Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tytani plugawej współczesności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tytani plugawej współczesności. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lutego 2013

Tata Leo DiCaprio też robił komiksy, ale to nie o nim będzie dzisiejsza notka

Wiedzieliście, że tata Leonardo DiCaprio robił komiksy? Nie? Ja też nie wiedziałem, ale teraz wiem i bardzo chętnie się tą wiedzą dzielę, żebyście mogli poszpanować w towarzystwie.
W dodatku (powołując się na Wikipedię, co mam nadzieję wybaczycie) nie był jakimś tam szeregowym wyrobnikiem, jeno undergroundowym artychą. Kontrkulturowym nawet. Na podstawie tekstu Timothy'ego Leary'ego (tegoTimothy'ego Leary'ego) napisał scenariusz do Neurocomicsu (1979). Razem z nim przy tym dziełku pracowali Tim Kummero i Pete Von Scholly. Popełnił też parę innych komiksików, ale myślę, że praca praca z Leary'm przyniosła mu całkiem sporo splendoru.

Ale to tylko taka ciekawostka. To nie będzie notka o George'u DiCaprio (mimo tytułu, wiecie, rozumiecie - marketing), tylko właśnie o polskim rzeźbiarzu, zapomnianym raczej, Stanisławie  Szukalskim. Który, kolejna ciekawostka, przyjaźnił się z klanem DiCaprio. Dzięki temu, powyższy wstęp nie wydaje się być już tak bardzo nie na temat, prawda robaczki?

Stanisław Szukalski (1893 - 1987) - artysta rzeźbiarz, pracownik chicagowskiej rzeźni, twórca zermatyzmu, przywódca szczepu Rogate Serca, a przy tym osobnik obłąkany niczym marcowy zając.

Postać Szukalskiego-artysty przysłaniają trochę jego ekscentryczne poglądy. W jego sposobie patrzenia na świat nacjonalizm szedł ramię w ramię z antysemityzmem oraz antyklerykalizmem, mieszał się ze słowianofilstwem, kultem siły, młodości i wiarą w bogów słowiańskich. Do tego dochodziły pokręcone pseudonaukowe teorie na temat historii języków i pochodzenia rasy Słowian.

Marzył o stworzeniu nowej Polski - silnej, opartej na kulturze i wierzeniach słowiańskich. Podchodził do tego nie od strony politycznej, ale artystycznej (co mu się chwali). Uważał, ze Polska stanie się silnym krajem jedynie wtedy gdy przestanie "pawiem narodów być i papugą", porzuci powielanie obce wzorców i stworzy własną kulturę opartą na spuściźnie słowiańskiej. Zarówno w pismach "politycznych" oraz "historycznych", jak i w twórczości artystycznej nawiązywał do tradycji słowiańskich, a przynajmniej do tego co uważał za nie. Stworzył symbol Toporła, który był używany m. in. do znakowania nieżydowskich sklepów. Teraz z uporem maniaka posługują się nim różne Nikloty i inne Zadrugi ("Patriotyczny ptak z trzonkiem").
Jak wspominałem na początku, Szukalski był conieco odklejony od rzeczywistości. Chciał zostać wieszczem-przywódcą narodu, który poprzez sztukę obudzi serca i popchnie lud do tworzenia nowego państwa.
Centrum kulturalno-religijnym Polski miała być umiejscowiona w wawelskiej Smoczej Jamie Duchtynia, gdzie mieszkał duch Polski. Przed wejściem do niej miał stać pomnik Oswobodziciela o twarzy Piłsudskiego, wewnątrz było miejsca dla grobowca Marszałka oraz statua Światowida, którego cztery twarze przedstawiały największych według niego Polaków: Kazimierza Wielkiego, Kopernika, Piłsudskiego i Mickiewicza.

Józef Piłsudski był obiektem silnej fascynacji Szuklaskiego. Artysta bardzo się obraził, kiedy po śmierci naczelnika odrzucono jego projekt pomnika. Symbolicznym gestem wypięcia się na niewdzięczny lud polski było przyjęcie amerykańskiego paszportu. Z perspektywy czasu okazało się to nie takim głupim posunięciem - kiedy zaczęła się wojna Szukalski mógł opuścić kraj i schronić się w USA. Gdyby został, prawdopodobnie nie pożyłby za długo - albo by go wykończyli Niemcy (którzy uważali jego sztukę za zdegenerowaną i po zajęciu Polski zniszczyli wiele jego dzieł), albo Sowieci. A tak dożył prawie 94 lat - wiodło mu się różnie, ale stworzył w tym czasie wiele fantastycznych rzeźb.

To Piłsudski
I to też Piłsudski
Poglądy poglądami,a sztuka sztuką - w ostatecznym rozrachunku nie liczy się co artysta sobie wyobrażał na temat tych czy innych ludzi, ale co stworzył. Rzeźby i obrazy Szukalskiego są nierozerwalnie związane z jego teoriami, jednak dla odbiorcy początku XXI wieku mogą funkcjonować bez podłoża teoretycznego.
Kto raz zetknął się z dziełami Szukalskiego bez trudu rozpozna inne jego twory - monumentalne posagi, kipiące energią i okraszone dziwaczną symbolika od razu wskazują na postać autora. Ciężką prostotę łączył z motywami roślinnymi i zwierzęcymi. Wbrew swojej ideologii dodawał elementy zaczerpnięte z innych kultur - m. in. Indian Ameryki Południowej, Bliskiego i Dalekiego Wschodu, Egiptu. Jego rzeźby, nawet te niewielkich rozmiarów, sprawiają wrażenie potężnych monolitów, wykutych przez jakieś zapomniane plemiona przedludzkich tytanów. Emanują siłą i wewnętrzną mocą, a przynajmniej sprawiają takie wrażenie. Są nasycone symbolami. Wielkie, majestatyczne, wydają się być obiektami pogańskich kultów.


