył w krakowskim "Studiu". Pierwszym supportem była kapela, nosząca dumne miano Tides from Nebula. Panowie grali smętne post-metale, więc w tym czasie mogłem w spokoju i bez zbędnych wyrzutów sumienia wypić piwo. Zaraz po nich na scenę wkroczył Attila Csihar z solowym projektem Void ov Voices. Czułem się niemalże, jakbym słyszał kontynuację październikowego koncertu Sunn O))). To, co ten szalony Węgier tworzył na scenie najbezpieczniej określić jako gregoriański-noise-drone. Wyobraźcie sobie - stoi sobie facet przebrany za mnicha, przed nim kilka świeczek, a on inkantuje coś w jakimś dziwnym języku, jednocześnie nakładając swój, nagrany uprzednio, głos. Jak kiedyś ukaże się studyjny album, to ja go chcę. Chcę.* Attila sprawił, że gwiazda wieczoru wypadła nieco blado. Owszem, było przyjemnie, mrocznie, nastrojowo, ale drużyna krasnala z Norwegii niczym nie zaskoczyła. Zagrali solidnie, niestety, bez pazura.
Wkurzyłem się też trochę przy stoisku z płytami - w wersji CD do kupienia były jedynie Shadows of the Sun. Chciałem Perdition City, ale, czarne placki mnie nie bawią.


Z rzeczy dymkowych. Ultimate Origins, czyli o początkach najfajniejszego (poza zombiakowatym) uniwersum Marvela. Brian Michael Bendis (Daredevil, Ultimate Spider-Man) w pięciu zeszytach przedstawia, jak to się wszystko zaczęło. A zaczyna się ciekawie, w czasie II Wojny Światowej. Rząd amerykański pracuje nad powołaniem do życia superżołnierza. Tymczasem na Sycylii trzech żołnierzy, o jakby znajomych nazwiskach - Fury, Howlett i Fisk, zajmuje się wesołym rabunkiem. Jeden z nich zostanie wykorzystany przy stworzeniu Kapitana Ameryki. Później scenarzysta gładko przechodzi do późniejszych lat i narodzin pierwszego mutanta. Gładko wiąże to z początkami współpracy Xaviera i Magneto, by w finale przejść do ponownych prac nad formułą superżołnierza. Wtedy pojawia się generał Ross, a Fury powołuje zespół naukowców składający się z Franklina Storma, Richarda Parkera, Bruce'a Bannera i Hanka Pyma. Jak można się domyślać, efekt ich badań jest duży i zielony.
Bendis to mistrz komiksu środka. Facet potrafi wiarygodnie przedstawić kolesi w kostiumach zarówno w czasach współczesnych, jak i umiejscawiając ich w historii. Tak też jest w Ultimate Origins. Ładnie łączy wątki znane z uniwersum 616, miejscami przerabia je i modyfikuje, tak by pasowały do zultimizowanego świata. Całość opowiedziana jest zręcznie, więc czyta się toto naprawdę dobrze . Poziomem komiks oscyluje mniej więcej koło znakomitych Ultimates Millara i Hitcha. Ech, chcę więcej tego typu trykociarskich komiksów.




*Czytasz to, pajacu w czerwonej czapie? Czytasz? No, to rozumiesz.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Tom Strong is strong i ryby, które mówią "kurwa".


- Co robi Alan Moore, kiedy jest zmęczony odprawianiem rytuałów magyi chaosu i pisaniem scenariuszy do Wielkich-Komiksów-Łamiących-Wszelkie-Konwencje?
- Bierze się za "Toma Stronga".

"Tom Strong" to hołd złożony pulpowym komiksom science-fiction pierwszej połowy XX wieku. Tym razem szalony Anglik oparł się pokusie wywracania konwencji na drugą stronę i podszedł do tego fragmentu pop-kultury niemalże na klęczkach.

Po kolei: tytułowy bohater jest synem genialnego naukowca, Sinclaira Stronga. Urodził się w roku 1900 na tropikalnej wyspie - Attabar Teru, gdzie rodzice wychowywali go w specjalnej komorze o podwyższonej grawitacji, by chłopiec był silniejszy od innych ludzi. Za jego edukację odpowiadał robot - Pneuman, który dbał, by Tom był wszechstronnie wykształcony. Po tragicznej śmierci rodziców, Strongiem Juniorem zajęli się tubylcy. Jak można się domyślić plemię dysponuje czymś magicznym, w tym wypadku jest to korzeń Goloka - tajemnicza roślina o wielu właściwościach, która m. in. znacznie przedłuża życie osób ją spożywających.

