Pokazywanie postów oznaczonych etykietą midgetporn 4 life. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą midgetporn 4 life. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 grudnia 2012

An Even Scarier Solstice - świątecznych rozmaitości ciąg dalszy

Święta nie byłyby świętami bez świątecznego odcinka "Doctora Who". Tegoroczny okazał się być bardzo, bardzo dobry. Moffat kontynuuje tworzenie odcinków świątecznych w nawiązaniu do klasyki literatury angielskiej - dwa lata temu była "Opowieść wigilijna", w zeszłym roku "Opowieści z Narnii" - tym razem uraczył nas delikatnymi aluzjami do Mary Poppins i bardzo dosłownymi odniesieniami do Sherlocka Holmesa. Dawno nie było tak zabawnego odcinka tego serialu. Moffat dał Doktorowi całą brygadę towarzyszy - w zmaganiach ze złowrogimi bałwanami z kosmosu wspierają go: Madame Vastra (jaszczuroludzka pani detektyw), jej żona, Jenny, sontariański pielęgniarz Strax, a także nowa towarzyszka - Clara Oswin (tak na marginesie - bardzo tajemnicza postać). Dawno Doktor nie miał tak doskonale dobranej drużyny (ostatnio podobnie rozkoszna grupa była w czasach gdy w TARDIS woził się kapitan Jack Harkness). Ci bohaterowie idealnie do siebie pasują - w grupie wyglądają naprawdę naturalnie, a ich dialogi skrzą się dowcipem. Nowa towarzyszka zrobiło rewelacyjne wrażenie - coś czuję, że może bardzo szybko stać się moją towarzyszką. Oswin jest niezwykle żywiołowa, dowcipna i bezczelna - ale nie chamska (jak się nieraz zdarzało). A przy tym jest całkiem ładna. Ale to już  cecha drugorzędna.
Fabuła tego odcinka może nie zachwyca, ale wszystko wynagradzają bohaterowie i ich radosne przekomarzania. A wiktoriański Londyn wraz z grasującymi zębatymi bałwanami i lodową guwernantką jest bardzo klimatyczny. O takiego Doktora walczyłem.
Madame Vastra, Strax i Jenny


A teraz będę się chwalił prezentami, które dostałem w tym roku. Bo taki ze mnie chwalipięta. Bo mogę. Bo to mój blog i mogę sobie na nim wypisywać co mi się żywnie podoba.
Moja nieoceniona dziewczyna podarowała mi dziesiąty tom "Baśni" Milligana. To wciąż jest bardzo przyjemny komiks. Może formuła się powoli wyczerpuje, może robi się z tego mainstreamowy tasiemiec, ale mnie ten cykl póki co nie nudzi. A wręcz przeciwnie. Dostałem też eseje o kresach Chrzanowskiego - jeszcze nie czytałem, ale to kwestia najbliższych dni. Kolejnym sympatycznym prezentem jest płótno z Iron Manem, autorstwa Barry'ego Windsora-Smitha. Chociaż mój zachwyt ciut  się zmniejszył, kiedy się zorientowałem, że to nie jest to oryginał. Najwyraźniej nie można mieć wszystkiego.



Najlepszą rzecz dała mi Valentino (której bloga niedawno polecałem). Włóczkowy Cthulhu. Własnoręcznie wykonany. Naprawdę. Jest cudowny. Kocham go. Podziwiajcie na tym kiepskiej jakości zdjęciu!

Najlepszość

Oprócz tego dostałem parę innych drobiazgów, m. in. bardzo fajną, dużą patelnię. No, ale przecież nie będę robił zdjęcia patelni.

Dzisiejsza kolęda pochodzi z następnej płyty The H. P. Lovecraft Historical Society - "An Even Scarier Solstice"

.

Kolejną piosenkę dostarcza dziś wujek Douglas - jak łatwo można się domyślić po tytule, jest to świąteczna wersja hiciora sprzed lat. 