Dużą sympatią darzył Mussoliniego - wyrzeźbił nawet pomnik Duce, który miał być prezentem dla niego od polskiego ambasadora, jednak kiedy dyplomaci zobaczyli dzieło, doszli do wniosku, że podziękują. Bo wyobraźcie sobie państwo (albo lepiej popatrzcie, zamieszczam obok) - Mussolini na czworakach, przedstawiony jak Wilczyca Kapitolińska, z dwoma wilczkami pod piersią i dumnie wzniesiona prawicą. Cóż, sam pomnik bardzo ładny, jednak ludzie o umysłach spaczonych i występnych mogą go opacznie odczytać, hihihi.




Wernisaż w Krakowie, rok 1936
Przed wojną był twórcą hołubionym - miał wokół siebie uczniów, adoratorów, naśladowców - zarówno w kraju, jak i po drugiej stronie wielkiej wody. W 1929 roku założył grupę artystyczną Szczep Rogate Serce, której członkowie hołdowali jego poglądom. Wstępując do grupy przyjmowali "słowiańskie imiona" np. Ładomir z Krakowa, Kurhanin ze Słociny, Ziemitrud z Kalwarii czy Słońcesław z Żołyni.
Wesołe chłopce.







Był artystą bezkompromisowym, nieulegającym presji opinii publicznej. Wolał niektórych zbyt awangardowych projektów nie realizować niż iść na jakiekolwiek ustępstwa.  W 1925 wygrał konkurs na pomnik Adama Mickiewicza dla Wilna. Niestety, uznano, że mimo, iż jego praca była najlepsza, to jednak rzeźba, nawiązująca stylem do sztuki Indian południowoamerykańskich, przedstawiająca wieszcza, karmiącego swoją krwią orła białego nie jest tym, czego miasto by sobie życzyło i projekt (jak wiele innych Szukalskiego) nie został wykonany.







Szukalski był również twórcą teorii, wedle której wszystkie języki wywodziły się od jednego pierwotnego języka - macimowy (po angielsku "protong"). Polski miał być najbardziej doń zbliżony, a sami Polacy (Słowianie) wywodzili się z Wyspy Wielkanocnej. Te karkołomne teorie miały odzwierciedlenie w jego sztuce. Projekt warszawskiej syrenki miał zakładał, że statua będzie otoczona przez miniaturowe repliki słynnych głów.

Po śmierci rzeźbiarza jego prochy zostały rozsypane na Wyspie Wielkanocnej.









Jako prawdziwy rodzimowierca, Szukalski gardził chrześcijaństwem, uważając je za religię słabych, która przeszkadzała rozwojowi kraju. Jednak, w późniejszym okresie życia, jego niechęć jakby wygasła. Stworzył kilka dzieł o charakterze religijnym - m. in. Pietę, a kiedy Karol Wojtyła został wybrany papieżem, zaprojektował pomnik przedstawiający nowego biskupa Rzymu jako umięśnionego giganta, niszczącego jałtańską hydrę. Rzeźba, rzecz jasna, nigdy nie została postawiona. A szkoda - wyobraźcie sobie państwo: na dziedzińcu, przykładowo Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II zostaje odsłonięty monument Szukalskiego, niebo momentalnie zasnuwają burzowe chmury, w ziemię uderzają setki, tysiące piorunów, wszystkie potworkowate pomniki JP2, których tyle się ostatnimi laty namnożyło, rozpadają się w pył, a Czesławowi Dźwigajowi wybucha wątroba. Czyż to nie byłoby piękne? Byłoby.





Czy Szukalski był geniuszem? Tak. Czy był obłąkany? Prawdopodobnie. W dzisiejszych czasach możemy potępiająco kiwać paluszkiem na jego poglądy i natrząsać się z jego teorii, ale jednocześnie musimy docenić jego twórczość. Tzn. nie musimy, ja nikogo nie zmuszam, to tylko taka figura retoryczna - wyrażam zdanie jeno i byłoby mi bardzo miło, gdybyście się, szanowni państwo ze mną zgodzili. Niemniej, doradzam zapoznać się, a nuż trafi się okazja dzięki temu zabłysnąć w towarzystwie.


Tadeusz "Bór" Komorowski



Sołżenicyn



Mikołaj Kopernik

wtorek, 22 stycznia 2013

Ameryka jest pokręcona i, szczerze mówiąc, trochę głupia

Na początek chciałbym napisać, że przez większość życia myślałem, że J. G. Ballard jest Amerykaninem. Nie wiem dlaczego. Może to wina Spielberga.
Ale mniejsza z tym. Nie tak dawno temu przeczytałem jego "Witaj, Ameryko" (Ballarda, nie Spielberga). Tytułowy kontynent został spustoszony przez katastrofę ekologiczną, a większość obywateli uciekła do Europy. Sto lat później, potomkowie tych emigrantów (którzy byli potomkami emigrantów) przybywa z ekspedycją, żeby sprawdzić co się tam aktualnie dzieje.  Po pierwszych stronach spodziewałem się twardej historii o zmaganiu się z nieokiełznaną przyrodą, własnymi słabościami, zdradą towarzyszy. Opowieści o tym jak zmienia się ludzka natura w ekstremalnych warunkach. Coś w stylu conradowo-hemingwayowskim. I trochę tak było. Na początku. A później zmieniło się w szaloną zabawę z kliszami amerykańskiej kultury. Pojawiają się nowi Indianie - plemiona Biurokratów, Gangsterów, Astronautów, Gejów i Rozwódek. Tubylcy są niemalże skończonymi analfabetami, a imiona przybierają nazw dawnych marek i firm. Bohaterowie odkrywają odradzającą się Amerykę w dżungli Las Vegas, gdzie prezydent Charles Manson stara się odtworzyć państwo przy pomocy małoletnich Meksykanów, a wspomaga go naukowiec budujący roboty na podobieństwo dawnych gwiazd filmowych i byłych prezydentów.

