Pokazywanie postów oznaczonych etykietą H. P. Lovecraft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą H. P. Lovecraft. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 maja 2013

Cienie spoza czasu, czerwone Marksy, Willie Nelson i kilka sznurków (ale głównie Cienie spoza czasu)

Czyli antologia opowiadań cthulowych, wydana przez Dobre Historie. Nie taka zła. Miejscami nawet dobra.


Zaczyna się od tekstu S. T. Joshiego, w którym ten jakże ceniony badacz twórczości Lovecrafta żali się jak to pisarze nawiązujący do Mitów Cthulhu w ogóle nic nie rozumieją, bezsensownie małpują i używają pustych znaków bez żadnej głębszej refleksji, a to przecież nie o to chodzi. Fajnie, myślę sobie, w takim razie opowiadania zawarte w tym zbiorze powinny być tymi przyzwoitymi i ich autorzy wiedzą jak użyć Wielkiego Przedwiecznego, żeby było mądro i straszno. Cóż - nie do końca. Większość z twórców popełnia dokładnie te błędy przed którymi ostrzega Joshi. Owszem, parę tekstów jest na wysokim poziomie, ale sporo to zwyczajne, proste horrory, z mackami dodanymi chyba tylko po to aby jakoś nawiązać.

Ale po kolei.

Pierwsze opowiadanie  - Dziedziniec - należy do Mistrza Alana Moore'a, a jak wiadomo, Mistrz Moore nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Jego opowiadanie cthulowe jest niezłe - Czarownik z Northampton naładował je odniesieniami do twórczości Lovecrafta i jego kolegów, tak że miejscami zahacza to o parodię, ale jednocześnie udało mu się oddać nastrój niesamowitości i kosmicznej grozy. Na podstawie tego tekstu powstał komiks, a którym pisałem na Kolorowych Zeszytach.
Szczerze mówiąc wolę wersję graficzną, ale to tylko dlatego, że jestem ćwierć-analfabetą. Więc się nie sugerujcie. Zwiedzamy dalej.

F. Paul Wilson - Pustkowia. Dosyć długie opowiadanie, miejscami nawet zbyt długie - gdyby autor parę fragmentów skrócił, to wyszłoby to na dobre. Ale i tak to zupełnie przyzwoita historia. Fabuła nie jest zbyt skomplikowana - dwójka byłych kochanków bada dziwne światła w bezkresnych sosnowych lasach Ameryki.Wilson podszedł do tematu bardzo oszczędnie - potworów prawie w ogóle się nie uświadczy, a nadnaturalność została właściwie jedynie nakreślona. Mimo to przez cały czas da się wyczuć nastrój zagrożenia i niesamowitości, a zakończenie bardzo pachnie sposobem w jaki Lovecrafta pojmują Grant Morrison czy Robert Anton Wilson.

Ok, dwa dobre opowiadania za nami, teraz czas na te słabsze.

W Grubej Rybie, Kim Newman starał się połączyć świat Lovecrafta z klimatem i sposobem narracji Chandlera. Nie wyszło. Założenie było szczytne, ale wykonanie niespecjalne. Widać, że autor za bardzo się silił na kopiowanie Chandlera w dodatku fabuła była dosyć pretekstowa. Kiepsko, panie dziejaszku.

 Nie zrażamy się i dziarskim krokiem kroczymy ku kolejnemu dziełu.

I nadziewamy się  na Grahama "I'm big in Poland" Mastertona, piszącego o pakcie jaki William Szekspir zawarł z Yog-Sothothem. Całkiem zgrabnie to napisane (lata praktyki robią swoje), ale ten Yog-Sothoth został tam strasznie na siłę wpakowany i jego mastertonowskie przedstawienie ni chuchu nie pasuje do tego co nim pisał Lovecraft. Zupełnie. Ani-ani. W dodatku motyw paktu Szekspira z "diabłem" był już wcześniej pokazany w Sandmanie. Nie wiem czy Masterton czytał ten zeszyt, ale wydaje mi się to dosyć prawdopodobne - to był dosyć głośny odcinek, dostał nawet jakieś literackie nagrody.

Edward Lee - Pierwiastek zła. Pomysł całkiem ciekawy, napisane też niczego, ale jakoś mnie nie przekonało.

W labiryncie Cthulhu, autorstwa Iana Watsona. Zaczęło się bardzo intrygująco, a skończyło dosyć przykro. Przypadek ten sam co u Mastertona - autor wziął potwora, nazwał go Cthulhu, opisał jego wygląd jako podobny do lovecraftowskiego bóstwa, po czym kazał mu się zachowywać zupełnie inaczej. Doprawdy, równie dobrze mógł go nazwać Robert, opowiadaniu w żaden sposób by to nie zaszkodziło, a czytelnik nie poczułby, że ktoś go robi w bambuko.

Po tych kilku, niezbyt szczęśliwych historiach przyszedł czas na Morta Castle'a i jego Sekret Noszony w sercu. To kolejna mieszanka dwóch stylów, tym razem Lovecrafta i Poe'go. Bardzo zgrabnie skrojona fabuła o tragedii rodzinnej i poszukiwaniu nieśmiertelności. Okazuje się, że można połączyć romantyzm z materializmem i da się zrobić to dobrze.

Tak zachęceni ruszamy dalej, pełni nadziei na kolejne piękne opowieści.

Alan Dean Foster - Wystąpił błąd krytyczny po adresem... czyli o starciu z terrorystą, grożącym, że wrzuci do internetu Necronomicon. Opowiadanie humorystyczne, nie pretendujące do miana horroru - czysta zabawa przy użyciu motywów lovecraftowskich. Wypadało, żeby chociaż jeden tego typu tekst znalazł się w antologii.

No, pośmieliśmy się, teraz trzeba brać się za rzeczy poważne.

Ramsey Campbell - Przyciąganie. Do Ziemi zbliża się nieznana planeta, a głównego bohatera nawiedzają dziwne sny. Jego ojca też kiedyś nawiedzały dziwne sny. A jego dziadek...
Intrygująca, solidnie napisana rzecz

Pan tej Ziemi, popełniony przez Gene'a Wolfe'a.  Krótka, nieprzekombinowana historia o jednym z egipskich bogów, grasującym w Stanach. Niby nic specjalnego, a jednak czytało się przyjemnie.

Ostatnie opowiadanie należy do zwycięzcy konkursu zorganizowanego przez wydawnictwo - Tomasza Drabarka. Mam wrażenie, że poziom nadesłanych prac nie był zbyt wysoki. Doceniam pomysł wplecenia istot z mitów w aktualne wydarzenia polityczne, ale - na Yog-Sothotha - niech to jakoś wygląda! A w wykonaniu szanownego zwycięzcy, niestety, nie prezentuje się to za dobrze. Jego opowiadanie jest nudne, bez polotu, straszliwie wymęczone.

I to już koniec, moje dziatki. Cienie spoza czasu polecam, aczkolwiek z pewnymi wyjątkami. Kupcie, albo zrabujcie przy nadarzającej się okazji.

A tymczasem w Trewirze - na placu Porta Nigra, Ottmar Hörl (ten od nazistowskich krasnali) postawił 500 niewielkich (ok. 1 metra), czerwoniutkich Karolów Marksów. Wystawa zorganizowana została z okazji 195-ej rocznicy urodzin filozofa i potrwa do 26 maja - potem chętni będą mogli zakupić figury - 300 eurosów ma kosztować wersja zwykła, 500 - opatrzona autografem artysty. Dotychczas skradziono 30 mini-Marksów.

 
Odcinek specjalny cyklu "Powinniście słuchać więcej country". Willie Nelson jako Gandalf - prosto od Conana O'Briena!



I do tego piosenka. Oczywiście o Szatanie.



Na zakończenie - kilka tekstów, które napisałem dla sławy i ku uciesze gawiedzi.

Na Gildii Komiksa recenzje: Szybkiego Lestera (polecam) i Fabryki (jeszcze bardziej polecam). A dla Pulpozaura bardzo brutalny tekst o Metalocalypse.

sobota, 29 grudnia 2012

An Even Scarier Solstice - świątecznych rozmaitości ciąg dalszy

Święta nie byłyby świętami bez świątecznego odcinka "Doctora Who". Tegoroczny okazał się być bardzo, bardzo dobry. Moffat kontynuuje tworzenie odcinków świątecznych w nawiązaniu do klasyki literatury angielskiej - dwa lata temu była "Opowieść wigilijna", w zeszłym roku "Opowieści z Narnii" - tym razem uraczył nas delikatnymi aluzjami do Mary Poppins i bardzo dosłownymi odniesieniami do Sherlocka Holmesa. Dawno nie było tak zabawnego odcinka tego serialu. Moffat dał Doktorowi całą brygadę towarzyszy - w zmaganiach ze złowrogimi bałwanami z kosmosu wspierają go: Madame Vastra (jaszczuroludzka pani detektyw), jej żona, Jenny, sontariański pielęgniarz Strax, a także nowa towarzyszka - Clara Oswin (tak na marginesie - bardzo tajemnicza postać). Dawno Doktor nie miał tak doskonale dobranej drużyny (ostatnio podobnie rozkoszna grupa była w czasach gdy w TARDIS woził się kapitan Jack Harkness). Ci bohaterowie idealnie do siebie pasują - w grupie wyglądają naprawdę naturalnie, a ich dialogi skrzą się dowcipem. Nowa towarzyszka zrobiło rewelacyjne wrażenie - coś czuję, że może bardzo szybko stać się moją towarzyszką. Oswin jest niezwykle żywiołowa, dowcipna i bezczelna - ale nie chamska (jak się nieraz zdarzało). A przy tym jest całkiem ładna. Ale to już  cecha drugorzędna.
Fabuła tego odcinka może nie zachwyca, ale wszystko wynagradzają bohaterowie i ich radosne przekomarzania. A wiktoriański Londyn wraz z grasującymi zębatymi bałwanami i lodową guwernantką jest bardzo klimatyczny. O takiego Doktora walczyłem.
Madame Vastra, Strax i Jenny


A teraz będę się chwalił prezentami, które dostałem w tym roku. Bo taki ze mnie chwalipięta. Bo mogę. Bo to mój blog i mogę sobie na nim wypisywać co mi się żywnie podoba.
Moja nieoceniona dziewczyna podarowała mi dziesiąty tom "Baśni" Milligana. To wciąż jest bardzo przyjemny komiks. Może formuła się powoli wyczerpuje, może robi się z tego mainstreamowy tasiemiec, ale mnie ten cykl póki co nie nudzi. A wręcz przeciwnie. Dostałem też eseje o kresach Chrzanowskiego - jeszcze nie czytałem, ale to kwestia najbliższych dni. Kolejnym sympatycznym prezentem jest płótno z Iron Manem, autorstwa Barry'ego Windsora-Smitha. Chociaż mój zachwyt ciut  się zmniejszył, kiedy się zorientowałem, że to nie jest to oryginał. Najwyraźniej nie można mieć wszystkiego.



Najlepszą rzecz dała mi Valentino (której bloga niedawno polecałem). Włóczkowy Cthulhu. Własnoręcznie wykonany. Naprawdę. Jest cudowny. Kocham go. Podziwiajcie na tym kiepskiej jakości zdjęciu!

Najlepszość

Oprócz tego dostałem parę innych drobiazgów, m. in. bardzo fajną, dużą patelnię. No, ale przecież nie będę robił zdjęcia patelni.

Dzisiejsza kolęda pochodzi z następnej płyty The H. P. Lovecraft Historical Society - "An Even Scarier Solstice"

.

Kolejną piosenkę dostarcza dziś wujek Douglas - jak łatwo można się domyślić po tytule, jest to świąteczna wersja hiciora sprzed lat. 


Swoją drogą - mam wrażenie, że szlachetny Douglas P. coraz bardziej upodabnia się do miłościwie nam panującego prezydenta Komorowskiego.  Intrygujące i zastanawiające.

piątek, 28 grudnia 2012

A Very Scary Solstice - świąteczne rozmaitości

Święta to bardzo przyjemny okres. Nawet jeśli się jest satanistą/poganinem/ateistą/albigensem. Ja ten czas spędziłem nadspodziewanie spokojnie. Z nikim się nie pokłociłe, z nikim nie pobiłem, nikt mnie nie ściagał. Siedziałem, popijałem wino i czytałem "Aparatus" Pilipiuka. Bo przy takiej okazji można sobie pozwolić na nieco luzu literackiego. Ten zbiór opowiadań jako całość nie wypada specjalnie olśniewająco, ale jeden tekst - "Staw" - zasługuje na wzmiankę. Na pierwszy rzut oka może się wydawać średnio udanym horrorem, jednak dla ciut wyrobionego czytelnika jest to bardzo zręczny i zabawny pastisz opowiadań Lovecrafta. Wszyscy, którzy czytali jakiekolwiek nowele z serii Mitów Cthulhu, zapewne pamiętają standardowy antagonizm w nich występujący - główny bohater, biały przedstawiciel cywilizacji zachodniej kontra mroczni dzicy, czczący pradawne bóstwa. U Pilipuka tym oświeconym protagonistą jest młody Niemiec, stacjonujący w Warszawie w 1940 roku, a pogańską tłuszczą - bluźnierczy Polacy odprawiający rytuały w Łazienkach i żydowski uczony, prowadzący ożywioną korespondencję z uniwersytetem w Arkham. Do tego mutujące, biegające po drzewach karpie, bluźniercze zaśpiewy na 11 listopada i grasujący po parku Szkopojad. Wprawdzie w opowiadaniu obecny jest delikatny klimat grozy, jednak odbieranie tego jak horroru może prowadzić do zawodu - to przede wszystkim żart. Całkiem niezły żart.

Bluźnierczy i kabłąkowaty Santa w jednym z krakowskich hipermarketów


Podczas lektury "przewodnika po zabytkach i kulturze Krakowa", Rożka natknąłem się na taki fragment:

Podczas prowadzonych w 1979 prac restauracyjnych natrafiono w murze piwnicznym na drewnianą skrzyneczkę, w której po otwarciu znaleziono mumię pieska , a obok leżał pergamin z krótką historią pałacu oraz napis , że „tutaj spoczywa Grypsia Mopsiczka, ukochana przyjaciółka… księżnej z hrabiów Ossolińskich Wandy Jabłonowskiej i panny Walerii Littich”. Nadto podano, że żyła lat 10 i zdechła 7 listopada 1889 . 

Bardzo fajnie jest mieszkać w mieście, które posiada własną mumię. W dodatku mopsią. 

Kiedy wracaliśmy z wieczerzy wigilijnej natknęliśmy się na sajlenthilowy wózek sklepowy, czyhający na rogu Szlaku i Warszawskiej.
Dwa dni później grasował na Ogrodowej. Jego dalsze losy są nieznane.

 

Jedna z moich ulubionych kolęd. Z pierwszej płyty The H. P. Lovecraft Historical Society - "A Very Scary Solstice".



Więcej dobroci - jedna z nowszych piosenek Dropkick Murphys. Piękno i miłość.



Przy okazji - polecajka. Blog o wojażach mojej znajomej (znanej w środowisku galicyjskich złodziei dzieł sztuki jako Valentino ) - Duże Podróże.
Powiem szczerze - Cejrowski to to nie jest. I bardzo dobrze! (badum tss!) Jak ktoś lubi czytać o cudzych wyprawach, to zapraszam. Ładnie, miło i bez nadęcia.



czwartek, 5 kwietnia 2012

Kultyści przechodzą do mainstreamu

Idę ci ja sobie ulicą i nagle widzę coś takiego:

Kultowe lodówki. Kultowe. Czyli dla członków jakiegoś kultu. Kultystów. Miło, że ludzie o nietypowych poglądach religijnych znaleźli swoje miejsce w globalnej wiosce. Ktoś chce na nich zarobić. Stali się targetem. Od tego już tylko jeden mały krok do powszechnej akceptacji.
Dodatkowo, taka lodówka to wspaniała rzecz. Dzięki temu nie trzeba będzie już trzymać rytualnych ingrediencji w zatęchłych, wilgotnych piwnicach. A w sytuacji, gdy ktoś trzyma np. krew dziewiczą w swojej zwykłej lodówce, zniknie ryzyko, że nieuważna żona lub kochanka, przez przypadek doda jej do sałatki.

Z ulotki reklamowej:

"Półki dostosowane do przechowywania ludzkich głów uciętych w czasie jakiegoś ważnego rytuału. Specjalne przegródki na wyrwane serca. Szuflady do przechowywania wnętrzności do wróżenia."

Chyba kupię sobie od razu dwie.


A jak już jesteśmy przy sprawach mrocznych i fascynujących, to przypomniała mi się zabawna anegdotka.

Chodziłem wtedy do podstawówki. Miałem kolegę. Takiego Pawełka. Razem z nim lubiliśmy robić głupie dowcipy – wypuszczać powietrze opon, smarować gołębie masłem, dosypywać soli do ciastek... Takie tam. Pewnego razu dzwoniliśmy do drzwi i uciekaliśmy, zanim właściciel nie otworzył. Zrobiliśmy taki numer w kilku domach, i dochodzimy do dwupiętrowego bliźniaka. Ja się chowam w krzakach, Pawełek dzwoni do drzwi. A drzwiami był Yog-Sothoth. Pieprzony Yog-Sothoth. Nigdy więcej nie widziałem Pawełka.

Wyobrażacie to sobie?! Pieprzony Yog-Sothoth!

H.P. Lovecraft Historical Society - "I saw mommy kisiing Yog-Sothoth"

niedziela, 7 lutego 2010

Mroczne macki z Nowego Kleparza

Na początek mojego blogaskowego ekshibicjonizmu postanowiłem opowiedzieć pewną anegdotkę. Jest prawie prawdziwa.

Parę dni temu siedziałem sobie w „Alchemii” popijałem piwko i rozmyślałem nad przyszłością Świata. Starałem się nie patrzeć na parkę przy stoliku obok, która poczynała sobie naprawdę śmiało. To było prawie jak porno. Tyle, że w ubraniach. W pewnym momencie facet wepchnął pannie ręką pod spódniczkę. A tam był Yog-Sothoth. Pieprzony Yog-Sothoth. Wyobrażacie sobie to? Aż przykro było patrzeć. Pieprzony Yog-Sothoth.

I właśnie o tym będzie ten blogasek.