Swoją drogą - mam wrażenie, że szlachetny Douglas P. coraz bardziej upodabnia się do miłościwie nam panującego prezydenta Komorowskiego.  Intrygujące i zastanawiające.

piątek, 28 grudnia 2012

A Very Scary Solstice - świąteczne rozmaitości

Święta to bardzo przyjemny okres. Nawet jeśli się jest satanistą/poganinem/ateistą/albigensem. Ja ten czas spędziłem nadspodziewanie spokojnie. Z nikim się nie pokłociłe, z nikim nie pobiłem, nikt mnie nie ściagał. Siedziałem, popijałem wino i czytałem "Aparatus" Pilipiuka. Bo przy takiej okazji można sobie pozwolić na nieco luzu literackiego. Ten zbiór opowiadań jako całość nie wypada specjalnie olśniewająco, ale jeden tekst - "Staw" - zasługuje na wzmiankę. Na pierwszy rzut oka może się wydawać średnio udanym horrorem, jednak dla ciut wyrobionego czytelnika jest to bardzo zręczny i zabawny pastisz opowiadań Lovecrafta. Wszyscy, którzy czytali jakiekolwiek nowele z serii Mitów Cthulhu, zapewne pamiętają standardowy antagonizm w nich występujący - główny bohater, biały przedstawiciel cywilizacji zachodniej kontra mroczni dzicy, czczący pradawne bóstwa. U Pilipuka tym oświeconym protagonistą jest młody Niemiec, stacjonujący w Warszawie w 1940 roku, a pogańską tłuszczą - bluźnierczy Polacy odprawiający rytuały w Łazienkach i żydowski uczony, prowadzący ożywioną korespondencję z uniwersytetem w Arkham. Do tego mutujące, biegające po drzewach karpie, bluźniercze zaśpiewy na 11 listopada i grasujący po parku Szkopojad. Wprawdzie w opowiadaniu obecny jest delikatny klimat grozy, jednak odbieranie tego jak horroru może prowadzić do zawodu - to przede wszystkim żart. Całkiem niezły żart.

Bluźnierczy i kabłąkowaty Santa w jednym z krakowskich hipermarketów


Podczas lektury "przewodnika po zabytkach i kulturze Krakowa", Rożka natknąłem się na taki fragment:

Podczas prowadzonych w 1979 prac restauracyjnych natrafiono w murze piwnicznym na drewnianą skrzyneczkę, w której po otwarciu znaleziono mumię pieska , a obok leżał pergamin z krótką historią pałacu oraz napis , że „tutaj spoczywa Grypsia Mopsiczka, ukochana przyjaciółka… księżnej z hrabiów Ossolińskich Wandy Jabłonowskiej i panny Walerii Littich”. Nadto podano, że żyła lat 10 i zdechła 7 listopada 1889 . 

Bardzo fajnie jest mieszkać w mieście, które posiada własną mumię. W dodatku mopsią. 

Kiedy wracaliśmy z wieczerzy wigilijnej natknęliśmy się na sajlenthilowy wózek sklepowy, czyhający na rogu Szlaku i Warszawskiej.
Dwa dni później grasował na Ogrodowej. Jego dalsze losy są nieznane.

 

Jedna z moich ulubionych kolęd. Z pierwszej płyty The H. P. Lovecraft Historical Society - "A Very Scary Solstice".



Więcej dobroci - jedna z nowszych piosenek Dropkick Murphys. Piękno i miłość.



Przy okazji - polecajka. Blog o wojażach mojej znajomej (znanej w środowisku galicyjskich złodziei dzieł sztuki jako Valentino ) - Duże Podróże.
Powiem szczerze - Cejrowski to to nie jest. I bardzo dobrze! (badum tss!) Jak ktoś lubi czytać o cudzych wyprawach, to zapraszam. Ładnie, miło i bez nadęcia.



sobota, 11 sierpnia 2012

Pryyt #3

W jednej sieci tanich książek rzucili ostatnio sporą partię amerykańskich albumów w bardzo sympatycznych cenach - malarstwo, architektura, design itd. Mi udało się wyszperać 25. 000 years of erotic freedom, Alana Moore'a (to krótki, ale bardzo ładnie wydany esej o historii i istocie pornografii, podejrzewam, że będzie niezłym uzupełnieniem Lost Girls) oraz Breakdowns, Arta Spiegelmana.

Breakdowns: Portrait of the Artist as a Young %@&*! składa się z dwóch części. Główna, oddzielona od reszty albumu dodatkową, kartonową okładką, to zbiór krótkich, kilkustronicowych komiksów z lat '70. Otoczona jest klamra w postaci przedmowy (w formie komiksu) i posłowia (tekst uzupełniony ilustracjami, zdjęciami). Dają one kontekst historyczny, opowiadają o początkach fascynacji Spiegelmana komiksem, jakie dzieła i twórcy go ukształtowali.

