Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmyślania przy goleniu penisa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmyślania przy goleniu penisa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 stycznia 2013

Ameryka jest pokręcona i, szczerze mówiąc, trochę głupia

Na początek chciałbym napisać, że przez większość życia myślałem, że J. G. Ballard jest Amerykaninem. Nie wiem dlaczego. Może to wina Spielberga.
Ale mniejsza z tym. Nie tak dawno temu przeczytałem jego "Witaj, Ameryko" (Ballarda, nie Spielberga). Tytułowy kontynent został spustoszony przez katastrofę ekologiczną, a większość obywateli uciekła do Europy. Sto lat później, potomkowie tych emigrantów (którzy byli potomkami emigrantów) przybywa z ekspedycją, żeby sprawdzić co się tam aktualnie dzieje.  Po pierwszych stronach spodziewałem się twardej historii o zmaganiu się z nieokiełznaną przyrodą, własnymi słabościami, zdradą towarzyszy. Opowieści o tym jak zmienia się ludzka natura w ekstremalnych warunkach. Coś w stylu conradowo-hemingwayowskim. I trochę tak było. Na początku. A później zmieniło się w szaloną zabawę z kliszami amerykańskiej kultury. Pojawiają się nowi Indianie - plemiona Biurokratów, Gangsterów, Astronautów, Gejów i Rozwódek. Tubylcy są niemalże skończonymi analfabetami, a imiona przybierają nazw dawnych marek i firm. Bohaterowie odkrywają odradzającą się Amerykę w dżungli Las Vegas, gdzie prezydent Charles Manson stara się odtworzyć państwo przy pomocy małoletnich Meksykanów, a wspomaga go naukowiec budujący roboty na podobieństwo dawnych gwiazd filmowych i byłych prezydentów.

Ballard bezwstydnie naśmiewa się z marzeń nowych kolonistów i ich wizji Ameryki. Każdy z nich był opętany jednym z amerykańskich mitów: mitem prezydenta USA, dzikiego zachodu, bogactwa, imperium, potęgi nuklearnej. Autor pokazał jak groteskowe są te mity. Prawdziwa Ameryka jest zupełnie inna: zwykła, nieromantyczna, brutalna i odrobinę głupia. Oczywiście, przez pryzmat bohaterów  pokazuje jakie jest powszechne wyobrażenie europejczyka o Stanach Zjednoczonych. Wyobrażenie, budowane na bazie popkulturowej: filmach, książkach, komiksach, serialach. Amerykański Sen o innym świecie, który jednak jest trochę podobny do naszego, ale jednak inny. Większy, bogatszy, dający nieograniczone możliwości. Państwo sprawiedliwych, które potrafi przeciwstawić się globalnemu terroryzmowi oraz atakowi z innej planety i na którym te ataki się koncentrują. Pępek świata, nowe centrum cywilizacji zachodniej.

"Witaj, Ameryko" nie jest wybitną powieścią - pewne watki zostały wyraźnie potraktowane po łebkach, inne niepotrzebnie rozwleczone. Znalazło się też kilka głupotek. Ale ja Ballarda lubię. Lubię surowość jego stylu i nieustępliwy pesymizm. Jak się czyta jego utwory (zwłaszcza te science-fiction, które dzieją się w odległej przyszłości, czyli na przełomie XX i XXI) to człowiek aż się cieszy, że świat się jeszcze trzyma i wygląda tak jak wygląda. Poza tym książkę można dorwać za równowartość dwóch piw (w sklepie, nie w Pięknym psie).


Jak już jesteśmy przy temacie Ameryki, to warto by było posłuchać trochę country, prawda? Albo prawie country. Piosenka którą prezentuję w pierwotnej wersji była jak najbardziej country i śpiewała ją Tammy Wynette. Jak by to ująć? Nigdy nie znalazła się na liście moich 100 000 ulubionych kawałków. potem była wersja Blues Brothers, która była już fajniejsza. A ostatnio natrafiłem na cover w wykonaniu Motorhead i z wokalem Wendy O. Williams. Tak, to było to. Banda alkoholików i narkomanów zamieniła smętne postękiwanie w metalowo-panczurową petardę.

