Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powinniście słuchać więcej country. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powinniście słuchać więcej country. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 maja 2013

Cienie spoza czasu, czerwone Marksy, Willie Nelson i kilka sznurków (ale głównie Cienie spoza czasu)

Czyli antologia opowiadań cthulowych, wydana przez Dobre Historie. Nie taka zła. Miejscami nawet dobra.


Zaczyna się od tekstu S. T. Joshiego, w którym ten jakże ceniony badacz twórczości Lovecrafta żali się jak to pisarze nawiązujący do Mitów Cthulhu w ogóle nic nie rozumieją, bezsensownie małpują i używają pustych znaków bez żadnej głębszej refleksji, a to przecież nie o to chodzi. Fajnie, myślę sobie, w takim razie opowiadania zawarte w tym zbiorze powinny być tymi przyzwoitymi i ich autorzy wiedzą jak użyć Wielkiego Przedwiecznego, żeby było mądro i straszno. Cóż - nie do końca. Większość z twórców popełnia dokładnie te błędy przed którymi ostrzega Joshi. Owszem, parę tekstów jest na wysokim poziomie, ale sporo to zwyczajne, proste horrory, z mackami dodanymi chyba tylko po to aby jakoś nawiązać.

Ale po kolei.

Pierwsze opowiadanie  - Dziedziniec - należy do Mistrza Alana Moore'a, a jak wiadomo, Mistrz Moore nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Jego opowiadanie cthulowe jest niezłe - Czarownik z Northampton naładował je odniesieniami do twórczości Lovecrafta i jego kolegów, tak że miejscami zahacza to o parodię, ale jednocześnie udało mu się oddać nastrój niesamowitości i kosmicznej grozy. Na podstawie tego tekstu powstał komiks, a którym pisałem na Kolorowych Zeszytach.
Szczerze mówiąc wolę wersję graficzną, ale to tylko dlatego, że jestem ćwierć-analfabetą. Więc się nie sugerujcie. Zwiedzamy dalej.

F. Paul Wilson - Pustkowia. Dosyć długie opowiadanie, miejscami nawet zbyt długie - gdyby autor parę fragmentów skrócił, to wyszłoby to na dobre. Ale i tak to zupełnie przyzwoita historia. Fabuła nie jest zbyt skomplikowana - dwójka byłych kochanków bada dziwne światła w bezkresnych sosnowych lasach Ameryki.Wilson podszedł do tematu bardzo oszczędnie - potworów prawie w ogóle się nie uświadczy, a nadnaturalność została właściwie jedynie nakreślona. Mimo to przez cały czas da się wyczuć nastrój zagrożenia i niesamowitości, a zakończenie bardzo pachnie sposobem w jaki Lovecrafta pojmują Grant Morrison czy Robert Anton Wilson.

Ok, dwa dobre opowiadania za nami, teraz czas na te słabsze.

W Grubej Rybie, Kim Newman starał się połączyć świat Lovecrafta z klimatem i sposobem narracji Chandlera. Nie wyszło. Założenie było szczytne, ale wykonanie niespecjalne. Widać, że autor za bardzo się silił na kopiowanie Chandlera w dodatku fabuła była dosyć pretekstowa. Kiepsko, panie dziejaszku.

 Nie zrażamy się i dziarskim krokiem kroczymy ku kolejnemu dziełu.

I nadziewamy się  na Grahama "I'm big in Poland" Mastertona, piszącego o pakcie jaki William Szekspir zawarł z Yog-Sothothem. Całkiem zgrabnie to napisane (lata praktyki robią swoje), ale ten Yog-Sothoth został tam strasznie na siłę wpakowany i jego mastertonowskie przedstawienie ni chuchu nie pasuje do tego co nim pisał Lovecraft. Zupełnie. Ani-ani. W dodatku motyw paktu Szekspira z "diabłem" był już wcześniej pokazany w Sandmanie. Nie wiem czy Masterton czytał ten zeszyt, ale wydaje mi się to dosyć prawdopodobne - to był dosyć głośny odcinek, dostał nawet jakieś literackie nagrody.

Edward Lee - Pierwiastek zła. Pomysł całkiem ciekawy, napisane też niczego, ale jakoś mnie nie przekonało.

W labiryncie Cthulhu, autorstwa Iana Watsona. Zaczęło się bardzo intrygująco, a skończyło dosyć przykro. Przypadek ten sam co u Mastertona - autor wziął potwora, nazwał go Cthulhu, opisał jego wygląd jako podobny do lovecraftowskiego bóstwa, po czym kazał mu się zachowywać zupełnie inaczej. Doprawdy, równie dobrze mógł go nazwać Robert, opowiadaniu w żaden sposób by to nie zaszkodziło, a czytelnik nie poczułby, że ktoś go robi w bambuko.

Po tych kilku, niezbyt szczęśliwych historiach przyszedł czas na Morta Castle'a i jego Sekret Noszony w sercu. To kolejna mieszanka dwóch stylów, tym razem Lovecrafta i Poe'go. Bardzo zgrabnie skrojona fabuła o tragedii rodzinnej i poszukiwaniu nieśmiertelności. Okazuje się, że można połączyć romantyzm z materializmem i da się zrobić to dobrze.

Tak zachęceni ruszamy dalej, pełni nadziei na kolejne piękne opowieści.

Alan Dean Foster - Wystąpił błąd krytyczny po adresem... czyli o starciu z terrorystą, grożącym, że wrzuci do internetu Necronomicon. Opowiadanie humorystyczne, nie pretendujące do miana horroru - czysta zabawa przy użyciu motywów lovecraftowskich. Wypadało, żeby chociaż jeden tego typu tekst znalazł się w antologii.

No, pośmieliśmy się, teraz trzeba brać się za rzeczy poważne.

Ramsey Campbell - Przyciąganie. Do Ziemi zbliża się nieznana planeta, a głównego bohatera nawiedzają dziwne sny. Jego ojca też kiedyś nawiedzały dziwne sny. A jego dziadek...
Intrygująca, solidnie napisana rzecz

Pan tej Ziemi, popełniony przez Gene'a Wolfe'a.  Krótka, nieprzekombinowana historia o jednym z egipskich bogów, grasującym w Stanach. Niby nic specjalnego, a jednak czytało się przyjemnie.

Ostatnie opowiadanie należy do zwycięzcy konkursu zorganizowanego przez wydawnictwo - Tomasza Drabarka. Mam wrażenie, że poziom nadesłanych prac nie był zbyt wysoki. Doceniam pomysł wplecenia istot z mitów w aktualne wydarzenia polityczne, ale - na Yog-Sothotha - niech to jakoś wygląda! A w wykonaniu szanownego zwycięzcy, niestety, nie prezentuje się to za dobrze. Jego opowiadanie jest nudne, bez polotu, straszliwie wymęczone.

I to już koniec, moje dziatki. Cienie spoza czasu polecam, aczkolwiek z pewnymi wyjątkami. Kupcie, albo zrabujcie przy nadarzającej się okazji.