Historie zawarte w tym zbiorze prezentują sporą różnorodność graficzną - od typowego cartoonu, przez rysunek prawie-realistyczny, aż po eksperymenty ekspresjonistyczne i kubistyczne. Nie inaczej jest w warstwie fabularnej. Są tu historie na serio, czarnohumorzaste, a także eksperymenty formalne i narracje meta-komiksowe. Najlepiej, według mnie wypadł autobiograficzny komiks o samobójstwie matki artysty oraz "Ace Hole" - surrealistyczna historia o detektywie karle. Pewną ciekawostką jest pierwsza, trzystronicowa wersja Mausa, stworzona w 1972 roku. 

To bardzo dobry album - Spiegelman już wtedy był znakomitym artystą, świetnie rozumiejącym medium i odważnie z nim eksperymentujący. Zwykle wszelkiego rodzaju wstępy, posłowia, przedmowy są lepszym lub gorszym dodatkiem do danego dzieła. Tu jest inaczej - mimo, że dołączone dopiero w drugim wydaniu, wstęp i posłowie tworzą  naturalną kompozycję z tekstem głównym, a także trzymają równy mu poziom (przepyszny jest fragment, gdy Spiegelman rozmawia z synem, stojąc w cieniu pomnika wielkiej myszy).
Poszukajcie w tanich książkach, może się jeszcze trochę ostało.

Dodatkowo - dobroć z internetu: Wolverine według Bizona. Szanowni czytelnicy zapewne pamiętają Bizona z Produktu i jego fascynujących Pokoleń, opowieści o gangsterach w formie skrótów fabuły jakiegoś fikcyjnego serialu. Albo  z jakiś innych produktowych komiksów. Albo z zinów. Nieważne. dawno nie widziałem nic jego drukiem - szkoda, bo to co czasami puszcza w sieci jest bardzo dobre. Np. taka bizonowa wersja Wolverine'a - niby to świat Marvela, ale uzupełniony o element słowiańskiej menelskości/penerskości/bejowatości (do wyboru). W tej serii pasków kryształowi superbohaterowie klną, chleją, uwielbiają się bić i ogólnie zachowują się nieodpowiedzialnie. Sam Wolverine, mimo, że zawsze był outsiderem i człowiekiem trunkowym, u Bizona staje się czymś na kształt szlachetnego bezdomnego, który najchętniej by się tylko najebywał (ot, taki cytacik: "Pracuję na 3 zmiany w fabryce elementów. Mógłbym na 7, mam czynnik samogojący, ale muszę mieć czas się napierdolić."), ale cóż począć gdy niewinni cierpią? Seria jest prześmieszna, uwierzcie mi na słowo - chociaż właściwie to nie musicie, sami sprawdźcie - wszystkie (póki co) 21 pasków można przeczytać na blogasku Bizona. A na zachętę odcinek #17.


Jako, że nie samym komiksem człowiek żyje, to czasem należy przeczytać jakąś książkę. Na ten przykład niech to będzie zbiór opowiadań, szkiców i felietonów Bóg X, Wiktora Jerofiejewa. Jak powszechnie wiadomo, autor jest często mylony z innym rosyjskim pisarzem drugiej połowy XX wieku - Wieniediktem Jerofiejew, ojcem przesławnej książki Moskwa-Pietuszki. Właśnie w Bogu X, Wiktor Jerofiejew opisuje historię tych nieporozumień. A jest o czym pisać. Reszta tekstów w zbiorze dotyczy głownie miłości. Ale nie tylko - jest też trochę o kupie, zombie, ciut czystego surrealizmu. 
Na szczególna uwagę zasługuje znakomity, bardzo post-modernistyczny mini-dramat o dzieciach Puszkina. Puszkin umiera, a w pokoju obok jego potomstwo (jego oraz d'Anthesa i Mikołaja I) wyklina na tatusia - że był z niego kiepski pisarz, kurwiarz, pedofil, nudziarz. Wyzywają go od ostatnich, mieszają go z błotem i przejeżdżają walcem wulgarnej krytyki.

"Kiedy pierwszy raz wyruchał mnie w dupę, myślałem, że umrę z bólu."
"Puszkin to grafoman."
 "Gdyby d'Anthes go nie postrzelił, sama dosypałabym mu do jedzenia trutki na szczury."

Nas to może to nie wzruszać, ale jeśli wziąć pod uwagę jak wielką miłością i szacunkiem cieszy się poeta w Rosji ("Puszkin to nasz wszystko" - napisał kiedyś krytyk i literat Apołłon Grigoriew) to otrzymamy utwór niemalże na miarę karykatury Mahometa. Niemalże. No, ale to tylko taka ciekawostka. Szaleństwa utworowi dodaje fakt, że funkcjonuje ono niejako poza epokami, poza czasem. Dziatwa mówi o postaciach, które narodziły się długo po śmierci Puszkina - wspominają Dzierżyńskiego, Hitlera i Pielewina ("A mnie Pielewin. Przez jedną noc przeczytałem wszystkie jego dzieła. Kultowa postać. Jak Zagoskin"). 

Reszta tomu trzyma (z małymi wyjątkami) niemalże tak samo wysoki poziom jak Dzieci Puszkina. Kilka tekstów to kopalnia cudownych bon motów - jak np.: 
"Jeśli twoja żona czy dziewczyna znajdzie sobie kochanka, koniecznie spotkaj się z nim i poproś, żeby wyjebał cię w dupę. Jeśli wyjebie, to wszystko będzie dobrze."

Trochę słabo, że w zbiorku znalazł się jeden tekst opublikowany wcześniej w książce Świat diabła - chyba tylko po to żeby za dobrze nie było. Trudno, zdarza się. Życie toczy się dalej.
Jeśli ktoś jeszcze nie zna twórczości "tego drugiego Jerofiejewa", to spokojnie może zacząć od Boga X.






Jako, że nie samą sztuką człowiek żyje, to czasem należy się gdzieś wybrać i odrobinę zgłuszyć. Można na przykład pojechać do Katowic - ja byłem tydzień temu na Off Festivalu, coby zobaczyć Henry'ego Rollinsa (szalenie sympatyczny i zabawny człowiek) i Swans (rozkurwili kosmos). Ale co zrobić jak akurat w Kato nie ma żadnego festiwalu (a tak się czasem zdarza)? Ano, można zajść do Białej Małpy (ul. 3 maja 38) i wypić jakieś zacne piwko, które nie smakuje jak fiut. Knajpa należy do moich znajomych ze szczenięcych, licelanych czasów i oferuje szeroki wybór piw, z których żadne nie smakuje jak fiut. Są piwka zagraniczne, regionalne, miodowe, pszeniczne, ciemne, jasne, ale, lagery - czego tylko uczciwa dusza może zapragnąć - i zapewniam, żadne z nich nie smakuje jak fiut. Szczególnie polecam ale prosto z Kentu - Bishop's Finger. Naprawdę twarde, potężne piwo. Oddziela chłopców od mężczyzn.



czwartek, 26 kwietnia 2012

Jebać księży, czyli o "Kochanku Czerwonej Gwiazdy" słów kilka

Witold Jabłoński - pisarz, poganin, okultysta, libertyn-intelektualista, znawca teatru, drzewiej sekretarz Andrzejewskiego znany jest głównie z tetralogii fantastycznej "Gwiazda Wenus, gwiazda Lucyfer". Muszę przyznać, że seria, opowiadająca dzieje śląskiego maga Witelona, należy do moich ulubionych sag fantasy. Nie, żebym był fanem gatunku, chociaż sporo tego typu literatury się przeczytało w latach młodzieńczych. Książki Jabłońskiego jako jedne z niewielu przetrwały próbę czasu. Może dlatego, że nie jest to klasyczne fantasy - raczej powieść historyczna z wątkami fantastycznymi i sporą szczyptą starego, dobrego satanizmu.
Ale nie będę pisał o tym cyklu. Nie teraz. Może innym razem. Dzisiaj opowiem o dużo wcześniejszym płodzie (o tak, to dobre określenie) monsieur Witolda - Kochanku Czerwonej Gwiazdy. Książka powstała dobre dwadzieścia lat temu. Na zamówienie. Jednak zanim powieść zdążyła się ukazać, wydawnictwo wyparowało. Cóż, w tym czasie takie rzeczy się zdarzały. Dopiero w zeszłym roku Kochanka... opublikowało wydawnictwo Abiekt.pl (niedziałające już, niestety).

Fabuła jest prosta - młody seminarzysty (typ cherubinka) spotyka równie młodego krasnoarmiejca (typ wschodniego macho, aczkolwiek nie do końca) i zakochuje się w nim. Z wzajemnością. Życzliwe im osoby starają się pomóc tej miłości, a strażnicy moralności (zarówno po jednej jak i drugiej stronie barykady) rzucają im kłody pod nogi. Ot, Romeo i Julia na miarę tamtych czasów.

Równorzędnym wątkiem jest historia pięknego syna czerwonych notabli, który to młodzieniec, wulgarnie mówiąc, puszcza się na lewo i prawo. Stacza się beztrosko na dno, wpada w coraz gorsze towarzystwo, pojawiają się narkotyki i handel śmiesznymi rzeczami, wykradzionymi Armii Czerwonej.  Kolejną postacią w powieści jest jego siostra - aktorka, grająca w tytułową rolę w inscenizacji Justyny, Boskiego Markiza. W wolnych chwilach zajmuje się wróżeniem z kart tarota. Dziewczyna wydaje się być quasi-narratorką powieści, jako, że każdy rozdział jest nazwany od karty, a ich treść jest w ten czy inny sposób powiązana z odpowiednimi figurami tarota.

Tak jak napisałem wcześniej - książka miała być romansem gejowskim, jednak mimo, że wątki homoseksualne są wszechobecne, to Kochanek... podejmuje bardziej uniwersalne zagadnienie wolności jednostki. Przez pryzmat historii o zakazanej miłości Jabłoński pokazuje ucisk człowieka przez społeczeństwo, przebrzmiałe normy obyczajowe, oraz władze - zarówno świeckie, jak i duchowne. Do najlepszych fragmentów powieści należą te, przedstawiające zmiany zachodzące w Polsce na przełomie lat '80/'90. Pokazany jest progres ekonomiczny, większa swoboda wypowiedzi, ale też zmiany jedynie pozorne - partyjni prominenci stają się dobrze prosperującymi kapitalistami, a cenzura komunistyczna zostaje zastąpiona przez kościelną. Tej ostatniej kwestii autor poświęca najwięcej miejsca, przekonując, że nieważne z która partia (banda?) rządzi, zawsze dąży ona do ograniczenia swobód obywatela.

Ilustracje są najeżone kutasami, niczym obrazki Ojca Rene, co trochę kłóci się z treścią, jako, że Jabłoński opisuje kwestie łóżkowe raczej zmysłowo niż pornograficznie. Lub też posługując się rozkosznymi metaforami, np.: "Po chwili parowóz dziejów z czerwoną gwiazdą na czubku wjechał z całym impetem do czarnego tunelu". Prawda, że urocze?

Nie jestem gejem, ani specem od literatury gejowskiej. Kochanka ... mogę więc ocenić tylko jako książkę po prostu. Nie będę roztrząsał na ile realnie opisuje środowisko homoseksualistów doby transformacji, ani czy rozterki młodych homoseksualistów rzeczywiście tak wyglądają. Jabłoński zna te kwestie z autopsji, więc pozostaje mi zaufać mu, że przedstawił je w miarę wiernie.

Główną wadą Kochanka ... jest jego długość - książka jest zdecydowanie za krótka. Akcja toczy się zbyt szybko, a w wielu fragmentach przydałoby się pewne uspokojenie, chwila refleksji, czy dodatkowy opis. Autor umieścił w tej skromnej mikro-powieści mnogość ciekawych postaci i sporo, równie interesujących, wątków. Niestety, większość z nich została przedstawiona bardzo pobieżnie. Niektóre aż błagają o rozwinięcie, inne zdają się być niepotrzebne.
A to mogłaby  być naprawdę dobra książka! Jabłoński ma spory talent narracyjny, a także niezwykłą lekkość i jednocześnie elegancję języka. Jego historie dosłownie płyną, a dialogi skrzą się dowcipem. Naprawdę, wielka szkoda, że nie nie poświęcił tej historii więcej czasu - czytelnik dostał właściwie jedynie szkic powieści, pozostawiający ogromne uczucie niedosytu.

Piosenka adekwatna, bo heteroseksualni mężczyźni nie powinni tworzyć popu. Zupełnie im to nie wychodzi.

Właściwie bardziej pasowałby kawałek Dark Age of Love Coila, ale - na rany Wilde'a - ileż można.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Kultyści przechodzą do mainstreamu

Idę ci ja sobie ulicą i nagle widzę coś takiego:

Kultowe lodówki. Kultowe. Czyli dla członków jakiegoś kultu. Kultystów. Miło, że ludzie o nietypowych poglądach religijnych znaleźli swoje miejsce w globalnej wiosce. Ktoś chce na nich zarobić. Stali się targetem. Od tego już tylko jeden mały krok do powszechnej akceptacji.
Dodatkowo, taka lodówka to wspaniała rzecz. Dzięki temu nie trzeba będzie już trzymać rytualnych ingrediencji w zatęchłych, wilgotnych piwnicach. A w sytuacji, gdy ktoś trzyma np. krew dziewiczą w swojej zwykłej lodówce, zniknie ryzyko, że nieuważna żona lub kochanka, przez przypadek doda jej do sałatki.

Z ulotki reklamowej:

"Półki dostosowane do przechowywania ludzkich głów uciętych w czasie jakiegoś ważnego rytuału. Specjalne przegródki na wyrwane serca. Szuflady do przechowywania wnętrzności do wróżenia."

Chyba kupię sobie od razu dwie.


A jak już jesteśmy przy sprawach mrocznych i fascynujących, to przypomniała mi się zabawna anegdotka.

Chodziłem wtedy do podstawówki. Miałem kolegę. Takiego Pawełka. Razem z nim lubiliśmy robić głupie dowcipy – wypuszczać powietrze opon, smarować gołębie masłem, dosypywać soli do ciastek... Takie tam. Pewnego razu dzwoniliśmy do drzwi i uciekaliśmy, zanim właściciel nie otworzył. Zrobiliśmy taki numer w kilku domach, i dochodzimy do dwupiętrowego bliźniaka. Ja się chowam w krzakach, Pawełek dzwoni do drzwi. A drzwiami był Yog-Sothoth. Pieprzony Yog-Sothoth. Nigdy więcej nie widziałem Pawełka.

Wyobrażacie to sobie?! Pieprzony Yog-Sothoth!

H.P. Lovecraft Historical Society - "I saw mommy kisiing Yog-Sothoth"

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Wejście tylko dla alienów.

Wczoraj byłem na Pasji, Krzysztofa Pendereckiego. Spektakl miał miejsce w kompleksie znanym gawiedzi jako Alvernia Studios. Jak sama nazwa wskazuje, obiekt znajduje się w Alwernii (niedaleko od Krakowa) i jest to studio filmowe. Nie mam pojęcia co tam kręcili, i szczerze mówiąc jakoś mnie to specjalnie nie interesuje - liczy się ciekawa architektura tego miejsca. Zespół budynków składa się z kilkunastu sporych kopuł, połączonych przezroczystymi tunelami. Do tego dochodzą bardzo dziwaczne, acz urokliwe drzwi, prowadzące do poszczególnych kopuł. "To jakaś pierdolona stacja kosmiczna" - jak powiedziałby Poeta. I słusznie. Zanim kompleks został zaadaptowany na potrzeby kolesi od ruchomych obrazków, służył kosmitom do przeprowadzania eksperymentów na miejscowej ludności.

Jakość zdjęcia tłumaczy dziwna fizyka tego miejsca.



Legenda głosi, że tych drzwi wcale nie projektował H. R. Giger. Tylko inny facet, który aktualnie jest mu winny dużo pieniędzy.

Zdjęcie zrobione przez przypadek, kiedy uciekałem przed strażnikami w śmiesznych maskach.

O tutaj jest link, jakby ktoś chciał tam sobie urodziny urządzić: www.alvernia.com

A sam koncert/spektakl? Hmm... Spodziewałem się czegoś więcej po Pendereckim. Muzyka była dobra, ale mało porywająca. Miejscami się nudziłem. Aktorzy, krążący wokół sceny też nie robili szczególnego wrażenia. Ale może ja się po prostu nie znam i jestem burakiem bez szkoły. Za to bardzo mi się podobało jak Pan Krzysio dyrygował. Tak niespiesznie. Dostojnie. Czuć było moc w tych ruchach.



Piosenka na dziś z zupełnie innej bandy, bo nazwa bloga (czasami) zobowiązuje.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Pryyt #1

Obecnie jestem niemal stuprocentowym no-lifem. To prawda. Moją żałosną egzystencję dzielę pomiędzy studia, pracę* i resztki życia erotycznego.
Oraz łykanie pop i wysokiej kultury. Fuck yeah, nieżycie jest piękne.

Skrótowo, telegraficznie wręcz, o tym co ostatnio widziałem, czytałem i słyszałem.