Mroczna ciekawostka: panie Wynette i Williams pożegnały się z tym padołem łez tego samego dnia - 6 kwietnia 1998 roku. Tammy pokonał skrzep krwi, a Wendy strzeliła samobója.



Mroczna ciekawostka #2: Stand By Your Man śpiewał również wampir Cassidy, w "Kaznodziei", Gartha Ennisa. Który swoją drogą też tworzy bardzo dziwno-kliszową wizję Stanów i przyległości.

sobota, 29 grudnia 2012

An Even Scarier Solstice - świątecznych rozmaitości ciąg dalszy

Święta nie byłyby świętami bez świątecznego odcinka "Doctora Who". Tegoroczny okazał się być bardzo, bardzo dobry. Moffat kontynuuje tworzenie odcinków świątecznych w nawiązaniu do klasyki literatury angielskiej - dwa lata temu była "Opowieść wigilijna", w zeszłym roku "Opowieści z Narnii" - tym razem uraczył nas delikatnymi aluzjami do Mary Poppins i bardzo dosłownymi odniesieniami do Sherlocka Holmesa. Dawno nie było tak zabawnego odcinka tego serialu. Moffat dał Doktorowi całą brygadę towarzyszy - w zmaganiach ze złowrogimi bałwanami z kosmosu wspierają go: Madame Vastra (jaszczuroludzka pani detektyw), jej żona, Jenny, sontariański pielęgniarz Strax, a także nowa towarzyszka - Clara Oswin (tak na marginesie - bardzo tajemnicza postać). Dawno Doktor nie miał tak doskonale dobranej drużyny (ostatnio podobnie rozkoszna grupa była w czasach gdy w TARDIS woził się kapitan Jack Harkness). Ci bohaterowie idealnie do siebie pasują - w grupie wyglądają naprawdę naturalnie, a ich dialogi skrzą się dowcipem. Nowa towarzyszka zrobiło rewelacyjne wrażenie - coś czuję, że może bardzo szybko stać się moją towarzyszką. Oswin jest niezwykle żywiołowa, dowcipna i bezczelna - ale nie chamska (jak się nieraz zdarzało). A przy tym jest całkiem ładna. Ale to już  cecha drugorzędna.
Fabuła tego odcinka może nie zachwyca, ale wszystko wynagradzają bohaterowie i ich radosne przekomarzania. A wiktoriański Londyn wraz z grasującymi zębatymi bałwanami i lodową guwernantką jest bardzo klimatyczny. O takiego Doktora walczyłem.
Madame Vastra, Strax i Jenny


A teraz będę się chwalił prezentami, które dostałem w tym roku. Bo taki ze mnie chwalipięta. Bo mogę. Bo to mój blog i mogę sobie na nim wypisywać co mi się żywnie podoba.
Moja nieoceniona dziewczyna podarowała mi dziesiąty tom "Baśni" Milligana. To wciąż jest bardzo przyjemny komiks. Może formuła się powoli wyczerpuje, może robi się z tego mainstreamowy tasiemiec, ale mnie ten cykl póki co nie nudzi. A wręcz przeciwnie. Dostałem też eseje o kresach Chrzanowskiego - jeszcze nie czytałem, ale to kwestia najbliższych dni. Kolejnym sympatycznym prezentem jest płótno z Iron Manem, autorstwa Barry'ego Windsora-Smitha. Chociaż mój zachwyt ciut  się zmniejszył, kiedy się zorientowałem, że to nie jest to oryginał. Najwyraźniej nie można mieć wszystkiego.



Najlepszą rzecz dała mi Valentino (której bloga niedawno polecałem). Włóczkowy Cthulhu. Własnoręcznie wykonany. Naprawdę. Jest cudowny. Kocham go. Podziwiajcie na tym kiepskiej jakości zdjęciu!

Najlepszość

Oprócz tego dostałem parę innych drobiazgów, m. in. bardzo fajną, dużą patelnię. No, ale przecież nie będę robił zdjęcia patelni.

Dzisiejsza kolęda pochodzi z następnej płyty The H. P. Lovecraft Historical Society - "An Even Scarier Solstice"

.