A tymczasem w Trewirze - na placu Porta Nigra, Ottmar Hörl (ten od nazistowskich krasnali) postawił 500 niewielkich (ok. 1 metra), czerwoniutkich Karolów Marksów. Wystawa zorganizowana została z okazji 195-ej rocznicy urodzin filozofa i potrwa do 26 maja - potem chętni będą mogli zakupić figury - 300 eurosów ma kosztować wersja zwykła, 500 - opatrzona autografem artysty. Dotychczas skradziono 30 mini-Marksów.

 
Odcinek specjalny cyklu "Powinniście słuchać więcej country". Willie Nelson jako Gandalf - prosto od Conana O'Briena!



I do tego piosenka. Oczywiście o Szatanie.



Na zakończenie - kilka tekstów, które napisałem dla sławy i ku uciesze gawiedzi.

Na Gildii Komiksa recenzje: Szybkiego Lestera (polecam) i Fabryki (jeszcze bardziej polecam). A dla Pulpozaura bardzo brutalny tekst o Metalocalypse.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Authority nie jest aż takie złe

No dobrze - pierwsze trzy części (licząc wedle polskiego wydania) były słabiutkie. Komiks, który obiecywał wiele - nowatorskie podejście do postaci superbohaterów, trzymającą-w-napięciu-akcję, brutalność bla bla bla... - okazał niezbyt fascynującą, taką sobie serią. Scenarzysta Warren Ellis po prostu przedobrzył - napchał wszystkiego za dużo, za szybko i historie przez niego opowiedziane wypadły bardzo nieprzekonująco. Superbohaterowie byli supersilni, ich statek był super, superźli faceci też byli supersilni, super się bili, a cywile całkiem super ginęli. Wszystko było super oprócz obiecywanego dramatyzmu. Ani ciekawe to nie było. Ani nowatorskie. Owszem, bohaterowie byli brutalni i czasami sadystyczni, przeklinali i palili papierosy (jak prawdziwi chuligani), ale nie było w tym nic odkrywczego. Po komiksach m. in. Moore'a i Millera było to przysłowiowe wyważanie otwartych drzwi.

No dobrze, odrobinę się zagalopowałem - seria nie była taka do końca zła, miała kilka fajnych pomysłów, główni bohaterowie zostali w miarę sensownie pomyślani (zwłaszcza gejowska wersja Batmana i Supermana), a rysunki Bryana Hitcha, chociaż efekciarskie, były dosyć solidne. Jednak brakowało w niej scenarzysty, który nadałby temu wszystkiemu odpowiednią dynamikę i pozory realizmu.

I pojawił się Mark Millar, który w odróżnieniu od Ellisa utrzymuje w swojej twórczości równy, solidny poziom (ale muszę zaznaczyć, że z kolei Ellis miewa przebłyski geniuszu ["Transmetropolitan"], a Millar jedynie trzyma równy, solidny poziom).
A ja całkiem niedawno przeczytałem tom czwarty, zatytułowany "Narodziny" (wciąż wedle polskiej numeracji), początek występów Millara i muszę przyznać, że to zupełnie satysfakcjonujący komiks.  Warto wspomnieć, że w tym albumie za  grafikę odpowiada Frank Quitely ("WE3", "JLA: Ziemia 2"), którego specyficzną manierę bardzo lubię i cenię. 

Zaczynając:

Po bohaterskim zabiciu boga i śmierci przywódczyni grupy, Jenny Sparks bohaterowie koncentrują się na bardziej przyziemnych misjach: obalaniu dyktatorów oraz pomocy najuboższym i prześladowanym. Tymczasem Doktor, korzystając ze swoich szamańskich mocy odkrywa, że esencja liderki nie zginęła wraz z nią, lecz odrodziła się w dziecku urodzonym 1 stycznia 2000. Bohaterowie ruszają, by objąć niemowlaka ochroną, jednak Bardzo Źli Ludzie ludzie mają co do niego inne plany...


To nie jest rewolucja serii, raczej ewolucja - Millar nie dokonał jakiegoś znaczącego przewrotu w samej esencji "Authority" - wciąż jest to opowieść o tym jak dzielni bohaterowie ratują świat. Nowy scenarzysta trochę inaczej rozłożył akcenty, ciut lepiej napisał dialogi, dodał więcej humoru. Nie brakuje tępej nawalanki - mimo wszystko to rozrywkowy komiks superbohaterski i pewne elementy są nieuniknione. Nie oszukujmy się - nawet jeśli herosi w kostiumach mierzą się z trochę innymi problemami, to wciąż większość z nich rozwiązują tradycyjnym ciosem w nos (wyjątkiem jest konfrontacja z Głównym Złym, która faktycznie jest czymś, czego nie widuje się na co dzień).
Komiks Millara i Quitely'ego czyta się bardzo przyjemnie. Akcja nie jest specjalnie skomplikowana, ale poprowadzono ją tak sprawnie, że wciąga i trzyma uwagę na wystarczająco długo. Czytelnik nie zwraca uwagi na takie głupotki jak groteskowy, zdegenerowany szalony naukowiec czy kolejne, coraz bardziej niedorzeczne hordy nadludzi, bo niedostatki udanie są przysłonięte przez sprawność warsztatową obu autorów. Poza tym fajnie jest czasami pooglądać jak Dobrzy Faceci tłuką Złych Facetów, rzucając czarnohumorzastymi dowcipasami. W dodatku robią to naprawdę widowiskowo - rozrywają wrogów na strzępy, odcinają im głowy, palą żywcem, wbijają wielkie, kolczaste kule w odbyt itd. Niezbyt realistyczny, lekko karykaturalny styl Quitely'ego dodaje do akcji nutkę jakże potrzebnej ironii, a także bardzo dobrze pokazuje krew, flaki i latające mózgi. 


Mimo, że naparzanie niedobrych ludzi jest tym o co w tym komiksie chodzi, to jednak elementem decydującym o jego wartości jest głównie tło - cała otoczka pokazująca bohaterów jako ludzi, którzy mają swoje (liberalno-lewicowe*) przekonania i starają się je realizować. Sceny w których herosi kłócą się prezydentem USA (o nie!), broniąc swojej wizji świata, fragmenty ich wystąpień w mediach, czy momenty pokazujące jak spędzają wolny czas bardzo zgrabnie dają odczuć, że ten świat nie jest taki bardzo nieprawdopodobny. A przynajmniej pomagają zawiesić na jakiś czas niewiarę.

Kończąc:

"Authority" Millara nie jest wybitne, to raczej przyjemne czytadło, które może zapewnić chwilę niezobowiązującej rozrywki. Nie odmóżdża, chociaż też zbytnio nie angażuje tego, jakże ważnego organu. Odzyskałem wiarę w serię i pewnie w niedalekiej przyszłości prawdopodobnie sięgnę po kolejne części.