Ballard bezwstydnie naśmiewa się z marzeń nowych kolonistów i ich wizji Ameryki. Każdy z nich był opętany jednym z amerykańskich mitów: mitem prezydenta USA, dzikiego zachodu, bogactwa, imperium, potęgi nuklearnej. Autor pokazał jak groteskowe są te mity. Prawdziwa Ameryka jest zupełnie inna: zwykła, nieromantyczna, brutalna i odrobinę głupia. Oczywiście, przez pryzmat bohaterów  pokazuje jakie jest powszechne wyobrażenie europejczyka o Stanach Zjednoczonych. Wyobrażenie, budowane na bazie popkulturowej: filmach, książkach, komiksach, serialach. Amerykański Sen o innym świecie, który jednak jest trochę podobny do naszego, ale jednak inny. Większy, bogatszy, dający nieograniczone możliwości. Państwo sprawiedliwych, które potrafi przeciwstawić się globalnemu terroryzmowi oraz atakowi z innej planety i na którym te ataki się koncentrują. Pępek świata, nowe centrum cywilizacji zachodniej.

"Witaj, Ameryko" nie jest wybitną powieścią - pewne watki zostały wyraźnie potraktowane po łebkach, inne niepotrzebnie rozwleczone. Znalazło się też kilka głupotek. Ale ja Ballarda lubię. Lubię surowość jego stylu i nieustępliwy pesymizm. Jak się czyta jego utwory (zwłaszcza te science-fiction, które dzieją się w odległej przyszłości, czyli na przełomie XX i XXI) to człowiek aż się cieszy, że świat się jeszcze trzyma i wygląda tak jak wygląda. Poza tym książkę można dorwać za równowartość dwóch piw (w sklepie, nie w Pięknym psie).


Jak już jesteśmy przy temacie Ameryki, to warto by było posłuchać trochę country, prawda? Albo prawie country. Piosenka którą prezentuję w pierwotnej wersji była jak najbardziej country i śpiewała ją Tammy Wynette. Jak by to ująć? Nigdy nie znalazła się na liście moich 100 000 ulubionych kawałków. potem była wersja Blues Brothers, która była już fajniejsza. A ostatnio natrafiłem na cover w wykonaniu Motorhead i z wokalem Wendy O. Williams. Tak, to było to. Banda alkoholików i narkomanów zamieniła smętne postękiwanie w metalowo-panczurową petardę.

Mroczna ciekawostka: panie Wynette i Williams pożegnały się z tym padołem łez tego samego dnia - 6 kwietnia 1998 roku. Tammy pokonał skrzep krwi, a Wendy strzeliła samobója.



Mroczna ciekawostka #2: Stand By Your Man śpiewał również wampir Cassidy, w "Kaznodziei", Gartha Ennisa. Który swoją drogą też tworzy bardzo dziwno-kliszową wizję Stanów i przyległości.

piątek, 18 stycznia 2013

Liga i przyległości. klik.

Zdarzyło mi się niedawno napisać conieco o ostatniej części Ligi Niezwykłych Dżentelmenów. Jednak to co z tego wyszło okazało się być za dobre na tego obszczymurskiego bloga i powędrował na Kolorowe Zeszyty. Jeśli szanowna publiczność ma ochotę zapoznać się ze wspomnianym tekstem to proszę kliknąć - o, tutaj. Właśnie tak. Albo tutaj. Ewentualnie tutaj.

Dla uciechy szanownej tu i teraz dorzucam jeszcze parę ciekawostek, które mniej lub bardziej łączą się tematycznie.

Jedną z głównych postaci najnowszej serii o przygodach Niezwykłych Dżentelmenów jest lietracka wersja niezwykle znanego i lubianego Aleister Crowley - jednego z najpotężniejszych nowożytnych magów. Warto dodać, że Crowley, znany także jako brat Perdurabo, Mistrz Therion lub Bestia 666 był także himalaistą, poetą, szarlatanem, szachistą i narkomanem. Niedawno natknąłem się na całkiem ciekawą sesję zdjęciową nawiązującą do tej postaci. Modelka nazywa się Aneta Kowalczyk, a fotograf przedstawia się jako Kacper Lipiński.
Jedno na zachętę, a resztę proszę sobie obejrzeć tutaj.


Czytając "Wyznania młodego pisarza", Umberto Eco natknąłem się na kawałek, w którym ten najprzystojniejszy z żyjących Włochów sam bawi się w Ligę Niezwykłych Dżentelmenów. Nie wiem czy Eco miał styczność z komiksem Moore'a i O'Neilla. Nigdzie nie znalazłem na ten temat informacji. Fragment przytaczam w całości, mam nadzieję, że nikt się nie pogniewa.