"Anioły na ostrzu igielnym", autorstwa Jurija Drużnikowa, pisarza radziecko-emigracyjnego, szestidiesiatnika, od niedawna świętej pamięci.
To przede wszystkim dość kompletny obraz Rosji epoki Breżniewa (zwanego w książce "Towarzyszem Krzeczastym"), zwłaszcza wyższych sfer Związku Radzieckiego - członków Komitetu Centralnego, kagiebistów, wojskowych, przedstawicieli prasy. Ale nie tylko - w książce jest też miejsce na małych, nieważnych obywateli ZSRR. Każdy z kilkunastu bohaterów powieści jest dokładnie opisany - przy każdym, oprócz jego historii jest zamieszczony ankieta osobowa - jedna z wielu, jaki trzeba było w tym ustroju wypełniać przy różnych okazjach. Mimo mnogości postaci, czytelnik nie gubi się w fabule, losy wszystkich zgrabnie się przeplatają - od skromnego kierowcy aż po samego Breżniewa. A nad wszystkim unosi się (dosłownie i metaforycznie) duch markiza de Custine.
Drużnikow pisze lekko, ironicznie, bezwzględnie obnażając okrutne absurdy rzeczywistości radzieckiej. Z powieści wyłania się obraz społeczeństwa zniszczonego i zastraszonego - tytułowe anioły to nikt inny jak bohaterowie, niezależnie od zajmowanego stanowiska, bojący się o swoją przyszłość, zdający sobie sprawę z tego, że w systemie komunistycznym nikt nie jest bezpieczny. Kawał solidnej literatury - polecam!



"Luther" to kolejny dowód na to, że BBC robi świetne seriale. Krótko - historia policjanta z problemami psychicznymi, który ściga przestępców z problemami psychicznymi. Dawno (nigdy?) nie widziałem tak ponurego, przygnębiającego serialu. To nie jest komediowy "Dexter" - tutaj mordercy to naprawdę bezwzględne, nieludzkie monstra, policja jest bezradna, a społeczeństwo znajduje się w zaawansowanym stadium znieczulicy. Nastrój beznadziei podkreśla sceneria Londynu "B" - blokowiska, opuszczone fabryki, szare dworce itd.. Aktorsko jest równie dobrze. Przede wszystkim Idris Elba w roli tytułowej - bardzo oszczędna gra w stylu twardzieli kina noir, przerywana co jakiś czas napadami szału. Partneruje mu przez większość czasu Ruth Wilson jako psychopatyczny sidekick. Do tego solidna drugoplanowa rola ósmego Doktora. Pozostali aktorzy też prezentują wysoki poziom. Ale to już standard we współczesnych serialach.**

Nota bene, HBO przymierza się do serialu na podstawie "Amerykańskich bogów", Gaimana. Elba byłby idealny do roli Cienia. Idealny!

A teraz dla odmiany trochę zdrowego hejtu. Przesłuchałem ostatnio płytkę "Herbert", nagraną przez różnych znanych: Gabę Kulkę, Wojciecha Waglewskiego, Adama Nowaka i innych takich.
Albo mi się w dupie poprzewracało od zajebistych interpretacji Herberta, wykonywanych przez Przemysława Gintrowskiego, albo ta płyta jest naprawdę bardzo, bardzo chujowa.
Jako podkład muzyczny do tekstów poety służą kompozycje funkowo-popowe - w dodatku miernej jakości. Do niektórych kawałków dodano zupełnie niepotrzebne wtrącenia obcojęzyczne. Ja rozumiem, że ktoś chciał podejść do tematu nowatorsko, no, ale u kaduka - to trzeba z jakimś pomyślunkiem, a nie na zasadzie " gramy taką muzykę, jaka nam się podoba, używamy tekstów Herberta i będzie fajnie".
Nieźle wypadły jedynie recytacje Jana Nowickiego i Rafała Mohra - ale to wcale nie ratuje albumu. Dodanie dwóch łyżek kawioru do gnijącego bigosu nie sprawi, że wyjdzie dobra potrawa.



Dla odmiany coś muzycznie dobrego - psychiczny młodzieniec Monte Cazazza i Znak Diaboła:


A może by się do jakiegoś muzeum wybrać? Albo do Augustowa?

*Ktoś kiedyś powiedział, że "żadna praca nie hańbi". Prawdopodobnie to był ten geniusz, który wymyślił hasło "O gustach się nie dyskutuje".
**Żyjemy w Złotym Wieku.

poniedziałek, 16 maja 2011

Leon Pasternak od dawna nie żyje.