Kolejną piosenkę dostarcza dziś wujek Douglas - jak łatwo można się domyślić po tytule, jest to świąteczna wersja hiciora sprzed lat. 


Swoją drogą - mam wrażenie, że szlachetny Douglas P. coraz bardziej upodabnia się do miłościwie nam panującego prezydenta Komorowskiego.  Intrygujące i zastanawiające.

piątek, 28 grudnia 2012

A Very Scary Solstice - świąteczne rozmaitości

Święta to bardzo przyjemny okres. Nawet jeśli się jest satanistą/poganinem/ateistą/albigensem. Ja ten czas spędziłem nadspodziewanie spokojnie. Z nikim się nie pokłociłe, z nikim nie pobiłem, nikt mnie nie ściagał. Siedziałem, popijałem wino i czytałem "Aparatus" Pilipiuka. Bo przy takiej okazji można sobie pozwolić na nieco luzu literackiego. Ten zbiór opowiadań jako całość nie wypada specjalnie olśniewająco, ale jeden tekst - "Staw" - zasługuje na wzmiankę. Na pierwszy rzut oka może się wydawać średnio udanym horrorem, jednak dla ciut wyrobionego czytelnika jest to bardzo zręczny i zabawny pastisz opowiadań Lovecrafta. Wszyscy, którzy czytali jakiekolwiek nowele z serii Mitów Cthulhu, zapewne pamiętają standardowy antagonizm w nich występujący - główny bohater, biały przedstawiciel cywilizacji zachodniej kontra mroczni dzicy, czczący pradawne bóstwa. U Pilipuka tym oświeconym protagonistą jest młody Niemiec, stacjonujący w Warszawie w 1940 roku, a pogańską tłuszczą - bluźnierczy Polacy odprawiający rytuały w Łazienkach i żydowski uczony, prowadzący ożywioną korespondencję z uniwersytetem w Arkham. Do tego mutujące, biegające po drzewach karpie, bluźniercze zaśpiewy na 11 listopada i grasujący po parku Szkopojad. Wprawdzie w opowiadaniu obecny jest delikatny klimat grozy, jednak odbieranie tego jak horroru może prowadzić do zawodu - to przede wszystkim żart. Całkiem niezły żart.

Bluźnierczy i kabłąkowaty Santa w jednym z krakowskich hipermarketów


Podczas lektury "przewodnika po zabytkach i kulturze Krakowa", Rożka natknąłem się na taki fragment:

Podczas prowadzonych w 1979 prac restauracyjnych natrafiono w murze piwnicznym na drewnianą skrzyneczkę, w której po otwarciu znaleziono mumię pieska , a obok leżał pergamin z krótką historią pałacu oraz napis , że „tutaj spoczywa Grypsia Mopsiczka, ukochana przyjaciółka… księżnej z hrabiów Ossolińskich Wandy Jabłonowskiej i panny Walerii Littich”. Nadto podano, że żyła lat 10 i zdechła 7 listopada 1889 . 

Bardzo fajnie jest mieszkać w mieście, które posiada własną mumię. W dodatku mopsią. 

Kiedy wracaliśmy z wieczerzy wigilijnej natknęliśmy się na sajlenthilowy wózek sklepowy, czyhający na rogu Szlaku i Warszawskiej.
Dwa dni później grasował na Ogrodowej. Jego dalsze losy są nieznane.

 

Jedna z moich ulubionych kolęd. Z pierwszej płyty The H. P. Lovecraft Historical Society - "A Very Scary Solstice".



Więcej dobroci - jedna z nowszych piosenek Dropkick Murphys. Piękno i miłość.



Przy okazji - polecajka. Blog o wojażach mojej znajomej (znanej w środowisku galicyjskich złodziei dzieł sztuki jako Valentino ) - Duże Podróże.
Powiem szczerze - Cejrowski to to nie jest. I bardzo dobrze! (badum tss!) Jak ktoś lubi czytać o cudzych wyprawach, to zapraszam. Ładnie, miło i bez nadęcia.



sobota, 15 września 2012

Pryyt #4: O wyższości komiksiarzy nad resztą świata, o tym, że Szkoci są tak samo fajni jak Irlandasy, oraz o tym, że zamiast czytać słabe porno, lepiej posłuchać trochę country.