* Tak, wiem. Też wolałbym anarchistów

 POWINNIŚCIE-SŁUCHAĆ-WIĘCEJ-COUNTRY - w dzisiejszym odcinku gościmy Lonesome Wyatta, znanego z występów w zespole Those Poor Bastards. Na dzisiejszy wieczór proponuję szanownym słuchaczom trzy piosenki tego pana - jeden w duecie z Rachel Brooke, a dwa z Holy Spooksami. Wszystkie są mroczne, gotyckie i ponure. Bawcie się dobrze i pamiętajcie o śmierci!






czwartek, 28 marca 2013

Nie pisałem na blogu, bo pisałem gdzie indziej (i robiłem różne ważne rzeczy)

Ale to się zmieni. Obiecuję - od teraz będę regularnie pisał blogonotki, wezmę się porządnie za siebie i stanę się lepszym człowiekiem. A póki co wklejam linki do tekstów zamieszczonych w innych częściach internetu.

Na początek komiksiki. Komiksiki zawsze pierwsze: co nieco o ostatnim zeszycie z przygodami Człowieka Paroovki oraz o najnowszej części Mureny. Dla Gildii Komiksu.

Nie tak dawno temu powstał nowy blogoportal o serialach - Pulpozaur. Dziewczyny i chłopaki piszą bardzo ciekawie o (w większości wypadków) produkcjach, które warto oglądać. Aktualnie trwa tam Festiwal Doktora - z okazji rychłego powrotu Doctora Who na antenę, codziennie pojawiają się tam teksty o tematyce okołodoktorowej. Ja napisałem o Torchwood.


A gościem dzisiejszego odcinka Powinniście Słucha Więcej Country jest Rykarda Parasol. Tak, ona tak naprawdę się nazywa. Jest córką Szwedki i polskiego Żyda, gra dosyć mroczny folk/country i całkiem często występuje w Krakowie (szkoda, ze ja zawsze wtedy jestem gdzie indziej, robię co innego albo dowiaduję się po fakcie). Poniżej kawałek z nadchodzącej, trzeciej płyty - "Against the Sun", a zaraz pod nim moja ulubiona jej piosenka. Słuchajcie i doceniajcie!



piątek, 1 marca 2013

Wesołe piosenki o Gwiezdnowojniu - przegląd subiektywny

Stwierdzić, że Gwiezdne Wojny mają duży wpływ na kulturę to trochę jakby powiedzieć, że Hitler miał nieładnego wąsa. Ale żarty na bok. Dzisiaj chciałbym szanownemu państwu polecić parę piosenek, nawiązujących w ten czy inny sposób do świata dzielnych rycerzy Jedi i potężnych Wookiech, które tak się składa, że są w miarę dobre. A przynajmniej nie są złe.

Zaczynamy, za przeproszeniem, pierdolnięciem -  Chewbacca, zespołu DVDA. Dla niezorientowanych: w tej kapeli graja Matt Stone i Trey Parker (dla bardziej niezorientowanych: to ci panowie co wymyślili South Park), a nazwa zespołu to akronim od double vaginal, double anal. Tak tylko piszę, może komuś się przyda.



Dżentelmeni z Queens of the Stone Age umieścili na swojej pierwszej płycie kawałek These Aren't the Droids You're Looking For. Utwór jest instrumentalny, więc nie wiem co ma wspólnego z Gwiezdnowojniem - no, ale tytuł zobowiązuję, więc radzę przesłuchać. Poza tym to panowie ładnie grają.



Pisząc o  muzyce z odległej galaktyki nie można zapomnieć o parodiach Weird Ala Yankovica. Pierwsza, Yoda powstała prawie 30 lat temu i opowiada o spotkaniu Luke'a i najpotężniejszego muppeta. Jako podstawa posłużyła piosenka grupy The Kinks, Lola.
Drugie podejście miało miejsce w czasach pierwszego epizodu, gdy Weird Al przekształcił American Pie, Dona McLeana na historię młodego Anakina i zatytułował ją Saga begins
Weird Al znany jest z tego, że chujowe piosenki przerabia na całkiem zacne i czasami śmieszne. Yoda i Saga begins może nie są jego najlepszymi tworami, ale są dużo lepsze od oryginałów. Saga ... w dodatku jest lepsza od filmowego pierwowzoru. 



Kolejna parodia, tym razem autorstwa Richarda Cheese'a, człowieka, który przywrócił światu lounge. Kawałek na melodię Copacabana, Barry'ego Manilowa. Dobry dosyć.



Oprócz tego Cheese wraz z zespołem zagrali loungową wersją Marsza Imperialnego (baczność), polecam dosłuchać do końca - w finale czego na szanownych państwa zabawna niespodzianka (spocznij).


Pewnego razu, skuszony przez znajomego* przesłuchałem kilka płyt Voltaire'a - większość jego kawałków jest raczej słaba, sporo jest absolutnie niesłuchalnych, ale ten jeden jest naprawdę przyjemny. Pod warunkiem, że ktoś lubi gejowską pornografię w rytmach country. Tak, właśnie tak - piosenka Cantina jest uroczą balladą o pewnej homoseksualnej orgii, która miała miejsce w Mos Eisley. W rytmie country. Jeśli czyjeś dzieciństwo zostało zgwałcone, to bardzo przepraszam, ale tak działa internet. Pogódźcie się z tym. 

Tutaj mamy koleżkę, który specjalizuje się w dodawaniu  słów do tematów muzycznych ze znanych filmów. Czasami mu to wychodzi nieźle, czasami nie, bywa śmiesznie, bywa średnio śmiesznie - Gwiezdne Wojny są akurat udane. Oczywiście, szanownej publiczności polecam zapoznanie się z jego innymi piosenkami - jak pisałem: niektóre są dobre.


A ten jegomość wpadł na pomysł, aby śpiewać o Gwiezdnych Wojanach, używając melodii z innych ścieżek dźwiękowych Johna Williamsa. Bardzo sympatyczne to jest i miejscami zabawne.



Z naszego podwórka. Zanim Kazik Staszewski stał się najczęściej okradanym człowiekiem w Polsce (strata Kazika), udało mu się wyprodukować trochę dobrej muzyki. Pieśń ku czci wielkiego moffa Wilhuffa Tarkina (Peter Cushing pamiętamy) kiedyś mi się bardzo podobała, teraz podoba mi się mniej, ale to wciąż dobry kawałek. Tak mi się przynajmniej wydaje.


Wybór piosenek jest subiektywny, więc jeśli komuś się nie podobają, to bardzo mi przykro, ale ja nic na to nie poradzę. Z drugiej strony, gdyby ktoś chciał polecić jakieś inne gwiezdniowojenne muzyczki, to będę bardziej niż zobowiązany.

*To już nie jest mój znajomy.

wtorek, 22 stycznia 2013

Ameryka jest pokręcona i, szczerze mówiąc, trochę głupia

Na początek chciałbym napisać, że przez większość życia myślałem, że J. G. Ballard jest Amerykaninem. Nie wiem dlaczego. Może to wina Spielberga.
Ale mniejsza z tym. Nie tak dawno temu przeczytałem jego "Witaj, Ameryko" (Ballarda, nie Spielberga). Tytułowy kontynent został spustoszony przez katastrofę ekologiczną, a większość obywateli uciekła do Europy. Sto lat później, potomkowie tych emigrantów (którzy byli potomkami emigrantów) przybywa z ekspedycją, żeby sprawdzić co się tam aktualnie dzieje.  Po pierwszych stronach spodziewałem się twardej historii o zmaganiu się z nieokiełznaną przyrodą, własnymi słabościami, zdradą towarzyszy. Opowieści o tym jak zmienia się ludzka natura w ekstremalnych warunkach. Coś w stylu conradowo-hemingwayowskim. I trochę tak było. Na początku. A później zmieniło się w szaloną zabawę z kliszami amerykańskiej kultury. Pojawiają się nowi Indianie - plemiona Biurokratów, Gangsterów, Astronautów, Gejów i Rozwódek. Tubylcy są niemalże skończonymi analfabetami, a imiona przybierają nazw dawnych marek i firm. Bohaterowie odkrywają odradzającą się Amerykę w dżungli Las Vegas, gdzie prezydent Charles Manson stara się odtworzyć państwo przy pomocy małoletnich Meksykanów, a wspomaga go naukowiec budujący roboty na podobieństwo dawnych gwiazd filmowych i byłych prezydentów.

Ballard bezwstydnie naśmiewa się z marzeń nowych kolonistów i ich wizji Ameryki. Każdy z nich był opętany jednym z amerykańskich mitów: mitem prezydenta USA, dzikiego zachodu, bogactwa, imperium, potęgi nuklearnej. Autor pokazał jak groteskowe są te mity. Prawdziwa Ameryka jest zupełnie inna: zwykła, nieromantyczna, brutalna i odrobinę głupia. Oczywiście, przez pryzmat bohaterów  pokazuje jakie jest powszechne wyobrażenie europejczyka o Stanach Zjednoczonych. Wyobrażenie, budowane na bazie popkulturowej: filmach, książkach, komiksach, serialach. Amerykański Sen o innym świecie, który jednak jest trochę podobny do naszego, ale jednak inny. Większy, bogatszy, dający nieograniczone możliwości. Państwo sprawiedliwych, które potrafi przeciwstawić się globalnemu terroryzmowi oraz atakowi z innej planety i na którym te ataki się koncentrują. Pępek świata, nowe centrum cywilizacji zachodniej.

"Witaj, Ameryko" nie jest wybitną powieścią - pewne watki zostały wyraźnie potraktowane po łebkach, inne niepotrzebnie rozwleczone. Znalazło się też kilka głupotek. Ale ja Ballarda lubię. Lubię surowość jego stylu i nieustępliwy pesymizm. Jak się czyta jego utwory (zwłaszcza te science-fiction, które dzieją się w odległej przyszłości, czyli na przełomie XX i XXI) to człowiek aż się cieszy, że świat się jeszcze trzyma i wygląda tak jak wygląda. Poza tym książkę można dorwać za równowartość dwóch piw (w sklepie, nie w Pięknym psie).


Jak już jesteśmy przy temacie Ameryki, to warto by było posłuchać trochę country, prawda? Albo prawie country. Piosenka którą prezentuję w pierwotnej wersji była jak najbardziej country i śpiewała ją Tammy Wynette. Jak by to ująć? Nigdy nie znalazła się na liście moich 100 000 ulubionych kawałków. potem była wersja Blues Brothers, która była już fajniejsza. A ostatnio natrafiłem na cover w wykonaniu Motorhead i z wokalem Wendy O. Williams. Tak, to było to. Banda alkoholików i narkomanów zamieniła smętne postękiwanie w metalowo-panczurową petardę.

Mroczna ciekawostka: panie Wynette i Williams pożegnały się z tym padołem łez tego samego dnia - 6 kwietnia 1998 roku. Tammy pokonał skrzep krwi, a Wendy strzeliła samobója.



Mroczna ciekawostka #2: Stand By Your Man śpiewał również wampir Cassidy, w "Kaznodziei", Gartha Ennisa. Który swoją drogą też tworzy bardzo dziwno-kliszową wizję Stanów i przyległości.

niedziela, 23 grudnia 2012

Moonrise Kingdom

Podczas seansu siedziałem z olbrzymim bananem na twarzy, chłonąc i zwyczajnie ciesząc się oglądanym obrazem. Od razu kupiłem historię, realia i bohaterów, muzyka wprowadziła mnie w iście idylliczny nastrój.
A potem zacząłem przegryzać film w głowie i zrobiło mi się bardzo smutno. Wes Anderson przedstawił przepiękny, słodki (ale nie przesłodzony) i wyidealizowany obraz pierwszej, szczenięcej miłości. Związek dwójki małolatów-outsiderów został przedstawiony tak pięknie, tak niewinno-naiwnie, że aż taki stary cynik jak ja się naprawdę, szczerze wzruszył. Jednocześnie miałem świadomość, że reżyser bezczelnie naśmiewa się ze wszystkich, którzy taką miłość w dziecięctwie przeżyli (czyli prawdopodobnie ze wszystkich, bo kto za młodu nie był szaleńczo zakochany ten zapewne jest kamieniem lub potencjalnym zbrodniarzem wojennym). Bo tak to nie wygląda. To nie idzie tak gładko. Zwykle nie kończy się happy endem. Młodzi zakochani nie przeżywają fascynujących przygód. Ale nic to. Póki są młodzi niech się bawią. Potem się dorasta i nawet wspaniała wyspa i groźna przyroda tracą romantyczny urok.
Para głównych bohaterów narysowana przez Adriana Tomine
Bruce Willis dzierży pałę z kolcami
Obraz spełnionej (póki co) miłości dwójki dzieci ostro kontrastuje ze światem dorosłym i ich życiem uczuciowym. Dorośli żyją w nieszczęśliwych związkach pozbawionych miłości, wikłają się w romanse lub poświęcają pracy, nie dbając o sferę uczuć. Albo starają się przedłużyć dzieciństwo bawiąc się w skautów. Tu Anderson śmieje się dorosłemu widzowi w twarz, jakby mówił: "Ha-ha! Ty też tak skończysz! Albo już skończyłeś!".

Dawno nie widziałem filmu, który zrobiłby na mnie takie wrażenie. Oglądałem go dobre parę tygodni temu, a wciąż łapię się na tym, że wspominam poszczególne sceny i analizuję poszczególne elementy fabuły.

"Moonrise kingdom" jest obrazem kompletnym - wszystkie elementy idealnie zagrały - fabuła, aktorzy, scenografia, muzyka i te wszystkie inne. Wszystko jest tak dopieszczone, że mam wrażenie, jakby nad każdą częścią stała brygada szwajcarsko precyzyjnych i artystycznie uzdolnionych demonów i przez kilka lat cyzelowała, dopracowywała, dopinała na ostatni guzik. Pod czujnym batem maestro Andersona. Pewnie tak właśnie było. Obraz świata jest tak kompletny, że wierzy się w niego mimo, że zdajemy sobie sprawę z jego bajkowości. Żadna postać nie jest zbędna, każda zdaje się być aż nazbyt wyrazista - to żywi ludzie z całym dobrodziejstwem inwentarza - emocjami, uczuciami, bagażem doświadczeń - większość z nich aż się prosi o dopowiedzenie ich historii. Dużo tu zasługa aktorów. W "Moonrise kingdom" wystąpił mały oddział znanych i lubianych w rolach dobranych trochę przekornie. Bruce Willia owszem, gra gliniarza, ale jest to policjant niezbyt sprytny, trochę nieudolny i zagubiony. Tilda Swinton wciela się w cudownie androgyniczną urzędniczkę z przepisami zamiast mózgu. Bill Murray jest tetryczejącym prawnikiem, którego małżeństwo już od dawna nie funkcjonuje. I tak dalej, i tak dalej.
I to by było o dorosłych. A  gówniażeria też dawała radę - nie ustępowała starym wyjadaczom pola i mama wrażenie, że jeszcze o wielu z nich usłyszymy.




A do tego ścieżka dźwiękowa bardzo ładnie wpisuje się w cykl "Powinniście-słuchać-więcej-country", jako, że znalazło się kilka kawałków legendy country, legendarnego Hanka Williamsa. O jego wnuku pisałem dawno temu, a wszystkie informacje o staruszku można znaleźć na portrecie, autorstwa Joe Colemana. Na marginesie i post scriptum: Colemana również polecam, bo ów dżentelmen tworzy naprawdę niesamowite, powykręcane, makabryczne obrazy. Obszerny artykuł o jego twórczości można znaleźć w drugim numerze Trans/wizji. Który też bardzo polecam. Uff, wystarczy tego polecania.



"Moonrise kingdom" to takie dzieło do którego właściwie ciężko się o cokolwiek przypierdolić. Myślałem długo, ale nie - nic, pustka. Wreszcie tak, choć nie do końca. Polski tytuł. Niepotrzebny, żałosny, zupełnie z czapy. Cóż, marketing - z gatunku tych nie najbystrzejszych.

sobota, 15 września 2012

Pryyt #4: O wyższości komiksiarzy nad resztą świata, o tym, że Szkoci są tak samo fajni jak Irlandasy, oraz o tym, że zamiast czytać słabe porno, lepiej posłuchać trochę country.

Mam brzydki, ciut wstydliwy zwyczaj. Zawsze jak odwiedzam znajomych muszę choćby rzucić okiem na ich biblioteczkę. Nieważne, że przeglądałem ją dziesiątki razy wcześniej - a nóż znajdzie się coś nowego, lub wcześniej przeoczonego. Byłem ostatnio u zaprzyjaźnionej hrabiny i trochę pofolgowałem nałogowi (a raczej nałogom, ale o tym sza!). Więc stoję sobie, oglądam grzbiety i nagle, zupełnie niespodziewanie, katem oka zauważyłem wolumin zatytułowany "Gorętsza Krew". Nie wiem dlaczego, ale wyjąłem go i popatrzyłem na okładkę. Niezachęcającą. Ohydną wręcz. Oprócz tytułu zdobił ją napis "Antologia erotycznego horroru". Pewnie odłożyłbym ją z powrotem na miejsce, gdyby nie odezwał się mój wewnętrzny dwunastoletni onanista, który kazał mi rzucić okiem na spis treści. Przeglądam nazwiska autorów, oczywiście większość nic mi nie mówi, aż tu nagle - John Byrne, zaraz potem - Kurt Busiek, i wreszcie na końcu - Grant Morrison.
Hmm, myślę sobie, pewnie jakaś przypadkowa zbieżność nazwisk, patrzę więc na biogramy. O Busieku nic komiksowego nie było, ale, na cycki papieża, iluż facetów może się tak nazywać? Następnie -  "John Byrne - Autor popularnych powieści X-Men, Spider-Man, Batman i Superman." Okeeej, idziemy dalej - "Grant Morrisson - Znany autor powieści humorystycznych m. in. Animal Man, Doom Patrol i Arkham Asylum". Fajnie, pośmiałem się, ale zaraz sprawdziłem kiedy antologia została wydana. 1992 rok, początek mrocznych lat '90 - to wiele tłumaczy.
Większość opowiadań w zbiorku była żenująco słaba - źle napisana, bazująca na ogranych poza wszelkie granice przyzwoitości kliszach, ani straszna, ani podniecająca - miejscami zwyczajnie głupia i sprawiająca wrażenie jakiś fantazji masturbacyjnych klasy B. Bardzo B. Kilka było solidnie przeciętnych (w tym Mastertona, za którym, szczerze mówiąc, nie przepadam). Najlepiej wypadli komiksiarze i Chet Williamson. Tekst Williamsona nie był właściwie ani horrorem, ani pornoskiem - ot, (bardzo) krótkie fantastyczne opowiadanko z rozbrajająco dowcipną pointą. Busiek specjalnie się nie popisał (ale też nie skaszanił - jego tekst o wampirze był po prostu przyzwoicie napisany, ale nie zachwycał), za to pozostała dwójka pokazała klasę. Byrne napisał makabrycznie zabawne opowiadanie o człowieku, który znalazłszy zaklęcie zmieniające go w upiora, wykorzystuje je, by wykorzystywać seksualnie sąsiadkę.
A już historia Morrisona wynagrodziła mi wszelkie męki związane z wcześniejszymi tekstami. To właśnie ten Morrison którego kochamy, a nie ten na którego patrzymy podejrzliwie i uśmiechamy się udając, że nam się podoba. Jego opowiadanie - Encyklopedia Braille'a jest mroczne i fascynujące. Ta krótka, ale bardzo soczysta nowelka opowiada o ślepej dziewczyny, która spotyka tajemniczego mężczyznę, przedstawiającego się jak L'Index. Dżentelmen wprowadza ją w świat bardzo perwersyjnych uciech cielesnych, a później zapoznaje ją z resztą encyklopedii. W tle przewija się też wykastrowany anioł.
Opowiadanie zostało przekształcone w komiks przez Eric Burnhamado spółki z Tedem Naifehem i opublikowane w magazynie Verotika #1 z 1994 roku.

A tak troszeczkę na boku i nieśmiało: zastanawiające - w każdym z tych opowiadań seks był przyczyną wszystkich nieszczęść, okaleczeń, śmierci itd. W każdym. Zachodzi pytanie - dlaczego? Czyżby autorzy należeli do amerykańskiego odpowiednika Ruchu Czystych Serc? Może mają jakieś problemy?
Jako praktykujący absolwent uppsalskiej szkoły psychologii czuję się w obowiązku rozwikłać tę zagadkę. Ale to innym razem.
Grant Morrison MBE groźnie patrzy.


Merida Waleczna Byłem, widziałem. Tytuł jest trochę mylący - spodziewałem się skrzyżowania Mulan z Boudiką, a dostałem opowieść o zbuntowanej nastolatce. Fajną opowieść o zbuntowanej nastolatce - księżniczce, która woli jeździć konno i naparzać z łuku niż zajmować się księżniczkowaniem. Niespecjalnie skomplikowaną, ale, na wszystkie klany Szkocji, to przecież bajka dla dzieci, nie może być zbyt zapętlona.
Merida... jest śliczna - graficznie film jest tak dopieszczony, jakby pracowała przy nim cała armia golemów. Wspaniałe puszcze, bory, krystalicznie czysta woda, olbrzymie przestrzenie - wszystko to tworzyło krainę o wiele ładniejszą od prawdziwej Szkocji. Równie fajnie wyszli filmowi Szkoci - bardzo mi się kojarzyli z Galami z komiksów o Asteriksie. Zarówno z wyglądu, jak i z zachowania. Scena bójki w sali tronowej była silnie inspirowana słynnymi bójkami na ryby. I bardzo dobrze - Asteriksowi należy się porządny hołd, a ten wyszedł naprawdę zacnie. Jeszcze odnośnie nawiązań - zastanawiam się czy imię konia Meridy - Angus, zostało mu nadane na cześć Angusa MacGyvera. Stawiam pół osła, że tak.
Humor, jak to w Disneyu/Pixaru oparty jest głównie na żartach sytuacyjnych. Niezbyt wysmakowanych, ale za to bardzo zabawnych. A to ktoś się przewróci, a to małoletnie trojaczki coś spsocą, a to banda dzielnych szkockich wojów będzie ścigać po całym zamku niedźwiedzia, i tak dalej w tym samym stylu. Jak to kogoś bawi (mnie niezmiernie), to wyjdzie z kina zadowolony.
Żeby nie było tak słodko to dodam, że muzyka jest zła. Po prostu zła. Za mało gry na dudach. A dubbing też nie nadzwyczajny. Zwłaszcza kobiet.


Powinniście słuchać więcej country Nie czytałem Fifty shades of Grey i nie wiem czy mi się chce. Niby fenomen, więc lepiej znać, coby móc wyszydzać bez wyrzutów sumienia, ale sam nie wiem. Może kiedyś. Jeśli będzie choć w 1/4 tak dobre jak kawałek 3 Shades of Black, Hanka Williamsa III, to będę ukontentowany. Hank Williams III pochodzi z rodziny o długich tradycjach muzycznych. Jego dziadek, Hank Williams, grał country. Jego ojciec, Hank Williams jr, gra country. A Hank Williams III gra bardzo groźne country, a swojego czasu udzielał się na basie w Superjoint Ritual.


piątek, 27 lipca 2012

Człowiek-Alzheimer daje radę

Ktoś kiedyś mi opowiedział historię jakoby Terry Pratchett, po tym jak publicznie ujawnił, że choruje na Alzheimera, zapowiedział, iż napisze jeszcze tylko dwie książki, po czym zajmie się swoją eutanazją. A to było pięć książek temu. Jakoby. Pewnie zapomniał. Hahaha. 

Nie żebym narzekał. Sir Terry Paratchett jest brytyjskim skarbem narodowym, bezczelnie eksploatowanym przez resztę świata, i powinien działać jak najdłużej. Najlepiej byłoby go zamknąć w jakimś  bardzo wygodnym lochu, z dala od przedmiotów, mogących służyć do odebrania sobie życia, i przekonać go, delikatnie, acz stanowczo, by pisał aż do usranej śmierci. Zwłaszcza, że jego ostatnie książki trzymają naprawdę wysoki poziom.
Rycerz Terry poważnie podchodzi do swoich obowiązków.
Są inne od wcześniejszych, to prawda. Mroczniejsze, bardziej gorzkie, z mniejszą dawką potłuczonego humoru - utrzymane w stylu, który z braku lepszego terminu określiłbym jako społeczne dark-fantasy. Nie napiszę, że podejmują "poważne tematy", bo powieści Pratchetta zawsze je podejmowały. Tylko, że te ostatnie podejmują je poważniej.

Niuch zaczyna się sielsko-angielsko. Komendant Samuel Vimes, diuk Ankh, wraz z małżonką, sześcioletnią latoroślą i wiernym kamerdynerem (fachowa nazwa: dżentelmen dżentelmena) wyruszają do wiejskiej posiadłości. Na wakacje.  Na miejsce towarzystwo niczym z powieści Agathy Christie - obowiązkowy emerytowany pułkownik, równie obowiązkowy lokalny pastor (kapłan Oma), jakże obowiązkowa matrona z córkami na wydaniu oraz kilku podejrzanych i wysoko postawionych typów. Synek komendanta odkrywa uroki wsi, powiększając swoją kolekcję kupek, a Vimes, jak to stary glina, ani myśli wypoczywać, tylko od razu zaczyna węszyć za jakąś zbrodnią lub chociażby drobnym przestępstewkiem. I, jak można się było spodziewać, znajduje ją. Większą niż się spodziewał. W tym momencie klimat opowieści zmienia się całkowicie - z sielankowego kryminału przechodzi w bardzo ponurą historię o pogardzie, nienawiści, niewolnictwie i możnych, którzy, jak zwykle uważają, że stoją ponad prawem.

Niuch to całkiem niezła, mocna książka, przypominająca nieco Łups!, choć ciut od niego słabsza. Podobny jest nastrój całej opowieści, występują też niemal ci sami główni bohaterowie. Wielka szkoda, że sir Terry nie wykorzystał do końca okazji do sparodiowania angielskich powieści kryminalnych (i nie tylko). Świetnie zagrało to w czym sir Terry jest mistrzem, czyli postaci. Interesującą nową bohaterką, (choć potraktowaną po łebkach) jest Felicity Beedle - pisarka, składająca się z nawiązań do znanych angielskich autorek - m. in. J. K. Rowling i Jane Austen. Bardzo ładnie też rozwinięto postać Willikinsa, dżentelmena dżentelmena Vimesa, który w tej książce stał się pełnoprawną, prawie pierwszoplanową postacią i jednocześnie bardziej morderczą wersją idealnego waleta Jeevesa z cyklu powieści P. G. Wodehouse'a. Do tego, oczywiście sam komendant Vimes, który już od dawna jest jednym z bardziej intrygujących światodyskowych bohaterów.

Mógłbym ponarzekać, że książka jest trochę za mało zabawna, że znów eksploatuje temat uciskanej biedoty i krwiożerczych bogaczy. Mógłbym, ale warto zauważyć, że sir Terry ma już swoje lata, a do osób starszych należy się odnosić z szacunkiem i wybaczać im drobne potknięcia. A skoro tak, to Niucha polecam, tak, jak najbardziej - kupcie, bądź ukradnijcie (ale raczej z księgarni lub jakiemuś dzieciakowi, bo ebooki się słabo czyta).

A w dzisiejszym odcinku "Powinniście słuchać więcej country" gościmy Maynarda Jamesa Keenana (Tool, A Perfect Circle) wraz z zespołem Puscifer. Kawałek jest odrobinę anty-country. Ale tylko odrobinę.

czwartek, 26 lipca 2012

Himilsbach (prawie) bez Maklakiewicza


Pewna dama idąc z synkiem zauważyła leżącego w rynsztoku pijaka. Pokazując na niego palcem, mówi do synka:
- Widzisz synku, jak się nie będziesz uczył, to tak skończysz.
Na co młodzieniec:
- Ależ mamo, to jest znany aktor i literat, Jan Himilsbach.
Wtedy Himilsbach podniósł głowę i grzecznie spytał:
- I co, głupio ci teraz, ty stara kurwo?! 




Taki podobno właśnie był Jan Himilsbach. Aktor, pisarz, czołowy pijak PRL-u. Większość osób kojarzy go głównie z filmów (Rejs, Wniebowzięci, Brunet wieczorową porą), opowiada się o nim anegdoty, podobne do tej przytoczonej wyżej, rzadko jednak mówi się o jego twórczości prozatorskiej. A szkoda, jego pisanina jest naprawdę dobra. Himilsbach-aktor był samoukiem, podobnie Himilsbach-autor. Pisał głównie o rzeczach znanych mu z autopsji - życiu prostego robola, bezrobotnego, pijaka. Przedstawiał  doły społeczne z całym  dobrodziejstwem inwentarza. Bohaterami jego opowiadań są zwykle żule, złodzieje, prostytutki i szeroko pojęty proletariat. Himilsbach doskonale oddawał klimat tych środowisk. Świat jego opowiadań jest okrutnym, nieprzyjemnym miejscem. Ludzie dzielą się na złych, słabych i zwyczajnie kombinujących jakby tu w miarę przeżyć do pierwszego. Polska w jego twórczości to z jednej strony kraj zniszczony przez wojnę, z drugiej ledwo, ledwo odbudowującym się pod władzą komunistyczną. Himilsbach subtelnie uderza w przedstawicieli nowej władzy i nowy porządek, drwi z sołżenicynowskich "wykształceńców". Dostrzega kalectwo ówczesnych elit i brak tych przedwojennych. Ludzi z wyższych sfer prawie u niego nie ma, a jeśli już się pojawiają to są to emigranci, lub jednostki zdegradowane społecznie, jak tytułowy bohater opowiadania Hrabia, który niedostawszy się, ze względu na pochodzenie, na żaden uniwersytet, zmuszony jest parać się kamieniarstwem.

Po tym co napisałem, można by pomyśleć, że proza Himilsbacha jest strasznie pesymistyczna. Otóż nie. Narrator podchodzi do opisywanych wydarzeń z pewnego rodzaju ludowym fatalizmem, miejscami przechodzącym w równie ludowy stoicyzmem.  Mimo, że autor nie oszczędza swoich bohaterów, oni sami zdają się tym zbytnio nie przejmować. Nie ma pieniędzy? Zdarza się, może kiedy indziej będą. Zgarnęli cię gliniarze? Też się zdarza. Matka ci umarła? No, i cóż na poradzisz, ludzie umierają - zdarza się. Przyjmują swój los takim, jaki jest, płyną z prądem, nie starając się na siłę zmieniać swojego życia. Do tego autorem rzuci od czasu do czasu jakimś żartem, doprawi zgryźliwostką  - ot, tak dla smaku. Miejscami wręcz kpi z mniejszych i większych dramatów swoich postaci, jakby mówił - a czymże jest twoje nieszczęście wobec całego świata? I większość opowiadań utrzymana jest w takim gorzko-słodko-kwaśnym smaku - proporcje bywają różne, przeważają te gdzie dominują klimaty ponuro-prześmiewcze, ale zdarzają się też takie, gdzie gorzkie komponenty ograniczone są do minimum.

Styl jest idealnie dopasowany do opisywanych sytuacji - surowy, pozbawiony zbędnych ozdobników, a jednocześnie soczysty i bardzo autentyczny. Szczególnie czuć to czytając dialogi - to jest po prostu żywy język ulicy wczesnego PRL-u.

Czujcie się zachęceni. Najlepiej zabrać się od razu za Opowiadania zebrane. Cegłę (600 stron jak w ryj) można zakupić po taniości we wszelkiej maści "tanich książkach".










Dodatkowo: żeby nie było, że Maklakiewicz pojawił się jeno jako morda w reklamie pewnego sklepu, prezentuję Maszinowy komiks Michała Rzecznika.


Niespodziewanie - kolejny odcinek cyklu "Powinniście słuchać więcej country", a w nim świeżynka i jednocześnie odgrzewany kotlet - piosenka Highwayman w wykonaniu Macieja Maleńczuka (zwanego Panem Maleńczukiem), Gienka Loski (zwanego Spierdalajżulu) Johna Portera (zwanego Kwaśnym Josephem) i Adama Nergala (zwanego Nergalem). Zwrotki #1 i #3 (śpiewane odpowiednio przez Nergala i Pana M.) wypadły bardzo sympatycznie, pozostałe raczej słabo. Czyli pół na pół. Najlepiej w tych fragmentach wyciszać sobie piosenkę i puszczać wykonanie prawdziwych Highwaymenów. A cała płyta - Psychocountry - jest raczej sympatyczna. Gdyby nie arcychujowa okładka, to mógłbym ją nawet polecić.

piątek, 1 czerwca 2012

Pryyt #2

Avengersi. Bawiłem się dobrze.

Fabuły nie było za wiele (klasyczny schemat - drużyna się zbiera - drużyna przegrywa pierwsze starcie - drużyna się przegrupowuje i tryumfuje na końcu),  sensu takoż. W zamian za to - wybuchy, strzelanie, wybuchy, naparzanie się po mordach, wybuchy, obiekty spadające z dużej wysokości, wybuchy, rzucanie ciężkimi przedmiotami, strzelanie, wybuchy, strzelanie z łuku. I wybuchy.