Wiedeń, 1950. Minęło dwadzieścia lat, lecz Sam Spade nie zaprzestał poszukiwań Maltańskiego Sokoła. Jego łącznikiem był teraz Harry Limę, rozmawiają właśnie na szczycie diabelskiego młyna w Praterze. Wychodzą z gondoli i udają się do Mozart Cafe, gdzie Sam gra „As Time Goes By” na lirze. Przy stoliku w tyle sali siedzi Rick, z kącika ust zwisa mu papieros, na twarzy gorzkie spojrzenie. Znalazł klucz do dokumentów, które przekazał mu Ugarte, teraz pokazuje Samowi Spade zdjęcie Ugarte: „Kair!” mruczy detektyw. Rick ciągnie dalej swą opowieść: kiedy wszedł triumfalnie do Paryża z kapitanem Renault, jako członek wyzwoleńczej armii generała de Gaulle’a, usłyszał o niejakiej Smoczej Damie (podobno zabójczym Roberta Jordana podczas wojny domowej w Hiszpanii), którą służby wywiadowcze naprowadziły na ślad sokola. Powinna tu być lada moment. Otwierają się drzwi, pokazuje się w nich kobieta. „lisa!” krzyczy Rick. „Brigid!” krzyczy Sam Spade. „Anna Schmidt!” krzyczy Limę. „Panno Scarlett!” krzyczy Sam, „Wróciła pani! Niech pani już nie męczy mojego szefa.”
Z ciemności baru wyłania się mężczyzna z sarkastycznym uśmiechem na twarzy. To Philip Marlowe. „Chodźmy, panno Marple”, mówi do kobiety. „Na Baker Street czeka na nas Ojciec Brown”.

Ot, tak ciekawostka.

Na koniec proponuję posłuchać śpiewającego Alana Moore'a. Oj, tak - to człowiek wielu talentów. Bądźmy wdzięczni niebiosom/piekłom/bogom/opatrzności, że zajmuję się sztuką, a nie na przykład budową morderczych robotów.

Ponownie muszę prosić szlachetną widownię o kliknięcie, bo filmiku nie można umieszczać na swoich stronach. Zdarza się. No, to kliknijcie moi mili - tutaj.

sobota, 29 grudnia 2012

An Even Scarier Solstice - świątecznych rozmaitości ciąg dalszy

Święta nie byłyby świętami bez świątecznego odcinka "Doctora Who". Tegoroczny okazał się być bardzo, bardzo dobry. Moffat kontynuuje tworzenie odcinków świątecznych w nawiązaniu do klasyki literatury angielskiej - dwa lata temu była "Opowieść wigilijna", w zeszłym roku "Opowieści z Narnii" - tym razem uraczył nas delikatnymi aluzjami do Mary Poppins i bardzo dosłownymi odniesieniami do Sherlocka Holmesa. Dawno nie było tak zabawnego odcinka tego serialu. Moffat dał Doktorowi całą brygadę towarzyszy - w zmaganiach ze złowrogimi bałwanami z kosmosu wspierają go: Madame Vastra (jaszczuroludzka pani detektyw), jej żona, Jenny, sontariański pielęgniarz Strax, a także nowa towarzyszka - Clara Oswin (tak na marginesie - bardzo tajemnicza postać). Dawno Doktor nie miał tak doskonale dobranej drużyny (ostatnio podobnie rozkoszna grupa była w czasach gdy w TARDIS woził się kapitan Jack Harkness). Ci bohaterowie idealnie do siebie pasują - w grupie wyglądają naprawdę naturalnie, a ich dialogi skrzą się dowcipem. Nowa towarzyszka zrobiło rewelacyjne wrażenie - coś czuję, że może bardzo szybko stać się moją towarzyszką. Oswin jest niezwykle żywiołowa, dowcipna i bezczelna - ale nie chamska (jak się nieraz zdarzało). A przy tym jest całkiem ładna. Ale to już  cecha drugorzędna.
Fabuła tego odcinka może nie zachwyca, ale wszystko wynagradzają bohaterowie i ich radosne przekomarzania. A wiktoriański Londyn wraz z grasującymi zębatymi bałwanami i lodową guwernantką jest bardzo klimatyczny. O takiego Doktora walczyłem.
Madame Vastra, Strax i Jenny


A teraz będę się chwalił prezentami, które dostałem w tym roku. Bo taki ze mnie chwalipięta. Bo mogę. Bo to mój blog i mogę sobie na nim wypisywać co mi się żywnie podoba.
Moja nieoceniona dziewczyna podarowała mi dziesiąty tom "Baśni" Milligana. To wciąż jest bardzo przyjemny komiks. Może formuła się powoli wyczerpuje, może robi się z tego mainstreamowy tasiemiec, ale mnie ten cykl póki co nie nudzi. A wręcz przeciwnie. Dostałem też eseje o kresach Chrzanowskiego - jeszcze nie czytałem, ale to kwestia najbliższych dni. Kolejnym sympatycznym prezentem jest płótno z Iron Manem, autorstwa Barry'ego Windsora-Smitha. Chociaż mój zachwyt ciut  się zmniejszył, kiedy się zorientowałem, że to nie jest to oryginał. Najwyraźniej nie można mieć wszystkiego.



Najlepszą rzecz dała mi Valentino (której bloga niedawno polecałem). Włóczkowy Cthulhu. Własnoręcznie wykonany. Naprawdę. Jest cudowny. Kocham go. Podziwiajcie na tym kiepskiej jakości zdjęciu!

Najlepszość

Oprócz tego dostałem parę innych drobiazgów, m. in. bardzo fajną, dużą patelnię. No, ale przecież nie będę robił zdjęcia patelni.

Dzisiejsza kolęda pochodzi z następnej płyty The H. P. Lovecraft Historical Society - "An Even Scarier Solstice"

.