Mam brzydki, ciut wstydliwy zwyczaj. Zawsze jak odwiedzam znajomych muszę choćby rzucić okiem na ich biblioteczkę. Nieważne, że przeglądałem ją dziesiątki razy wcześniej - a nóż znajdzie się coś nowego, lub wcześniej przeoczonego. Byłem ostatnio u zaprzyjaźnionej hrabiny i trochę pofolgowałem nałogowi (a raczej nałogom, ale o tym sza!). Więc stoję sobie, oglądam grzbiety i nagle, zupełnie niespodziewanie, katem oka zauważyłem wolumin zatytułowany "Gorętsza Krew". Nie wiem dlaczego, ale wyjąłem go i popatrzyłem na okładkę. Niezachęcającą. Ohydną wręcz. Oprócz tytułu zdobił ją napis "Antologia erotycznego horroru". Pewnie odłożyłbym ją z powrotem na miejsce, gdyby nie odezwał się mój wewnętrzny dwunastoletni onanista, który kazał mi rzucić okiem na spis treści. Przeglądam nazwiska autorów, oczywiście większość nic mi nie mówi, aż tu nagle - John Byrne, zaraz potem - Kurt Busiek, i wreszcie na końcu - Grant Morrison.
Hmm, myślę sobie, pewnie jakaś przypadkowa zbieżność nazwisk, patrzę więc na biogramy. O Busieku nic komiksowego nie było, ale, na cycki papieża, iluż facetów może się tak nazywać? Następnie -  "John Byrne - Autor popularnych powieści X-Men, Spider-Man, Batman i Superman." Okeeej, idziemy dalej - "Grant Morrisson - Znany autor powieści humorystycznych m. in. Animal Man, Doom Patrol i Arkham Asylum". Fajnie, pośmiałem się, ale zaraz sprawdziłem kiedy antologia została wydana. 1992 rok, początek mrocznych lat '90 - to wiele tłumaczy.
Większość opowiadań w zbiorku była żenująco słaba - źle napisana, bazująca na ogranych poza wszelkie granice przyzwoitości kliszach, ani straszna, ani podniecająca - miejscami zwyczajnie głupia i sprawiająca wrażenie jakiś fantazji masturbacyjnych klasy B. Bardzo B. Kilka było solidnie przeciętnych (w tym Mastertona, za którym, szczerze mówiąc, nie przepadam). Najlepiej wypadli komiksiarze i Chet Williamson. Tekst Williamsona nie był właściwie ani horrorem, ani pornoskiem - ot, (bardzo) krótkie fantastyczne opowiadanko z rozbrajająco dowcipną pointą. Busiek specjalnie się nie popisał (ale też nie skaszanił - jego tekst o wampirze był po prostu przyzwoicie napisany, ale nie zachwycał), za to pozostała dwójka pokazała klasę. Byrne napisał makabrycznie zabawne opowiadanie o człowieku, który znalazłszy zaklęcie zmieniające go w upiora, wykorzystuje je, by wykorzystywać seksualnie sąsiadkę.
A już historia Morrisona wynagrodziła mi wszelkie męki związane z wcześniejszymi tekstami. To właśnie ten Morrison którego kochamy, a nie ten na którego patrzymy podejrzliwie i uśmiechamy się udając, że nam się podoba. Jego opowiadanie - Encyklopedia Braille'a jest mroczne i fascynujące. Ta krótka, ale bardzo soczysta nowelka opowiada o ślepej dziewczyny, która spotyka tajemniczego mężczyznę, przedstawiającego się jak L'Index. Dżentelmen wprowadza ją w świat bardzo perwersyjnych uciech cielesnych, a później zapoznaje ją z resztą encyklopedii. W tle przewija się też wykastrowany anioł.
Opowiadanie zostało przekształcone w komiks przez Eric Burnhamado spółki z Tedem Naifehem i opublikowane w magazynie Verotika #1 z 1994 roku.