Film zawdzięcza wszystko (tzn. prawie wszystko, bo są jeszcze wybuchy) aktorom, którzy wcielili się w tytułową zbieraninę herosów. Po kolei. Na czele Samuel L. Jackson/Nick Fury. Wielki i twardy. Prawie tak twardy jak w Pulp Fiction.
Thor - czuły barbarzyńca, niby taki surowy buc z północy, ale jednak nie beka za często i włosy ma ładnie uczesane, a pachy elegancko wygolone.
Tony "Człowiek Żelazo" Stark - Downey jr po raz trzeci w tej samej roli. Wychodzi mu to tak naturalnie, że chyba się po prostu przyzwyczaił. Prawdopodobnie już do końca życia będzie grał Iron Mana. Z przerwami na Sherlocka (chyba, że mu Moffat zakaże).
Trochę się lękałem, że Raffalo jako Banner/Hulk nie doskoczy do poprzeczki zawieszonej przez Nortona (tak, wiem film był taki se, ale Norton był klasa), ale na szczęście mu się to udało. Wyśmienicie wyszły jego dialogi ze Starkiem, a samo samo wykonanie Hulka to główny powód dlaczego Bóg stworzył komputery.
Jeremy Renner jako Hawkeye - chyba nie kojarzę człowieka z żadnego innego filmu (poza Thorem, ale to się nie liczy), czyli nie wiedziałem za bardzo, czego się po nim spodziewać. I niespodziewajka, jego postać okazała się być jedną z ciekawszych - twardy rzouniesz, bez supermocy, ale za to z mroczną i tajemniczą przeszłością, oraz trudnymi relacjami łączącymi go ze Skarlet. Gratis blaza na ryju godna Entombeta.
Kapitan Ameryka - teoretycznie prawdziwy bohater, lider - w rzeczywistości patetyczny prostaczek, sadzący gafy pod tytułem "Jest tylko jeden bóg". Postać jest po prostu zabawna, w stylu "Hoho, jaki on pociesznie niedostosowany, skąd on się urwał? Z 1945 roku? Hohoho!". Nie, zdecydowanie nie american hero. Zawiodłem się. Ech, gdyby tylko do tej roli zaangażowano Nathana Filliona, a nie faceta, wyglądającego jak "skocz po wino i nie pij z nami".
Skarlet - wiadomo.

Prawdziwy Kapitan Ameryka          
Nieudany eksperyment szalonego naukowca


















                               


 Mimo tak wielu bohaterów, udało się uniknąć efektu Loeba - każda postać została przedstawiona w miarę solidnie, nie miałem wrażenia, że jakaś persona jest tam wklejona jako dekoracja - "bo musi być". A jeszcze udało się zręcznie wkręcić agentów S. H. I. E. L. D..

Słabiej wypadłą strona przeciwna. Jeszcze biomechaniczne, robalowate ufoludy robiły dobrze (fajnie wybuchały), ale sam główny zły - Loki, no cóż... Lubię Toma Hiddlestona, ale bóg kłamstw w jego wykonaniu jest raczej śmieszno-żałosny niż groźny. Opętańczo pragnący władzy, zazdrosny o swojego przybranego brata, Thora. Bardziej przypominał Gargamela niż kogoś kto mógłby się mierzyć z drużyną najpotężniejszych bohaterów Ziemi. Jego nadęte, paranoiczne przemowy brzmiały niczym "Jak ja nie cierpię tych smurfów!".

"Avengersi" są niezłym filmem, nie tak dobrym wprawdzie jak chcieli by niektórzy, ale zupełnie zacnym. Raczej nie mam ochoty na ponowny  seans, niemniej bardzo mnie interesuje co zrobi Whedon w kolejnych filmach o superbohaterach.

Ale jak wiadomo, filmy są dla małych dzieci i studentów filmoznawstwa - prawdziwi mężczyźni czytają komiksy. Na przykład nowego Hellboya:

Hellboy. Dziki gon. Rogaty wraca na Wyspy Brytyjskie i zaczyna zabawę z mitami arturiańskimi, elfami i resztą tamtejszego tałatajstwa. Bierze udział w polowaniu na olbrzymy i odkrywa bardziej chwalebną gałąź swojego drzewa genealogicznego.

Historia Hellboya zagęszcza się i zmierza ku finałowi. Powracają wątki z dużo starszych opowiadań. Na jedną z głównym postaci wyrosła dziewczynka (a właściwie teraz już kobieta) uratowana przez Czerwonego w Wisielcu. Ważną rolę zaczął pełnić Klub Ozyrysa (Natura bestii z tomu Prawa ręka zniszczenia).

To chyba najlepszy tom od czasu Obudzić diabła. Historia porywa od samego początku. Już po pierwszych kilku stronach opowieść pochłonęła mnie bez reszty Niesamowity nastrój, zawsze będący mocną stroną Hellboya, w tej części osiągnął niemalże wymiar realny. Autorom udało się wytworzyć klimat fantastycznej tajemniczości, którego w serii nie było od czasu... no, właśnie "Obudzić diabła". Przy lekturze tego tomu czułem się jakbym był młodszy o dziesięć lat i dopiero zaczął poznawać komiksy Mignoli. Po kilku mniej porywających tomach cała magia wróciła.

Ilustracje ponownie tworzy Duncana Fegredo. W wydanych w Polsce dwóch pierwszych tomikach z przygodami BBPO pojawił się zastęp rysowników, którzy mniej lub bardziej udanie kopiowali Mignolę. Kopiowali. Niby coś tam próbowali dodawać od siebie, ale widać było, że starają się możliwie wiernie naśladować styl Dużego Mike'a. Fegredo to zupełnie inna liga. To równorzędny artysta, realizujący własną wizją świata Hellboya, jednocześnie czując zamysł scenarzysty. Jego grafiki są o wiele bardziej szczegółowe od tych mignolowych. Zachowując mięsistość, właściwą dla serii, wprowadzają pewną eteryczność. Ciężka, monumentalna kreska Mignola doskonale tworzyła nastrój tajemniczości przez uproszczenia i niedopowiedzenia. Fegredo dodał do tego delikatność - to przecież historia o elfach i magii.



Duncan Fegredo - Jay and Silent Bob



A tutaj jeszcze jeden obrazek Duncana - Hellboy w kamizelce Sons of Anarchy. Jakby ktoś nie załapał dowcipu, to wyjaśniam - w serialu "Sons of Anarchy" jedną z głównych ról gra Ron Perlman - filmowy Hellboy. 
Żartuję, oczywiście, że wszyscy załapali.








WTEM!

Przenoszę na blogaska bestsellerowy cykl "Powinniście słuchać więcej country"*. Od dzisiaj pod każdą notką będzie umieszczona piosenka z Dzikigo Zachodu, wraz z krótkim tekstem o charakterze satyryczno-edukacyjnym.

Na pierwszy ogień idzie Dolly Parton i jej szlagier Jolene. Piosenka tęskna smutna, opisująca nieszczęśliwy trójkąt miłosny. Podmiot liryczny błaga tytułową Jolene, by zostawiła w spokoju jej chłopa, który tą najwyraźniej darzy jakimś uczuciem. Sytuacja niezręczna - jakkolwiek postąpi Jolene, ktoś będzie w dupie - uwiedzie faceta - podmiot liryczny zapłacze się na śmierć, odczepi się od niego - biedak będzie tęsknił i swoje frustracje wyładowywał na podmiocie lirycznym. Nie wiemy jak na całą sprawę zapatruje się Jolene. Może być też tak, że obie panie mają się ku sobie (podmiot liryczny opisuje Jolene w samych superlatywach).
Najlepiej jakby wyjechali do Utah, zostali mormonami i żyli w wesołym trzyosobowym małżeństwie.




Piosenkę coverowali m. in. White Stripes, Strawberry Switchblade i Rykarda Parasol (jej wersję da się słuchać).

*Wcześniej na pejsbuku, gdzie cieszyć się nim mogli nieliczni wybrańcy.