Po osiągnięciu dojrzałości, Tom przenosi się z żoną, Dhaluą (córką wodza, oczywiście) do amerykańskiego Millenium City, gdzie rozpoczyna karierę jako science-hero. Walczy zarówno z geniuszami zła jak i pospolitymi oprychami, wyprawia się w kosmos, przenosi w czasie, konstruuje niezwykłe wynalazki, podróżuje do wnętrza Ziemi, ratuje świat przed zagładą. Standard. W jego perypetiach pomagają mu: małżonka, córka o imieniu Tesla, wspomniany robot, Pneuman, inteligentny goryl - Salomon i członkowie jego fanklubu - "Strongmen of America".

W pierwszym tomie Moore serwuje doprawdy smakowitą mieszankę - Azteków, przybyłych z wymiaru,w którym ich imperium nie upadło, ale rozwinęło się do poziomu nieznanego białemu człowiekowi, podróż na superkontynent, Pangeę (jakieś 200 mln lat nazad), Super-nazistki (cóż może być fajniejszego?*), a przede wszystkim arcy-wroga Toma, złowrogiego, świetnie ubranego geniusza zła - Paula Saveena.

W "Tomie Strongu" Moore ma absolutną wolność. Może bezkarnie używać najmniej logicznych rozwiązań. Może bez skrępowania kreować papierowe, jednowymiarowe postaci. Może rzucać czerstwymi żarcikami. Może wymyślać najbardziej niesamowite i nierealne przygody. Może rżnąć na potęgę z tanich książek, komiksów i filmów. Może używać całego arsenału środków właściwych dla starych pulpowych historyjek. Może wszystko, dopóki robi to z właściwym sobie wdziękiem i polotem.

Dawno nie czytałem tak bezpretensjonalnego i lekkiego komiksu. Moore stworzył serię nie roszcząca sobie praw do niczego poza byciem znakomitą rozrywką. Nie wdaje się w żadne rozważania etyczno-filozoficzne, nie analizuje kondycji współczesnego społeczeństwa - po prostu - opowiada historie - i widać, że sprawia mu to sporą radość.
Powiem szczerze - jestem "Tomem ..." zachwycony. Mam słabość do wszelkiego rodzaju weird tales, a monsieur Alan bawi się tym naprawdę dobrze. Nieważne jak nieprawdopodobne, czy wręcz idiotyczne są opowieści o Tomie Strongu - ja się cieszę jak dzieciak.



A teraz coś z zupełnie innej - świeższej - beczki. "Pod prąd" Sebastiena Chrisostome'a. Komiks, który rok temu zdobył nagrodę "Angouleme 2009. Polski wybór". Czyli powinien być przynajmniej bardzo dobry. Niestety, jest tylko dobry.

"Pod prąd" jest miła, prostą, niezbyt długą opowiastką o trzech łososiach, płynących w górę rzeki. Ryby płyną tam, rzecz jasna, na panienki. I po drodze gadają - o babach, o życiu, o babach, o życiu ... Potem przeżywają trochę mrożących krew w żyłach przygód - niedźwiedzie, szczupaki, stawy hodowlane, ryby mutanty - aż do szczęśliwego zakończenia.

Rozmowy łososi to najmocniejsza strona komiksu. Są bardzo ludzkie, pieprzne - ryby dyskutują ostro, dogryzają sobie, klnąc nieraz niczym szewcy.

To nie jest zły komiks. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest zacny. Rybne dialogi są przepyszne, obrazki przyjemne, ciepłe kolorki, narracja też niczego sobie, ale mam wrażenie niedosytu. Jakby czegoś temu albumowi brakowało - i za cholerę nie wiem czego. Może po prostu jestem starym nihilistą, któremu nic się nie podoba, albo miałem za duże oczekiwania.



*Naziści na dinozaurach. A co może być fajniejszego od tego?**
**Husaria na dinozaurach.