A tak troszeczkę na boku i nieśmiało: zastanawiające - w każdym z tych opowiadań seks był przyczyną wszystkich nieszczęść, okaleczeń, śmierci itd. W każdym. Zachodzi pytanie - dlaczego? Czyżby autorzy należeli do amerykańskiego odpowiednika Ruchu Czystych Serc? Może mają jakieś problemy?
Jako praktykujący absolwent uppsalskiej szkoły psychologii czuję się w obowiązku rozwikłać tę zagadkę. Ale to innym razem.
Grant Morrison MBE groźnie patrzy.


Merida Waleczna Byłem, widziałem. Tytuł jest trochę mylący - spodziewałem się skrzyżowania Mulan z Boudiką, a dostałem opowieść o zbuntowanej nastolatce. Fajną opowieść o zbuntowanej nastolatce - księżniczce, która woli jeździć konno i naparzać z łuku niż zajmować się księżniczkowaniem. Niespecjalnie skomplikowaną, ale, na wszystkie klany Szkocji, to przecież bajka dla dzieci, nie może być zbyt zapętlona.
Merida... jest śliczna - graficznie film jest tak dopieszczony, jakby pracowała przy nim cała armia golemów. Wspaniałe puszcze, bory, krystalicznie czysta woda, olbrzymie przestrzenie - wszystko to tworzyło krainę o wiele ładniejszą od prawdziwej Szkocji. Równie fajnie wyszli filmowi Szkoci - bardzo mi się kojarzyli z Galami z komiksów o Asteriksie. Zarówno z wyglądu, jak i z zachowania. Scena bójki w sali tronowej była silnie inspirowana słynnymi bójkami na ryby. I bardzo dobrze - Asteriksowi należy się porządny hołd, a ten wyszedł naprawdę zacnie. Jeszcze odnośnie nawiązań - zastanawiam się czy imię konia Meridy - Angus, zostało mu nadane na cześć Angusa MacGyvera. Stawiam pół osła, że tak.
Humor, jak to w Disneyu/Pixaru oparty jest głównie na żartach sytuacyjnych. Niezbyt wysmakowanych, ale za to bardzo zabawnych. A to ktoś się przewróci, a to małoletnie trojaczki coś spsocą, a to banda dzielnych szkockich wojów będzie ścigać po całym zamku niedźwiedzia, i tak dalej w tym samym stylu. Jak to kogoś bawi (mnie niezmiernie), to wyjdzie z kina zadowolony.
Żeby nie było tak słodko to dodam, że muzyka jest zła. Po prostu zła. Za mało gry na dudach. A dubbing też nie nadzwyczajny. Zwłaszcza kobiet.


Powinniście słuchać więcej country Nie czytałem Fifty shades of Grey i nie wiem czy mi się chce. Niby fenomen, więc lepiej znać, coby móc wyszydzać bez wyrzutów sumienia, ale sam nie wiem. Może kiedyś. Jeśli będzie choć w 1/4 tak dobre jak kawałek 3 Shades of Black, Hanka Williamsa III, to będę ukontentowany. Hank Williams III pochodzi z rodziny o długich tradycjach muzycznych. Jego dziadek, Hank Williams, grał country. Jego ojciec, Hank Williams jr, gra country. A Hank Williams III gra bardzo groźne country, a swojego czasu udzielał się na basie w Superjoint Ritual.


piątek, 10 sierpnia 2012

Dobry nacbol Zachar

Zachar Prilepin, jak sama nazwa wskazuje, jest rosyjskim pisarzem. Kiedyś był żołnierzem, wałczył w Czeczenii. Zdobył też sporo nagród (za pisanie, a nie za strzelanie do Czeczenów). Należał do Partii Narodowo-Bolszewickiej. Czyli grupy miłych pań i panów, wyznających ideologię łącząca w sobie komunizm i nazizm. Narodowi bolszewicy marzą o powrocie państwa opiekuńczego na wzór Związku Radzieckiego i podpierają to wielkomocarstwową retoryką. Narodu nie rozpatrują w kategoriach etnicznych, ale kulturowych - Rosjaninem dla nich jest ten, kto utożsamia się z rosyjską kulturą. Aktywnie bronią obywateli rosyjskich mieszkających na terytorium byłych republik radzieckich.