Kolejną piosenkę dostarcza dziś wujek Douglas - jak łatwo można się domyślić po tytule, jest to świąteczna wersja hiciora sprzed lat. 


Swoją drogą - mam wrażenie, że szlachetny Douglas P. coraz bardziej upodabnia się do miłościwie nam panującego prezydenta Komorowskiego.  Intrygujące i zastanawiające.

piątek, 27 lipca 2012

Człowiek-Alzheimer daje radę

Ktoś kiedyś mi opowiedział historię jakoby Terry Pratchett, po tym jak publicznie ujawnił, że choruje na Alzheimera, zapowiedział, iż napisze jeszcze tylko dwie książki, po czym zajmie się swoją eutanazją. A to było pięć książek temu. Jakoby. Pewnie zapomniał. Hahaha. 

Nie żebym narzekał. Sir Terry Paratchett jest brytyjskim skarbem narodowym, bezczelnie eksploatowanym przez resztę świata, i powinien działać jak najdłużej. Najlepiej byłoby go zamknąć w jakimś  bardzo wygodnym lochu, z dala od przedmiotów, mogących służyć do odebrania sobie życia, i przekonać go, delikatnie, acz stanowczo, by pisał aż do usranej śmierci. Zwłaszcza, że jego ostatnie książki trzymają naprawdę wysoki poziom.
Rycerz Terry poważnie podchodzi do swoich obowiązków.
Są inne od wcześniejszych, to prawda. Mroczniejsze, bardziej gorzkie, z mniejszą dawką potłuczonego humoru - utrzymane w stylu, który z braku lepszego terminu określiłbym jako społeczne dark-fantasy. Nie napiszę, że podejmują "poważne tematy", bo powieści Pratchetta zawsze je podejmowały. Tylko, że te ostatnie podejmują je poważniej.

Niuch zaczyna się sielsko-angielsko. Komendant Samuel Vimes, diuk Ankh, wraz z małżonką, sześcioletnią latoroślą i wiernym kamerdynerem (fachowa nazwa: dżentelmen dżentelmena) wyruszają do wiejskiej posiadłości. Na wakacje.  Na miejsce towarzystwo niczym z powieści Agathy Christie - obowiązkowy emerytowany pułkownik, równie obowiązkowy lokalny pastor (kapłan Oma), jakże obowiązkowa matrona z córkami na wydaniu oraz kilku podejrzanych i wysoko postawionych typów. Synek komendanta odkrywa uroki wsi, powiększając swoją kolekcję kupek, a Vimes, jak to stary glina, ani myśli wypoczywać, tylko od razu zaczyna węszyć za jakąś zbrodnią lub chociażby drobnym przestępstewkiem. I, jak można się było spodziewać, znajduje ją. Większą niż się spodziewał. W tym momencie klimat opowieści zmienia się całkowicie - z sielankowego kryminału przechodzi w bardzo ponurą historię o pogardzie, nienawiści, niewolnictwie i możnych, którzy, jak zwykle uważają, że stoją ponad prawem.

Niuch to całkiem niezła, mocna książka, przypominająca nieco Łups!, choć ciut od niego słabsza. Podobny jest nastrój całej opowieści, występują też niemal ci sami główni bohaterowie. Wielka szkoda, że sir Terry nie wykorzystał do końca okazji do sparodiowania angielskich powieści kryminalnych (i nie tylko). Świetnie zagrało to w czym sir Terry jest mistrzem, czyli postaci. Interesującą nową bohaterką, (choć potraktowaną po łebkach) jest Felicity Beedle - pisarka, składająca się z nawiązań do znanych angielskich autorek - m. in. J. K. Rowling i Jane Austen. Bardzo ładnie też rozwinięto postać Willikinsa, dżentelmena dżentelmena Vimesa, który w tej książce stał się pełnoprawną, prawie pierwszoplanową postacią i jednocześnie bardziej morderczą wersją idealnego waleta Jeevesa z cyklu powieści P. G. Wodehouse'a. Do tego, oczywiście sam komendant Vimes, który już od dawna jest jednym z bardziej intrygujących światodyskowych bohaterów.

Mógłbym ponarzekać, że książka jest trochę za mało zabawna, że znów eksploatuje temat uciskanej biedoty i krwiożerczych bogaczy. Mógłbym, ale warto zauważyć, że sir Terry ma już swoje lata, a do osób starszych należy się odnosić z szacunkiem i wybaczać im drobne potknięcia. A skoro tak, to Niucha polecam, tak, jak najbardziej - kupcie, bądź ukradnijcie (ale raczej z księgarni lub jakiemuś dzieciakowi, bo ebooki się słabo czyta).

A w dzisiejszym odcinku "Powinniście słuchać więcej country" gościmy Maynarda Jamesa Keenana (Tool, A Perfect Circle) wraz z zespołem Puscifer. Kawałek jest odrobinę anty-country. Ale tylko odrobinę.

czwartek, 26 lipca 2012

Himilsbach (prawie) bez Maklakiewicza


Pewna dama idąc z synkiem zauważyła leżącego w rynsztoku pijaka. Pokazując na niego palcem, mówi do synka:
- Widzisz synku, jak się nie będziesz uczył, to tak skończysz.
Na co młodzieniec:
- Ależ mamo, to jest znany aktor i literat, Jan Himilsbach.
Wtedy Himilsbach podniósł głowę i grzecznie spytał:
- I co, głupio ci teraz, ty stara kurwo?! 




