Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piekło i szatani. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piekło i szatani. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 kwietnia 2013

Lord Summerisle ma głos (w moim domu)

The Wicker Man (1973) to nie jest horror*. Ani-ani. No, chyba, że szanowny widz/czytelnik jest chrześcijaninem z przekonania i poważnie traktuje swoją religię oraz współwyznawców. W tym wypadku tak - może to odbierać jako przerażająca opowieść o mrocznych kultystach, czyhających na niewinne ofiary.


Film rozpoczyna się napisem:

Producent pragnie podziękować Lordowi Summerisle i mieszkańcom wyspy zachodniego wybrzeża Szkocji za możliwość zbadania ich praktyk religijnych i za ich żarliwą współpracę przy powstawaniu tego filmu. 

I tak to właśnie wygląda - to raczej fabularyzowany para-dokument, pokazujący nietypowe wierzenia niż horror, czy choćby film detektywistyczny. Oglądając go, bardziej interesowało mnie poznanie zwyczajów i rytuałów tubylców, niż losy głównego bohatera.

A głównym bohaterem jest policjant, który  przybywa na wyspę Summerisle, aby odnaleźć zaginioną dziewczynę. Tyle, że członkowie tej małej społeczności twierdzą, że nikogo takiego nie znają. W dodatku zachowują się bardzo podejrzanie. Nie, nie są niemili - wręcz przeciwnie, to bardzo sympatyczni ludzie, tyle, że trochę za bardzo,  jak na standardy Wielkiej Brytanii początku lat '70, wyzwoleni seksualnie. Co więcej - jak się później okazuje - oni nie są nawet chrześcijanami (o zgrozo!), lecz czczą dawno zapomnianych bogów.

Twórcy filmu dokonali przewrotnego zabiegu, każąc widzom kibicować kultystom, a nie detektywowi. Ileż to już było takich opowieści - tajemnicza, przeklęta wioska i przybysz z zewnątrz, próbujący rozwiązać jej zagadkę i ujść z życiem. Tu jest inaczej, a odwrócenie ról dodaje tylko filmowi uroku. Zwłaszcza, że prowadzącego śledztwo naprawdę trudno polubić - to bucowaty dewot i, szczerze mówiąc, kutas. Ciągle przeszkadza, krytykuje, narzuca mieszkańcom swoją wiarę.
Z kolei jego przeciwnik, lord Summerisle (Christopher Lee), jest kimś, z kim bardzo chętnie spędziło się wieczór. To prawdziwy przywódca swojego ludu - mądry, dbający o poddanych, powszechnie szanowany. Dżentelmen w każdym calu, miły, wszechstronnie wykształcony, elokwentny, a przy tym dowcipny, umiejący się bawić i czerpiący z życia pełnymi garściami. Żaden tam z niego demoniczny kapłan podziemnego kultu.

Świetnie wyglądają rytuały pogańskie przedstawione w filmie. Celtyckie praktyki religijne nie są wiernie odwzorowane, ale elementy, które wybrano przekonywująco oddają nastrój pogańskości. Duża w tym zasługa aktorów, którzy bardzo naturalnie odegrali sceny świąteczne. Bez zbędnego patosu, ale też nie skansenowo - tak, że można uwierzyć, że gdzieś tam, z dala od wielkich miast żyją jeszcze społeczności, praktykujące dawne religie.

Równie pogańska (i fajna) jest ścieżka dźwiękowa, napisana przez Paula Giovanniego. Muzyka trochę tradycyjna, trochę inspirowana tradycyjną, piosenki ludowe i karczemne - jakieś skrzypki, bębenki, chórki, dziecięce chórki. A Christopher Lee śpiewał wtedy o wiele lepiej niż teraz**. Najlepsi neofolkowcy mocno inspirowali się muzyką Giovanniego (jak i samym filmem) - a gdybym słuchał tych utworów bez świadomości skąd pochodzą, to prawdopodobnie pomyślałbym, że to nowa/stara płyta Currenta/Sol Invictus/Forseti (lub ich kolegów). Zresztą grupa Nature and Organisation nagrała swojego czasu cover piosenki, którą występna córka szynkarza próbowała uwieść dzielnego policjanta.




The Wicker Man sprawia wiele radości. To czysta rozkosz oglądać jak świętoszek miota się po omacku w świecie, którego nie rozumie i nie chce zrozumieć. W świecie, gdzie na porządku dziennym są orgie, rytuały seksualne, a dzieci uczy się o chrześcijaństwie jedynie w celu porównania. Chociaż wyspiarscy rodzimowiercy też dostają po uszach - wykpiwa się ich wiarę w zabobony i składanie ofiar. Niemniej, każdy kto ma w sobie choćby odrobinę pogańskiej krwi powinien obejrzeć ten film.

*O remake'u z Nicholasem Cagem nie wspominam, bo jestem człowiekiem kulturalnym.
**O jego aktualnych popisach na tym polu też nie będę pisał. Z tego samego powodu.

piątek, 18 stycznia 2013

Liga i przyległości. klik.

Zdarzyło mi się niedawno napisać conieco o ostatniej części Ligi Niezwykłych Dżentelmenów. Jednak to co z tego wyszło okazało się być za dobre na tego obszczymurskiego bloga i powędrował na Kolorowe Zeszyty. Jeśli szanowna publiczność ma ochotę zapoznać się ze wspomnianym tekstem to proszę kliknąć - o, tutaj. Właśnie tak. Albo tutaj. Ewentualnie tutaj.

Dla uciechy szanownej tu i teraz dorzucam jeszcze parę ciekawostek, które mniej lub bardziej łączą się tematycznie.