I nie ma w tym nic dziwnego (no, dobrze - trochę jest) jeśli wziąć pod uwagę, że partię założyli pisarz-skandalista Eduard Limonow (którego Sołżenicyn nazwał kiedyś "małym insektem piszącym pornografię")*, muzyk punkowy Jegor Letow (grupa Grażdanskaja Oborona) i filozof oraz ideolog polityczny (przedstawiciel eurazjatyzmu) Aleksandr Dugin. Partia działała w latach 1992-2007, aktualnie jej zwolennicy skupieni są w ramach bloku Drugaja Rossija (jest to sojusz kilku partii opozycyjnych, na czele stoją Limonow i Garri Kasparow). Nacbole (bo tak się określa sympatyków tej partii) uczestniczyli (uczestniczą) w większości manifestacji anty-rządowych, chuliganią, przeprowadzają akcje protestacyjne - są głośni i obecni. Oraz regularnie zamykani w aresztach. Jedną z ich najsłynniejszych akcji było zajęcie budynku Ministerstwa Zdrowia i wyrzucenie przez okno portretu Putina. Obraz został zakupiony wcześniej, a nie zdjęty ze ściany biura, coby uniknąć oskarżeń o zniszczenie mienia państwowego.

Ale ja tu się rozpisuję o nacbolach, a miałem o Prilepinie. Trudno, przyda się później.

Póki co, w naszym prześlicznym kraju wyszły dwie jego książki. Pierwsza - Patologie - przedstawia historię grupy żołnierzy podczas wojny w Czeczenii, druga, zatytułowana Sańkja, opowiada o młodych, idealistycznych nacbolach.

Patologie są debiutancką książką Prilepina i, jak to często w tym przypadku bywa, nie porażają oryginalnością. Tekstów kultury o wojnie w Czeczeni powstało multum i zapewne wiele jeszcze powstanie (Już teraz obie wojny na tych terenach nazywa czasami się "rosyjskim Wietnamem") - Patologie są tylko jednym z nich. Mamy więc oddział wojskowych, którzy właśnie przyjechali do Groznego. Żołnierze pija, palą, żartują i mordują miejscową ludność. Standard raczej. Główny bohater, Jegor, nie różni się zbytnio od swoich kolegów - robi dokładnie to co oni, z tym, że czytelnik ma okazję poznać jego myśli, przeczytać co nurtuje go w czasie wolnym od wspomnianych zajęć. A myśli Jegor głównie o domu. Wspomina swoje dzieciństwo, swój związek z niejaką Daszą. I jak tak wspomina, to się aż człowiekowi robi tęskno. Fragmenty, gdy bohater ucieka myślami z pola walki są najlepszymi w całej powieści - reszta to solidna, dobrze napisana historia, ale tylko tyle.

Sańkja jest już książką późniejszą, dojrzalszą i o bardziej nietypowej tematyce. Tytułowy bohater i jego kumple należą do wspomnianej wcześniej partii Narodowo-Bolszewickiej. Młodzieńcy są rozczarowani współczesną Rosją, uważają, że za komuny było lepiej. Wywodzą się z warstw, które przegrały w skutek przemian ustrojowych - ZSRR wspominają jako idylliczną krainę dzieciństwa. Są za młodzi by pamiętać gułagi, cenzurę, prześladowania obywateli. To skończeni idealiści - widzą niesprawiedliwość, biedę, niechęć państwa do pomocy i chcą coś z tym zrobić, a ze znają jedynie przemoc, to w tenże sposób postępują. Chuliganią, krzyczą - w pewnym momencie Sańkja wyjeżdża do Rygi, dokonać zamachu na antyrosyjsko nastawionego sędziego. Nacbole zdają sobie sprawę z beznadziei ich buntu, widzą, że włąściwie mało kto podziela ich poglądy, a wiele osób odnosi się do nich wrogo, ale mimo to robią swoje, bo "tak należy", bo chcą być w porządku ze swoim sumieniem.

To trochę współczesne Biesy, ale jednocześnie Anty-Biesy. Dostojewski swoich rewolucjonistów się bał, przedstawiał ich jako poważne zagrożenie dla ładu. U Prilepina jest na odwrót - to system jest zły, a rewolucja niesiona na barkach jego bohaterów może uratować Rosję.


Proza Prilepina jest poruszająca, wręcz chwytająca ze serce. Na pierwszy rzut oka, biorąc pod uwagę suchą biografię, można się spodziewać twardego nihilisty, skurwysyna-ludojada. A tu niespodzianka, po bliższym poznaniu jego twórczości ma się wrażenie, że to bardzo miły, (prawie) młody człowiek. Wrażliwy, uczuciowy - ciut niepasujący do otaczającej go rzeczywistości. Zdaje sobie sprawę z okrucieństwa świata i takim go opisuje - złym, pełnym bólu i okrucieństwa, dodając do niego jednak drobne elementy nadziei, trudno uchwytnego szczęścia, którego bohaterowie starają się za wszelką cenę trzymać. Dla Sańkji będą to przyjaciele i idea (nie ideologia), dla Jegora - wspomnienia o domu.

Szczerze polecam obie książki Prilepina. Mimo, że Patologie nie wnoszą za wiele do tematu wojny w Czeczeni, to jest to dobra literatura, trafnie opisująca tamtejszą sytuację z punktu widzenia zwykłego żołnierza. Sańkja z kolei bardzo udanie przedstawia obraz społeczno-polityczny wspołczesnej Rosji. Kolejna jego powieść - Czarna małpa - ma się ukazać w maju przyszłego roku. W wydawnictwie Stasiuka, oczywiście.



*Coś w tym jest, ale jego książka To ja, Ediczka jest naprawdę niezła. Chociaż bardziej mi pasuje jej francuski tytuł (w wolnym tłumaczeniu) Rosyjski poeta woli dużych murzynów.

czwartek, 14 lipca 2011

23, 33, 42, 44 i 93

W poniedziałek raczyłem skończyć dwadzieścia trzy lata. Jest to liczba znamienna. Z kilku powodów:

I. 23 jest najbardziej magiczną liczbą we wszechświecie. Nikt nie wie dlaczego, ale tak po prostu jest.
II. Całkiem zgrabny półmetek do wieku chrystusowego
III. To również przekroczenie połowy drogi do niemniej mesjanistycznego wieku lat czterdziestu i czterech
IV. Pozostało okrągłe siedemdziesiąt lat do thelemicznej dziewięćdziesiątki trójki.


Z tejże okazji, Wielicka Wytwórnia Win i Mniej Szlachetnych Alkoholi (WWWiMSA) wypuściła specjalny trunek.
Wino to smakuje jak... bukiet, ten... ma... posmak...
Jest w porządku. Tak. Zacne. Raczej.
Do nabycia w dobrych sklepach.

I jeszcze piosenka ilustrująca: Current 93 - Crowleymass Unveiled.


Przypominam, że koncert już 4 sierpnia. Będę, oczywiście.

piątek, 20 maja 2011

Antoni Słonimski a sytuacja polskiego komiksu w pierwszej połowie XXI wieku

"Nakłady poważnych książek, jak na trzydziestomilionowy naród, są po prostu rozpaczliwe. Właściwie pisze się dla paruset osób, które się zna osobiście, i dla paruset innych, które się pozna przy najbliższej okazji. Jeżeli tom poezji idzie w tysiącu egzemplarzy, nazywa się to już sukcesem. Samuel Zborowski, mimo niezgorszej reklamy sprowadzenia prochów Słowackiego, szedł trzynaście razy przy słabo zapełnionej widowni. Nawet najpiękniejsze, mocno z życiem związane, tętniące siłą dzieła, jak Przedwiośnie, nie mogą się przedrzeć przez ten ciasny mur zobojętnienia."

Pisał Antoni Słonimski w 1927 roku.

Ja niczego nie sugeruję. Tak sobie wspominam jeno.

Pozostając w temacie: przeczytałem dwa pierwsze numery (i mam nadzieję, że nie ostatnie) Człowieka Bez Szyi. Moi mili! Cóż za przepyszna drobnostka! Czysta, bezpretensjonalna i bardzo zabawna.

Człowiek Bez Szyi był kiedyś zwykłym studentem filologii starocerkiewnosłowiańskiej, jednak w wyniku straszliwego wypadku w tajnej bazie wojskowej stracił szyję i zyskał niezwykłe moce. Wtedy to rozpoczął swoją karierę obrońcy Neckburg City i postrachu, posiadających szyję supezłoczyńców m. in.: Scarfface'a, Lady Grdyki, Barona Karkova.
Niepodobna napisać nic więcej, by nie zdradzić przedwcześnie któregoś z licznych (zwykle obracających się wokół szyi) dowcipów.

CBS to przede wszystkim absurdalne, ale i bardzo sympatyczne wyśmiewanie konwencji komiksów superbohaterskiej. Mamy tu nawiązania do Batmana (oczywiście), do Spider-mana (jeszcze bardziej oczywiście), groteskowo-patetyczną narrację, jeszcze bardziej patetyczne dialogi, nie wspominając już o heroiczności walk.
Ale to też ukłon w stronę od dawna martwych zeszytówek wydawnictwa Tm-Semic - oprócz komiksów, w środku każdego numeru można znaleźć listy od czytelników, strony klubowe, fikcyjne streszczenia odcinków i zapowiedzi równie fikcyjnej* oferty wydawniczej.

Scenariusze, napisane przez Rafała Kołsuta i Adama Czernatowicza, są całkiem zgrabne. Owszem, nie powalają głębią, czy złożonością intrygi, ale przecież nie o to chodzi. Akcja jest szybka, żarty niewymuszone, a świat unurzany po łokcie w grotesce. A ja lubię groteskę.

Równie miło wyglądają ilustracje. Przy serii pracowało kilku grafików: Jacek Kuziemski, Tomasz Kwiecień, Kajetan Wykurz. Wszyscy rysownicy operują w estetyce kartunowej, ale każdy z nich posługuje się własnym, odmiennym stylem.
Dodatkowe historie (też niezłe) stworzyli Jan Sławiński w duecie z Jakubem Grocholą i doświadczony w komiksie superbohaterskim, Biram Ba.
Każdy zeszyt zawiera też (niestety tą samą, ale za to świetną) historię narodzin bohatera, autorstwa Igora Wolskiego.
Bardzo superbohaterskie okładki wyprodukował Łukasz Rydzewski.

Jestem pewien, że CBS o wiele lepiej sprawdziłby się w kioskowej dystrybucji niż Konstrukt.



*I wielka szkoda, bo chętnie przeczytałbym komiksy o przygodach Teatromana i Amarantowej Lampki. "NIECH CI, CO ŚWIATEM PRAGNĄ TRZĄŚĆ LUB TYLKO KRADNĄ TRAMPKI, STRZEGĄ SIĘ ŚWIATŁA AMARANTOWEJ LAMPKI". Z drugiej strony, Machete też miał być jedynie trailerem.

poniedziałek, 16 maja 2011

Leon Pasternak od dawna nie żyje.

Ten Drugi Jerofiejew rozważał niedawno, czy Osama (po swojej męczeńsko-bohaterskiej śmierci) stanie się nowym Che Guevarą. Zdjęcie, zrobione w jednej z mniej modnych, krakowskich knajpek, pokazuje, że szanse pewne są.
Zauważyłem, że mojego blogaska parę osób znalazło, szukając informacji "jak zostać karłem" i "jak stać się karłem". Cieszę się, że jest nas więcej. Powinniśmy założyć jakąś organizację i niech władze nam refundują operacje. Ostatecznie, karły są dobrem publicznym.

Tymczasem brudne metaluchy, grające okazyjnie brudnego rocka wydały trzecią płytę. W przeciwieństwie do poprzednich, jest ona bardzo przeciętna. Bez pazura. Nędzna, mozna by powiedzieć. Dobrze robi jedynie cover Ghost Riders In The Sky.