Taki podobno właśnie był Jan Himilsbach. Aktor, pisarz, czołowy pijak PRL-u. Większość osób kojarzy go głównie z filmów (Rejs, Wniebowzięci, Brunet wieczorową porą), opowiada się o nim anegdoty, podobne do tej przytoczonej wyżej, rzadko jednak mówi się o jego twórczości prozatorskiej. A szkoda, jego pisanina jest naprawdę dobra. Himilsbach-aktor był samoukiem, podobnie Himilsbach-autor. Pisał głównie o rzeczach znanych mu z autopsji - życiu prostego robola, bezrobotnego, pijaka. Przedstawiał  doły społeczne z całym  dobrodziejstwem inwentarza. Bohaterami jego opowiadań są zwykle żule, złodzieje, prostytutki i szeroko pojęty proletariat. Himilsbach doskonale oddawał klimat tych środowisk. Świat jego opowiadań jest okrutnym, nieprzyjemnym miejscem. Ludzie dzielą się na złych, słabych i zwyczajnie kombinujących jakby tu w miarę przeżyć do pierwszego. Polska w jego twórczości to z jednej strony kraj zniszczony przez wojnę, z drugiej ledwo, ledwo odbudowującym się pod władzą komunistyczną. Himilsbach subtelnie uderza w przedstawicieli nowej władzy i nowy porządek, drwi z sołżenicynowskich "wykształceńców". Dostrzega kalectwo ówczesnych elit i brak tych przedwojennych. Ludzi z wyższych sfer prawie u niego nie ma, a jeśli już się pojawiają to są to emigranci, lub jednostki zdegradowane społecznie, jak tytułowy bohater opowiadania Hrabia, który niedostawszy się, ze względu na pochodzenie, na żaden uniwersytet, zmuszony jest parać się kamieniarstwem.

Po tym co napisałem, można by pomyśleć, że proza Himilsbacha jest strasznie pesymistyczna. Otóż nie. Narrator podchodzi do opisywanych wydarzeń z pewnego rodzaju ludowym fatalizmem, miejscami przechodzącym w równie ludowy stoicyzmem.  Mimo, że autor nie oszczędza swoich bohaterów, oni sami zdają się tym zbytnio nie przejmować. Nie ma pieniędzy? Zdarza się, może kiedy indziej będą. Zgarnęli cię gliniarze? Też się zdarza. Matka ci umarła? No, i cóż na poradzisz, ludzie umierają - zdarza się. Przyjmują swój los takim, jaki jest, płyną z prądem, nie starając się na siłę zmieniać swojego życia. Do tego autorem rzuci od czasu do czasu jakimś żartem, doprawi zgryźliwostką  - ot, tak dla smaku. Miejscami wręcz kpi z mniejszych i większych dramatów swoich postaci, jakby mówił - a czymże jest twoje nieszczęście wobec całego świata? I większość opowiadań utrzymana jest w takim gorzko-słodko-kwaśnym smaku - proporcje bywają różne, przeważają te gdzie dominują klimaty ponuro-prześmiewcze, ale zdarzają się też takie, gdzie gorzkie komponenty ograniczone są do minimum.

Styl jest idealnie dopasowany do opisywanych sytuacji - surowy, pozbawiony zbędnych ozdobników, a jednocześnie soczysty i bardzo autentyczny. Szczególnie czuć to czytając dialogi - to jest po prostu żywy język ulicy wczesnego PRL-u.

Czujcie się zachęceni. Najlepiej zabrać się od razu za Opowiadania zebrane. Cegłę (600 stron jak w ryj) można zakupić po taniości we wszelkiej maści "tanich książkach".










Dodatkowo: żeby nie było, że Maklakiewicz pojawił się jeno jako morda w reklamie pewnego sklepu, prezentuję Maszinowy komiks Michała Rzecznika.


Niespodziewanie - kolejny odcinek cyklu "Powinniście słuchać więcej country", a w nim świeżynka i jednocześnie odgrzewany kotlet - piosenka Highwayman w wykonaniu Macieja Maleńczuka (zwanego Panem Maleńczukiem), Gienka Loski (zwanego Spierdalajżulu) Johna Portera (zwanego Kwaśnym Josephem) i Adama Nergala (zwanego Nergalem). Zwrotki #1 i #3 (śpiewane odpowiednio przez Nergala i Pana M.) wypadły bardzo sympatycznie, pozostałe raczej słabo. Czyli pół na pół. Najlepiej w tych fragmentach wyciszać sobie piosenkę i puszczać wykonanie prawdziwych Highwaymenów. A cała płyta - Psychocountry - jest raczej sympatyczna. Gdyby nie arcychujowa okładka, to mógłbym ją nawet polecić.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Jebać księży, czyli o "Kochanku Czerwonej Gwiazdy" słów kilka

Witold Jabłoński - pisarz, poganin, okultysta, libertyn-intelektualista, znawca teatru, drzewiej sekretarz Andrzejewskiego znany jest głównie z tetralogii fantastycznej "Gwiazda Wenus, gwiazda Lucyfer". Muszę przyznać, że seria, opowiadająca dzieje śląskiego maga Witelona, należy do moich ulubionych sag fantasy. Nie, żebym był fanem gatunku, chociaż sporo tego typu literatury się przeczytało w latach młodzieńczych. Książki Jabłońskiego jako jedne z niewielu przetrwały próbę czasu. Może dlatego, że nie jest to klasyczne fantasy - raczej powieść historyczna z wątkami fantastycznymi i sporą szczyptą starego, dobrego satanizmu.
Ale nie będę pisał o tym cyklu. Nie teraz. Może innym razem. Dzisiaj opowiem o dużo wcześniejszym płodzie (o tak, to dobre określenie) monsieur Witolda - Kochanku Czerwonej Gwiazdy. Książka powstała dobre dwadzieścia lat temu. Na zamówienie. Jednak zanim powieść zdążyła się ukazać, wydawnictwo wyparowało. Cóż, w tym czasie takie rzeczy się zdarzały. Dopiero w zeszłym roku Kochanka... opublikowało wydawnictwo Abiekt.pl (niedziałające już, niestety).