Jedną z głównych postaci najnowszej serii o przygodach Niezwykłych Dżentelmenów jest lietracka wersja niezwykle znanego i lubianego Aleister Crowley - jednego z najpotężniejszych nowożytnych magów. Warto dodać, że Crowley, znany także jako brat Perdurabo, Mistrz Therion lub Bestia 666 był także himalaistą, poetą, szarlatanem, szachistą i narkomanem. Niedawno natknąłem się na całkiem ciekawą sesję zdjęciową nawiązującą do tej postaci. Modelka nazywa się Aneta Kowalczyk, a fotograf przedstawia się jako Kacper Lipiński.
Jedno na zachętę, a resztę proszę sobie obejrzeć tutaj.


Czytając "Wyznania młodego pisarza", Umberto Eco natknąłem się na kawałek, w którym ten najprzystojniejszy z żyjących Włochów sam bawi się w Ligę Niezwykłych Dżentelmenów. Nie wiem czy Eco miał styczność z komiksem Moore'a i O'Neilla. Nigdzie nie znalazłem na ten temat informacji. Fragment przytaczam w całości, mam nadzieję, że nikt się nie pogniewa.

Wiedeń, 1950. Minęło dwadzieścia lat, lecz Sam Spade nie zaprzestał poszukiwań Maltańskiego Sokoła. Jego łącznikiem był teraz Harry Limę, rozmawiają właśnie na szczycie diabelskiego młyna w Praterze. Wychodzą z gondoli i udają się do Mozart Cafe, gdzie Sam gra „As Time Goes By” na lirze. Przy stoliku w tyle sali siedzi Rick, z kącika ust zwisa mu papieros, na twarzy gorzkie spojrzenie. Znalazł klucz do dokumentów, które przekazał mu Ugarte, teraz pokazuje Samowi Spade zdjęcie Ugarte: „Kair!” mruczy detektyw. Rick ciągnie dalej swą opowieść: kiedy wszedł triumfalnie do Paryża z kapitanem Renault, jako członek wyzwoleńczej armii generała de Gaulle’a, usłyszał o niejakiej Smoczej Damie (podobno zabójczym Roberta Jordana podczas wojny domowej w Hiszpanii), którą służby wywiadowcze naprowadziły na ślad sokola. Powinna tu być lada moment. Otwierają się drzwi, pokazuje się w nich kobieta. „lisa!” krzyczy Rick. „Brigid!” krzyczy Sam Spade. „Anna Schmidt!” krzyczy Limę. „Panno Scarlett!” krzyczy Sam, „Wróciła pani! Niech pani już nie męczy mojego szefa.”
Z ciemności baru wyłania się mężczyzna z sarkastycznym uśmiechem na twarzy. To Philip Marlowe. „Chodźmy, panno Marple”, mówi do kobiety. „Na Baker Street czeka na nas Ojciec Brown”.

Ot, tak ciekawostka.

Na koniec proponuję posłuchać śpiewającego Alana Moore'a. Oj, tak - to człowiek wielu talentów. Bądźmy wdzięczni niebiosom/piekłom/bogom/opatrzności, że zajmuję się sztuką, a nie na przykład budową morderczych robotów.

Ponownie muszę prosić szlachetną widownię o kliknięcie, bo filmiku nie można umieszczać na swoich stronach. Zdarza się. No, to kliknijcie moi mili - tutaj.

sobota, 23 października 2010

Lustmord to Brian Williams dark-ambientu.


Kolejny Unsound Festival się powoli kończy.
(Przy okazji: patrzcie jaki fajny plakat!) Tym razem wybrałem się tylko na jeden koncert - Darkness & Light w krakowskim kinie Kijów, czyli Hildur Guðnadóttir wraz z islandzkimi kolegami, Moritz von Oswald Trio i Lustmord.


A właściwie LUSTMORD!

Ale zanim nastąpi darkambietowaty wylew hype'u, krótko o występie Hildur. Wiolonczela, dwa saksofony (obsługiwane przez jednego jegomościa) i gitara. Elektronicznie, nastrojowo. W połowie występu Hildur zaśpiewała hymn Islandii, uprzednio wyjaśniając, że napisał go facet, który dostał kamieniem w głowę, umiera i modli się, żeby bogowie przyjęli go do nieba*. Pozytywna, rozluźniająca godzina - ostatnie chwile spokoju przed dark-ambientowym Armageddonem.

Niektórzy twierdzą, że muzyka Lustmorda jest niepokojąca. Mylą się. Ona jest kurewsko przerażająca. Cieszę się, że przed koncertem nie zaaplikowałem sobie żadnego zmieniacza świadomości, bo mogłoby się to skończyć bardzo, bardzo źle.

Potężne uderzenia niskich dźwięków, ryki, zawodzenia, wycie, upiorne rogi - tak w skrócie można opisać muzykę. Do tego równie klimatyczne wizualizacje - mgła, ogień, alchemiczne symbole oraz sporo metaforycznego szatana. Cała sala drżała, a niektórym skóra schodziła z twarzy. Całość zmiażdżyła, sponiewierała i zostawiła z uczuciem umęczenia poharatanej duszy.
Zasłużone 620 w skali Crowleya.

Po występie kazało się, że Lustmord to bardzo sympatyczny starszy pan, doskonale sprawdzający się w roli zakopiańskiego misia.

Potem wystąpili sobie panowie z Moritz von Oswald Trio - jeden wesoło naparzał w dziwaczną świecącą perkusję, a dwaj pozostali coś kombinowali przy laptopie i innych elektronicznych ustrojstwach. Miło, sympatycznie - prawie dyskotekowo.

Ogólnie - silny kandydat to tytułu koncertu roku.

*Nasz napisali masoni. Polska: 1, Islandia: 0