Ten Drugi Jerofiejew rozważał niedawno, czy Osama (po swojej męczeńsko-bohaterskiej śmierci) stanie się nowym Che Guevarą. Zdjęcie, zrobione w jednej z mniej modnych, krakowskich knajpek, pokazuje, że szanse pewne są.
Zauważyłem, że mojego blogaska parę osób znalazło, szukając informacji "jak zostać karłem" i "jak stać się karłem". Cieszę się, że jest nas więcej. Powinniśmy założyć jakąś organizację i niech władze nam refundują operacje. Ostatecznie, karły są dobrem publicznym.

Tymczasem brudne metaluchy, grające okazyjnie brudnego rocka wydały trzecią płytę. W przeciwieństwie do poprzednich, jest ona bardzo przeciętna. Bez pazura. Nędzna, mozna by powiedzieć. Dobrze robi jedynie cover Ghost Riders In The Sky.



sobota, 2 kwietnia 2011

Chcę zostać karłem!


Wybrałem się dzisiaj na wystawę My i Oni. Zawiła historia odmienności. Polecam - całkiem solidne streszczenie historii zachodniej dziwaczności (i postrzegania jej przez ludzi "normalnych") od średniowiecza po czasy współczesne. Jak na jedno piętro MCK, udało się zmieścić sporo interesującego materiału. Temat został potraktowany dosyć przekrojowy - oprócz klasycznych przykładów sensacji salonowych, takich jak olbrzymy, cudzoziemcy czy hermafrodyci zaprezentowano m. in. pensjonariuszy angielskich domów wariatów, wilkołaki, dandysów i brzydkich ludzi. Ale nie tylko. Sporo miejsca poświęcono na cudowne średniowieczno-wczesnorenesansowe bestiaria. Przy większości wystawionych grafik, współcześni artyści, lubujący się w malowaniu potworów, wypadają jak banda nędznych nudziarzy. Nie mogło zabraknąć też karłów. Na szczęście nie sprowadzono ich jedynie do roli błaznów - na kilku rycinach można było zobaczyć miniaturowych dworzan. Aż przypomniała się urocza Drabina Jakubowa Władysława Terleckiego.

Wystawa nie ograniczała się jedynie do grafik - w miejscu przedstawiającym bardziej współczesne oblicza odmienności były wyświetlane filmy - Nosferatu – symfonia grozy Friedricha Wilhelma Murnaua i Dziwolągi Toda Browninga. Tuż obok znalazły się komiksowe akcenty ekspozycji*: okładka El Borbaha Charlesa Burnsa i plansze z Zostać nietoperzem Warrena Ellisa i Jima Lee (opowiadanie znajduje się w pierwszym tomie zbioru Batman: Black & White). Nie wiem czemu zdecydowano się akurat na grafiki Lee - jego Batman jest straszliwie zwyczajny, to po prostu człowiek w kostiumie nietoperza - nie czuć od niego nieludzkości czy dziwaczności. O wiele lepiej pasowałyby malunki Simona Bisleya lub ilustracje Tima Sale'a.



Na ścianach ostatniej sali wisiały krzywe zwierciadła - tak, żeby zwiedzający, po kilku pokojach teorii, mógł się osobiście poczuć jak dziwadło. Przechodziłem od jednego lustra, do kolejnego chichocząc pod nosem, aż w pewnym momencie stanąłem oniemiały. Cóż za zabójczo seksowny karzeł! Dobre parę minut wpatrywałem się w moją skarlałą postać. Powiem szczerze - wyglądałem lepiej od połączenia Michaela J. Andersona i Petera Dinklage'a**.

Myślę, że byłbym najlepszym karłem świata.
Paradowałbym sobie w moim przepysznym fezie, postukując laseczką, a obok mnie biegłby mój wierny mops, Winston. Ech.

Tak, jak dorosnę, to chcę zostać karłem.







Przy okazji polecam ciekawego bloga: Intertekstualnie. Wizualnie. Paranoidalnie.
Myślę, że spodoba się wszystkim koneserom dziecięcej pornografii, oszustom podatkowym i damskim bokserom.



*Ciekawostka - to nie były oryginalne grafiki, ani nawet wydruki tylko albumy komiksowe (z kolekcji Andrzeja Rabendy) włożone w muzealne gablotki.
**A już 17 kwietnia HBO wyemituje pierwszy odcinek serialu "Gra o tron" (na podstawie prozy George'a R. R. Martina, oczywiście), gdzie tenże zagra Tyriona Lannistera. Jaram się, jaram.