Fabuła jest prosta - młody seminarzysty (typ cherubinka) spotyka równie młodego krasnoarmiejca (typ wschodniego macho, aczkolwiek nie do końca) i zakochuje się w nim. Z wzajemnością. Życzliwe im osoby starają się pomóc tej miłości, a strażnicy moralności (zarówno po jednej jak i drugiej stronie barykady) rzucają im kłody pod nogi. Ot, Romeo i Julia na miarę tamtych czasów.

Równorzędnym wątkiem jest historia pięknego syna czerwonych notabli, który to młodzieniec, wulgarnie mówiąc, puszcza się na lewo i prawo. Stacza się beztrosko na dno, wpada w coraz gorsze towarzystwo, pojawiają się narkotyki i handel śmiesznymi rzeczami, wykradzionymi Armii Czerwonej.  Kolejną postacią w powieści jest jego siostra - aktorka, grająca w tytułową rolę w inscenizacji Justyny, Boskiego Markiza. W wolnych chwilach zajmuje się wróżeniem z kart tarota. Dziewczyna wydaje się być quasi-narratorką powieści, jako, że każdy rozdział jest nazwany od karty, a ich treść jest w ten czy inny sposób powiązana z odpowiednimi figurami tarota.

Tak jak napisałem wcześniej - książka miała być romansem gejowskim, jednak mimo, że wątki homoseksualne są wszechobecne, to Kochanek... podejmuje bardziej uniwersalne zagadnienie wolności jednostki. Przez pryzmat historii o zakazanej miłości Jabłoński pokazuje ucisk człowieka przez społeczeństwo, przebrzmiałe normy obyczajowe, oraz władze - zarówno świeckie, jak i duchowne. Do najlepszych fragmentów powieści należą te, przedstawiające zmiany zachodzące w Polsce na przełomie lat '80/'90. Pokazany jest progres ekonomiczny, większa swoboda wypowiedzi, ale też zmiany jedynie pozorne - partyjni prominenci stają się dobrze prosperującymi kapitalistami, a cenzura komunistyczna zostaje zastąpiona przez kościelną. Tej ostatniej kwestii autor poświęca najwięcej miejsca, przekonując, że nieważne z która partia (banda?) rządzi, zawsze dąży ona do ograniczenia swobód obywatela.

Ilustracje są najeżone kutasami, niczym obrazki Ojca Rene, co trochę kłóci się z treścią, jako, że Jabłoński opisuje kwestie łóżkowe raczej zmysłowo niż pornograficznie. Lub też posługując się rozkosznymi metaforami, np.: "Po chwili parowóz dziejów z czerwoną gwiazdą na czubku wjechał z całym impetem do czarnego tunelu". Prawda, że urocze?

Nie jestem gejem, ani specem od literatury gejowskiej. Kochanka ... mogę więc ocenić tylko jako książkę po prostu. Nie będę roztrząsał na ile realnie opisuje środowisko homoseksualistów doby transformacji, ani czy rozterki młodych homoseksualistów rzeczywiście tak wyglądają. Jabłoński zna te kwestie z autopsji, więc pozostaje mi zaufać mu, że przedstawił je w miarę wiernie.

Główną wadą Kochanka ... jest jego długość - książka jest zdecydowanie za krótka. Akcja toczy się zbyt szybko, a w wielu fragmentach przydałoby się pewne uspokojenie, chwila refleksji, czy dodatkowy opis. Autor umieścił w tej skromnej mikro-powieści mnogość ciekawych postaci i sporo, równie interesujących, wątków. Niestety, większość z nich została przedstawiona bardzo pobieżnie. Niektóre aż błagają o rozwinięcie, inne zdają się być niepotrzebne.
A to mogłaby  być naprawdę dobra książka! Jabłoński ma spory talent narracyjny, a także niezwykłą lekkość i jednocześnie elegancję języka. Jego historie dosłownie płyną, a dialogi skrzą się dowcipem. Naprawdę, wielka szkoda, że nie nie poświęcił tej historii więcej czasu - czytelnik dostał właściwie jedynie szkic powieści, pozostawiający ogromne uczucie niedosytu.

Piosenka adekwatna, bo heteroseksualni mężczyźni nie powinni tworzyć popu. Zupełnie im to nie wychodzi.

Właściwie bardziej pasowałby kawałek Dark Age of Love Coila, ale - na rany Wilde'a - ileż można.

sobota, 11 czerwca 2011

"Mamo, co to za miły pan w okularach?"


"- Synku, to David E. Williams. Gra na syntezatorze i śpiewa wesołe piosenki. Jak go ładnie poprosisz to może coś dla ciebie zagra.
- Proszę pana, proszę pana! A zaśpiewa pan jakąś piosenkę?
- A którą byś wolał? O kobiecie przygniecionej przez figurę świętego Franciszka, czy o dumnej rasie białych panów?
- O kobiecie.
- Dobrze, będzie o kobiecie.

Charlotte stops by the cemetery every evening after work. Talks to statues of Christ and the Virgin Mary and some minor saints who lurk.
And then one day, Saint Frances topples off the tomb of some bird lover and right onto her head.
And now like everyone else there, she's very, very dead.
Charlotte's found by some boy named Fred who's jerking off beside a grave.
He steals the glass eye from her head 'cause that's the kind of thing he likes to save.
"

David E. Williams jest geniuszem. Po prostu jest*. I to geniuszem tej miary co Kurt Vonnegut, Joseph Heller lub Roland Topor. Porównania literackie są jak najbardziej na miejscu, bo słuchając jego piosenek, zwraca się uwagę przede wszystkim na teksty. Okrutne, ironiczne, ponure i niesamowicie zabawne. Przynajmniej dla ludzi obdarzonych odpowiednią wrażliwością. W swoich balladach przedstawia bardzo pesymistyczną wizję naszego świata. Według Williamsa naszą planetę zamieszkują głównie dewianci, mordercy, kaleki, naziści i martwe płody. Ludzie umierają, chorują, toczą nędzne żywota i starają się uprzykrzać egzystencję innych. Nie ma nadziei na lepsze, czy chociażby odrobinę mniej złe jutro. Muzyk często przyjmuje perspektywę bezstronnego obserwatora, spokojnie opisującego zgniłą rzeczywistość. Śpiewa sucho, beznamiętnie, dając do zrozumienia słuchaczowi, że takie rzeczy się po prostu zdarzają i nikt nic na to nie poradzi. Cóż może być śmieszniejszego?
Wszystkie teksty są dostępne na stronie internetowej Williamsa: www.davidewilliams.com

Napisałem w poprzednim akapicie o dominującej roli tekstu, co mogłoby sugerować, że muzyka jest tylko dodatkiem. A to przecież nieprawda. Warstwa muzyczna jest integralną częścią utworu (Co nie znaczy, że teksty same w sobie się nie bronią. Bronią się, ale trochę mniej.) Tworzona przez niego muzyka to syntezatorowa** mieszanka rocka, industrialu, neo-folku i piosenki kabaretowej, doprawiona spokojnym, lecz miejscami lekko skrzeczącym wokalem. Melodie są równie mroczne jak słowa i idealnie podkreślają apokaliptyczny nastrój utworów.

Jego dyskografia nie powala rozmiarem - ot, cztery płyty, cztery epki i jedna składanka. Do tego jeden krążek nagrany wspólnie z Rozzem Williamsem (niespokrewnionym), liderem Christian Death. W 2007 roku ukazał się też album z coverami jego piosenek pt.: The Appeal Of Discarded Orthodoxy: A Tribute To David E. Williams. Wystąpili m. in. Rome, Spiritual Front, Changes i Blood Axis (jako Love Axis, hihihi).


Na zachętę piosenka o Ostatnim Królu Szkocji:



*A kto twierdzi inaczej, powinien zajść z wieczora do garażu swojego taty, znaleźć młotek i z całej siły uderzyć się nim w głowę.
**+ gitara Jerome'a Deppe'a (krótko o tym panu [a także samym Williamsie] na łamach Rękopisu Znalezionego W Arkham) i czasami inne instrumenty.

niedziela, 28 marca 2010

Hej, Boyd - jak się czujesz?


Boyd Rice to szalenie interesujący Amerykanin - okultysta, artysta plastyk, współtwórca nurtu UNPOP ART, filozof, poszukiwacz Świętego Graala, sobowtór Dymitra Miedwiediewa i muzyk. W swojej karierze bawił się rożnymi gatunkami - od dziwacznych neo-folków, przez pop, aż po dzikie, szatańskie, apokaliptyczne, niesłuchalne, amelodyjne noisy. W których, zresztą Boyd (czy też NON, bo pod takim pseudonimem często występuje) czuje się chyba najlepiej. Jego muzyka jest groźna, złowieszcza, prowokująca, a jednocześnie hipnotyzująca. W słuchaczu wywołuje niepokój, przygnębienie, gniew. Boyd lubi szokować - zarówno tekstami, jak i strona wizualną swojej twórczości - odwołuje się często do symboli okultystycznych, religijnych i stylistyki nazistowskiej. Jak już pisałem - Boyd Rice to głównie potępieńczy noise - ale nie tylko.
Płyta The way I feel to składanka utworów łagodniejszych brzmieniowo (ale mocnych w warstwie lirycznej) nagranych na przestrzeni lat z wieloma tuzami sceny neo-folkowej i ambientowej. Dość wymienić takie szychy jak David Tibet (Current 93), Douglas P. (Death In June), Coil i Luftwaffe.
Jak tytuł wskazuje i jak głosi tekst na karteczce (bo trudno to książeczką nazwać) dołączonej do albumu, jest to płyta o uczuciach, jakie targają Boydem. Czyli jest tu wszystko, co lubi i czym chciałby się podzielić ze światem: muzyka z filmu Richarda Wolstencrofta Pearls before swine (w którym nota bene zagrał główną rolę), okultyzm, kiczowate popowe wstawki, żarty (Why did the feminist cross the road?), folk, przemyślenie na temat natury ludzkiej, ambient i soczyste teksty.

Aż przytoczę moje dwa ulubione fragmenty:

"Whatever happened to Vlad the Impaler?
Where's Genghis Khan when you need him?"
Z piosenki People


I z kawałka o wdzięcznym tytule Hatesville:

"And you know what?
You need hate
And we need to let you hate, because we're your friends
And we want to see you happy, and healthy, and just a little bit angry"

Prawda, że urocze? Teraz wyobraźcie sobie, że cała płyta taka jest. Rozkoszna, ironiczna, kochana.
A przy tym bardzo przyjemna dla ucha.




Hatesville na zachetę: