piątek, 1 czerwca 2012

Pryyt #2

Avengersi. Bawiłem się dobrze.

Fabuły nie było za wiele (klasyczny schemat - drużyna się zbiera - drużyna przegrywa pierwsze starcie - drużyna się przegrupowuje i tryumfuje na końcu),  sensu takoż. W zamian za to - wybuchy, strzelanie, wybuchy, naparzanie się po mordach, wybuchy, obiekty spadające z dużej wysokości, wybuchy, rzucanie ciężkimi przedmiotami, strzelanie, wybuchy, strzelanie z łuku. I wybuchy.

Film zawdzięcza wszystko (tzn. prawie wszystko, bo są jeszcze wybuchy) aktorom, którzy wcielili się w tytułową zbieraninę herosów. Po kolei. Na czele Samuel L. Jackson/Nick Fury. Wielki i twardy. Prawie tak twardy jak w Pulp Fiction.
Thor - czuły barbarzyńca, niby taki surowy buc z północy, ale jednak nie beka za często i włosy ma ładnie uczesane, a pachy elegancko wygolone.
Tony "Człowiek Żelazo" Stark - Downey jr po raz trzeci w tej samej roli. Wychodzi mu to tak naturalnie, że chyba się po prostu przyzwyczaił. Prawdopodobnie już do końca życia będzie grał Iron Mana. Z przerwami na Sherlocka (chyba, że mu Moffat zakaże).
Trochę się lękałem, że Raffalo jako Banner/Hulk nie doskoczy do poprzeczki zawieszonej przez Nortona (tak, wiem film był taki se, ale Norton był klasa), ale na szczęście mu się to udało. Wyśmienicie wyszły jego dialogi ze Starkiem, a samo samo wykonanie Hulka to główny powód dlaczego Bóg stworzył komputery.
Jeremy Renner jako Hawkeye - chyba nie kojarzę człowieka z żadnego innego filmu (poza Thorem, ale to się nie liczy), czyli nie wiedziałem za bardzo, czego się po nim spodziewać. I niespodziewajka, jego postać okazała się być jedną z ciekawszych - twardy rzouniesz, bez supermocy, ale za to z mroczną i tajemniczą przeszłością, oraz trudnymi relacjami łączącymi go ze Skarlet. Gratis blaza na ryju godna Entombeta.
Kapitan Ameryka - teoretycznie prawdziwy bohater, lider - w rzeczywistości patetyczny prostaczek, sadzący gafy pod tytułem "Jest tylko jeden bóg". Postać jest po prostu zabawna, w stylu "Hoho, jaki on pociesznie niedostosowany, skąd on się urwał? Z 1945 roku? Hohoho!". Nie, zdecydowanie nie american hero. Zawiodłem się. Ech, gdyby tylko do tej roli zaangażowano Nathana Filliona, a nie faceta, wyglądającego jak "skocz po wino i nie pij z nami".
Skarlet - wiadomo.

Prawdziwy Kapitan Ameryka          
Nieudany eksperyment szalonego naukowca


















                               


 Mimo tak wielu bohaterów, udało się uniknąć efektu Loeba - każda postać została przedstawiona w miarę solidnie, nie miałem wrażenia, że jakaś persona jest tam wklejona jako dekoracja - "bo musi być". A jeszcze udało się zręcznie wkręcić agentów S. H. I. E. L. D..

Słabiej wypadłą strona przeciwna. Jeszcze biomechaniczne, robalowate ufoludy robiły dobrze (fajnie wybuchały), ale sam główny zły - Loki, no cóż... Lubię Toma Hiddlestona, ale bóg kłamstw w jego wykonaniu jest raczej śmieszno-żałosny niż groźny. Opętańczo pragnący władzy, zazdrosny o swojego przybranego brata, Thora. Bardziej przypominał Gargamela niż kogoś kto mógłby się mierzyć z drużyną najpotężniejszych bohaterów Ziemi. Jego nadęte, paranoiczne przemowy brzmiały niczym "Jak ja nie cierpię tych smurfów!".

"Avengersi" są niezłym filmem, nie tak dobrym wprawdzie jak chcieli by niektórzy, ale zupełnie zacnym. Raczej nie mam ochoty na ponowny  seans, niemniej bardzo mnie interesuje co zrobi Whedon w kolejnych filmach o superbohaterach.

Ale jak wiadomo, filmy są dla małych dzieci i studentów filmoznawstwa - prawdziwi mężczyźni czytają komiksy. Na przykład nowego Hellboya:

Hellboy. Dziki gon. Rogaty wraca na Wyspy Brytyjskie i zaczyna zabawę z mitami arturiańskimi, elfami i resztą tamtejszego tałatajstwa. Bierze udział w polowaniu na olbrzymy i odkrywa bardziej chwalebną gałąź swojego drzewa genealogicznego.

Historia Hellboya zagęszcza się i zmierza ku finałowi. Powracają wątki z dużo starszych opowiadań. Na jedną z głównym postaci wyrosła dziewczynka (a właściwie teraz już kobieta) uratowana przez Czerwonego w Wisielcu. Ważną rolę zaczął pełnić Klub Ozyrysa (Natura bestii z tomu Prawa ręka zniszczenia).

To chyba najlepszy tom od czasu Obudzić diabła. Historia porywa od samego początku. Już po pierwszych kilku stronach opowieść pochłonęła mnie bez reszty Niesamowity nastrój, zawsze będący mocną stroną Hellboya, w tej części osiągnął niemalże wymiar realny. Autorom udało się wytworzyć klimat fantastycznej tajemniczości, którego w serii nie było od czasu... no, właśnie "Obudzić diabła". Przy lekturze tego tomu czułem się jakbym był młodszy o dziesięć lat i dopiero zaczął poznawać komiksy Mignoli. Po kilku mniej porywających tomach cała magia wróciła.

Ilustracje ponownie tworzy Duncana Fegredo. W wydanych w Polsce dwóch pierwszych tomikach z przygodami BBPO pojawił się zastęp rysowników, którzy mniej lub bardziej udanie kopiowali Mignolę. Kopiowali. Niby coś tam próbowali dodawać od siebie, ale widać było, że starają się możliwie wiernie naśladować styl Dużego Mike'a. Fegredo to zupełnie inna liga. To równorzędny artysta, realizujący własną wizją świata Hellboya, jednocześnie czując zamysł scenarzysty. Jego grafiki są o wiele bardziej szczegółowe od tych mignolowych. Zachowując mięsistość, właściwą dla serii, wprowadzają pewną eteryczność. Ciężka, monumentalna kreska Mignola doskonale tworzyła nastrój tajemniczości przez uproszczenia i niedopowiedzenia. Fegredo dodał do tego delikatność - to przecież historia o elfach i magii.



Duncan Fegredo - Jay and Silent Bob



A tutaj jeszcze jeden obrazek Duncana - Hellboy w kamizelce Sons of Anarchy. Jakby ktoś nie załapał dowcipu, to wyjaśniam - w serialu "Sons of Anarchy" jedną z głównych ról gra Ron Perlman - filmowy Hellboy. 
Żartuję, oczywiście, że wszyscy załapali.








WTEM!

Przenoszę na blogaska bestsellerowy cykl "Powinniście słuchać więcej country"*. Od dzisiaj pod każdą notką będzie umieszczona piosenka z Dzikigo Zachodu, wraz z krótkim tekstem o charakterze satyryczno-edukacyjnym.

Na pierwszy ogień idzie Dolly Parton i jej szlagier Jolene. Piosenka tęskna smutna, opisująca nieszczęśliwy trójkąt miłosny. Podmiot liryczny błaga tytułową Jolene, by zostawiła w spokoju jej chłopa, który tą najwyraźniej darzy jakimś uczuciem. Sytuacja niezręczna - jakkolwiek postąpi Jolene, ktoś będzie w dupie - uwiedzie faceta - podmiot liryczny zapłacze się na śmierć, odczepi się od niego - biedak będzie tęsknił i swoje frustracje wyładowywał na podmiocie lirycznym. Nie wiemy jak na całą sprawę zapatruje się Jolene. Może być też tak, że obie panie mają się ku sobie (podmiot liryczny opisuje Jolene w samych superlatywach).
Najlepiej jakby wyjechali do Utah, zostali mormonami i żyli w wesołym trzyosobowym małżeństwie.




Piosenkę coverowali m. in. White Stripes, Strawberry Switchblade i Rykarda Parasol (jej wersję da się słuchać).

*Wcześniej na pejsbuku, gdzie cieszyć się nim mogli nieliczni wybrańcy.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Jebać księży, czyli o "Kochanku Czerwonej Gwiazdy" słów kilka

Witold Jabłoński - pisarz, poganin, okultysta, libertyn-intelektualista, znawca teatru, drzewiej sekretarz Andrzejewskiego znany jest głównie z tetralogii fantastycznej "Gwiazda Wenus, gwiazda Lucyfer". Muszę przyznać, że seria, opowiadająca dzieje śląskiego maga Witelona, należy do moich ulubionych sag fantasy. Nie, żebym był fanem gatunku, chociaż sporo tego typu literatury się przeczytało w latach młodzieńczych. Książki Jabłońskiego jako jedne z niewielu przetrwały próbę czasu. Może dlatego, że nie jest to klasyczne fantasy - raczej powieść historyczna z wątkami fantastycznymi i sporą szczyptą starego, dobrego satanizmu.
Ale nie będę pisał o tym cyklu. Nie teraz. Może innym razem. Dzisiaj opowiem o dużo wcześniejszym płodzie (o tak, to dobre określenie) monsieur Witolda - Kochanku Czerwonej Gwiazdy. Książka powstała dobre dwadzieścia lat temu. Na zamówienie. Jednak zanim powieść zdążyła się ukazać, wydawnictwo wyparowało. Cóż, w tym czasie takie rzeczy się zdarzały. Dopiero w zeszłym roku Kochanka... opublikowało wydawnictwo Abiekt.pl (niedziałające już, niestety).

Fabuła jest prosta - młody seminarzysty (typ cherubinka) spotyka równie młodego krasnoarmiejca (typ wschodniego macho, aczkolwiek nie do końca) i zakochuje się w nim. Z wzajemnością. Życzliwe im osoby starają się pomóc tej miłości, a strażnicy moralności (zarówno po jednej jak i drugiej stronie barykady) rzucają im kłody pod nogi. Ot, Romeo i Julia na miarę tamtych czasów.

Równorzędnym wątkiem jest historia pięknego syna czerwonych notabli, który to młodzieniec, wulgarnie mówiąc, puszcza się na lewo i prawo. Stacza się beztrosko na dno, wpada w coraz gorsze towarzystwo, pojawiają się narkotyki i handel śmiesznymi rzeczami, wykradzionymi Armii Czerwonej.  Kolejną postacią w powieści jest jego siostra - aktorka, grająca w tytułową rolę w inscenizacji Justyny, Boskiego Markiza. W wolnych chwilach zajmuje się wróżeniem z kart tarota. Dziewczyna wydaje się być quasi-narratorką powieści, jako, że każdy rozdział jest nazwany od karty, a ich treść jest w ten czy inny sposób powiązana z odpowiednimi figurami tarota.

Tak jak napisałem wcześniej - książka miała być romansem gejowskim, jednak mimo, że wątki homoseksualne są wszechobecne, to Kochanek... podejmuje bardziej uniwersalne zagadnienie wolności jednostki. Przez pryzmat historii o zakazanej miłości Jabłoński pokazuje ucisk człowieka przez społeczeństwo, przebrzmiałe normy obyczajowe, oraz władze - zarówno świeckie, jak i duchowne. Do najlepszych fragmentów powieści należą te, przedstawiające zmiany zachodzące w Polsce na przełomie lat '80/'90. Pokazany jest progres ekonomiczny, większa swoboda wypowiedzi, ale też zmiany jedynie pozorne - partyjni prominenci stają się dobrze prosperującymi kapitalistami, a cenzura komunistyczna zostaje zastąpiona przez kościelną. Tej ostatniej kwestii autor poświęca najwięcej miejsca, przekonując, że nieważne z która partia (banda?) rządzi, zawsze dąży ona do ograniczenia swobód obywatela.

Ilustracje są najeżone kutasami, niczym obrazki Ojca Rene, co trochę kłóci się z treścią, jako, że Jabłoński opisuje kwestie łóżkowe raczej zmysłowo niż pornograficznie. Lub też posługując się rozkosznymi metaforami, np.: "Po chwili parowóz dziejów z czerwoną gwiazdą na czubku wjechał z całym impetem do czarnego tunelu". Prawda, że urocze?

Nie jestem gejem, ani specem od literatury gejowskiej. Kochanka ... mogę więc ocenić tylko jako książkę po prostu. Nie będę roztrząsał na ile realnie opisuje środowisko homoseksualistów doby transformacji, ani czy rozterki młodych homoseksualistów rzeczywiście tak wyglądają. Jabłoński zna te kwestie z autopsji, więc pozostaje mi zaufać mu, że przedstawił je w miarę wiernie.

Główną wadą Kochanka ... jest jego długość - książka jest zdecydowanie za krótka. Akcja toczy się zbyt szybko, a w wielu fragmentach przydałoby się pewne uspokojenie, chwila refleksji, czy dodatkowy opis. Autor umieścił w tej skromnej mikro-powieści mnogość ciekawych postaci i sporo, równie interesujących, wątków. Niestety, większość z nich została przedstawiona bardzo pobieżnie. Niektóre aż błagają o rozwinięcie, inne zdają się być niepotrzebne.
A to mogłaby  być naprawdę dobra książka! Jabłoński ma spory talent narracyjny, a także niezwykłą lekkość i jednocześnie elegancję języka. Jego historie dosłownie płyną, a dialogi skrzą się dowcipem. Naprawdę, wielka szkoda, że nie nie poświęcił tej historii więcej czasu - czytelnik dostał właściwie jedynie szkic powieści, pozostawiający ogromne uczucie niedosytu.

Piosenka adekwatna, bo heteroseksualni mężczyźni nie powinni tworzyć popu. Zupełnie im to nie wychodzi.

Właściwie bardziej pasowałby kawałek Dark Age of Love Coila, ale - na rany Wilde'a - ileż można.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Kultyści przechodzą do mainstreamu

Idę ci ja sobie ulicą i nagle widzę coś takiego:

Kultowe lodówki. Kultowe. Czyli dla członków jakiegoś kultu. Kultystów. Miło, że ludzie o nietypowych poglądach religijnych znaleźli swoje miejsce w globalnej wiosce. Ktoś chce na nich zarobić. Stali się targetem. Od tego już tylko jeden mały krok do powszechnej akceptacji.
Dodatkowo, taka lodówka to wspaniała rzecz. Dzięki temu nie trzeba będzie już trzymać rytualnych ingrediencji w zatęchłych, wilgotnych piwnicach. A w sytuacji, gdy ktoś trzyma np. krew dziewiczą w swojej zwykłej lodówce, zniknie ryzyko, że nieuważna żona lub kochanka, przez przypadek doda jej do sałatki.

Z ulotki reklamowej:

"Półki dostosowane do przechowywania ludzkich głów uciętych w czasie jakiegoś ważnego rytuału. Specjalne przegródki na wyrwane serca. Szuflady do przechowywania wnętrzności do wróżenia."

Chyba kupię sobie od razu dwie.


A jak już jesteśmy przy sprawach mrocznych i fascynujących, to przypomniała mi się zabawna anegdotka.

Chodziłem wtedy do podstawówki. Miałem kolegę. Takiego Pawełka. Razem z nim lubiliśmy robić głupie dowcipy – wypuszczać powietrze opon, smarować gołębie masłem, dosypywać soli do ciastek... Takie tam. Pewnego razu dzwoniliśmy do drzwi i uciekaliśmy, zanim właściciel nie otworzył. Zrobiliśmy taki numer w kilku domach, i dochodzimy do dwupiętrowego bliźniaka. Ja się chowam w krzakach, Pawełek dzwoni do drzwi. A drzwiami był Yog-Sothoth. Pieprzony Yog-Sothoth. Nigdy więcej nie widziałem Pawełka.

Wyobrażacie to sobie?! Pieprzony Yog-Sothoth!

H.P. Lovecraft Historical Society - "I saw mommy kisiing Yog-Sothoth"

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Wejście tylko dla alienów.

Wczoraj byłem na Pasji, Krzysztofa Pendereckiego. Spektakl miał miejsce w kompleksie znanym gawiedzi jako Alvernia Studios. Jak sama nazwa wskazuje, obiekt znajduje się w Alwernii (niedaleko od Krakowa) i jest to studio filmowe. Nie mam pojęcia co tam kręcili, i szczerze mówiąc jakoś mnie to specjalnie nie interesuje - liczy się ciekawa architektura tego miejsca. Zespół budynków składa się z kilkunastu sporych kopuł, połączonych przezroczystymi tunelami. Do tego dochodzą bardzo dziwaczne, acz urokliwe drzwi, prowadzące do poszczególnych kopuł. "To jakaś pierdolona stacja kosmiczna" - jak powiedziałby Poeta. I słusznie. Zanim kompleks został zaadaptowany na potrzeby kolesi od ruchomych obrazków, służył kosmitom do przeprowadzania eksperymentów na miejscowej ludności.

Jakość zdjęcia tłumaczy dziwna fizyka tego miejsca.



Legenda głosi, że tych drzwi wcale nie projektował H. R. Giger. Tylko inny facet, który aktualnie jest mu winny dużo pieniędzy.

Zdjęcie zrobione przez przypadek, kiedy uciekałem przed strażnikami w śmiesznych maskach.

O tutaj jest link, jakby ktoś chciał tam sobie urodziny urządzić: www.alvernia.com

A sam koncert/spektakl? Hmm... Spodziewałem się czegoś więcej po Pendereckim. Muzyka była dobra, ale mało porywająca. Miejscami się nudziłem. Aktorzy, krążący wokół sceny też nie robili szczególnego wrażenia. Ale może ja się po prostu nie znam i jestem burakiem bez szkoły. Za to bardzo mi się podobało jak Pan Krzysio dyrygował. Tak niespiesznie. Dostojnie. Czuć było moc w tych ruchach.



Piosenka na dziś z zupełnie innej bandy, bo nazwa bloga (czasami) zobowiązuje.

sobota, 19 listopada 2011

Industrialowo-młodopolsko

Wybrałem się wczoraj na koncert "Śmiałka". Koncert nietypowy, gdyż wszystkie piosenki były muzycznymi interpretacjami wierszy Tadeusza Micińskiego. Wyszło przepysznie. Utwory Miciniśkiego same z siebie są bardzo bardzo meliczne, a z kolei teksty "Śmiałka" już wcześniej były bardzo micińskie (tak, to był koncert pod tytułem "patrzcie od kogo zrzynamy"). Do tego mroczna industrialowo-rockowa muzyka pasowała idealnie - ciężkie, groźne dźwięki świetnie oddawały diaboliczny nastój twórczości Micińskiego, jednocześnie nie tracąc swojego oryginalnego stylu.
Ech, czuć było tę szaloną, mistyczną atmosferę początku poprzedniego wieku, gdy pisała się Księga Tajemna Tatr, a po Galicji kroczył Stach Przybyszewski.

Żeby nie być takim hurra-masturbującym-się, trochę przytyków: zabrakło rozbuchanej oprawy wizualnej, tak charakterystycznej, dla regularnych występów zespołu, także koncert był trochę za krótki, ale cóż - taka uroda darmowych koncertów.

Poważnie, bardzo chciałbym zobaczyć ten program w wersji pełnej - z makijażami, kostiumami, tancerzami, kultystami i Rafałem Śpiewakiem.


Poniżej: micińskie teledyski promujące tegoroczną edycję Castle Party, której zespół ostatecznie nie wystąpił (lol). Tłumaczy to poniekąd obecność na koncercie zastępów hipster-gotów.




poniedziałek, 14 listopada 2011

Pryyt #1

Obecnie jestem niemal stuprocentowym no-lifem. To prawda. Moją żałosną egzystencję dzielę pomiędzy studia, pracę* i resztki życia erotycznego.
Oraz łykanie pop i wysokiej kultury. Fuck yeah, nieżycie jest piękne.

Skrótowo, telegraficznie wręcz, o tym co ostatnio widziałem, czytałem i słyszałem.

"Anioły na ostrzu igielnym", autorstwa Jurija Drużnikowa, pisarza radziecko-emigracyjnego, szestidiesiatnika, od niedawna świętej pamięci.
To przede wszystkim dość kompletny obraz Rosji epoki Breżniewa (zwanego w książce "Towarzyszem Krzeczastym"), zwłaszcza wyższych sfer Związku Radzieckiego - członków Komitetu Centralnego, kagiebistów, wojskowych, przedstawicieli prasy. Ale nie tylko - w książce jest też miejsce na małych, nieważnych obywateli ZSRR. Każdy z kilkunastu bohaterów powieści jest dokładnie opisany - przy każdym, oprócz jego historii jest zamieszczony ankieta osobowa - jedna z wielu, jaki trzeba było w tym ustroju wypełniać przy różnych okazjach. Mimo mnogości postaci, czytelnik nie gubi się w fabule, losy wszystkich zgrabnie się przeplatają - od skromnego kierowcy aż po samego Breżniewa. A nad wszystkim unosi się (dosłownie i metaforycznie) duch markiza de Custine.
Drużnikow pisze lekko, ironicznie, bezwzględnie obnażając okrutne absurdy rzeczywistości radzieckiej. Z powieści wyłania się obraz społeczeństwa zniszczonego i zastraszonego - tytułowe anioły to nikt inny jak bohaterowie, niezależnie od zajmowanego stanowiska, bojący się o swoją przyszłość, zdający sobie sprawę z tego, że w systemie komunistycznym nikt nie jest bezpieczny. Kawał solidnej literatury - polecam!



"Luther" to kolejny dowód na to, że BBC robi świetne seriale. Krótko - historia policjanta z problemami psychicznymi, który ściga przestępców z problemami psychicznymi. Dawno (nigdy?) nie widziałem tak ponurego, przygnębiającego serialu. To nie jest komediowy "Dexter" - tutaj mordercy to naprawdę bezwzględne, nieludzkie monstra, policja jest bezradna, a społeczeństwo znajduje się w zaawansowanym stadium znieczulicy. Nastrój beznadziei podkreśla sceneria Londynu "B" - blokowiska, opuszczone fabryki, szare dworce itd.. Aktorsko jest równie dobrze. Przede wszystkim Idris Elba w roli tytułowej - bardzo oszczędna gra w stylu twardzieli kina noir, przerywana co jakiś czas napadami szału. Partneruje mu przez większość czasu Ruth Wilson jako psychopatyczny sidekick. Do tego solidna drugoplanowa rola ósmego Doktora. Pozostali aktorzy też prezentują wysoki poziom. Ale to już standard we współczesnych serialach.**

Nota bene, HBO przymierza się do serialu na podstawie "Amerykańskich bogów", Gaimana. Elba byłby idealny do roli Cienia. Idealny!

A teraz dla odmiany trochę zdrowego hejtu. Przesłuchałem ostatnio płytkę "Herbert", nagraną przez różnych znanych: Gabę Kulkę, Wojciecha Waglewskiego, Adama Nowaka i innych takich.
Albo mi się w dupie poprzewracało od zajebistych interpretacji Herberta, wykonywanych przez Przemysława Gintrowskiego, albo ta płyta jest naprawdę bardzo, bardzo chujowa.
Jako podkład muzyczny do tekstów poety służą kompozycje funkowo-popowe - w dodatku miernej jakości. Do niektórych kawałków dodano zupełnie niepotrzebne wtrącenia obcojęzyczne. Ja rozumiem, że ktoś chciał podejść do tematu nowatorsko, no, ale u kaduka - to trzeba z jakimś pomyślunkiem, a nie na zasadzie " gramy taką muzykę, jaka nam się podoba, używamy tekstów Herberta i będzie fajnie".
Nieźle wypadły jedynie recytacje Jana Nowickiego i Rafała Mohra - ale to wcale nie ratuje albumu. Dodanie dwóch łyżek kawioru do gnijącego bigosu nie sprawi, że wyjdzie dobra potrawa.



Dla odmiany coś muzycznie dobrego - psychiczny młodzieniec Monte Cazazza i Znak Diaboła:


A może by się do jakiegoś muzeum wybrać? Albo do Augustowa?

*Ktoś kiedyś powiedział, że "żadna praca nie hańbi". Prawdopodobnie to był ten geniusz, który wymyślił hasło "O gustach się nie dyskutuje".
**Żyjemy w Złotym Wieku.

piątek, 5 sierpnia 2011

Sasha Grey nie przyjechała.


Długo czekałem na koncert Current 93. Bardzo długo. I wreszcie się doczekałem. Czuję się trochę bardziej spełniony.


Katowicki występ Tibeta i spółki zaczął się od Rivers of Babilon (puszczone z taśmy, żeby nie było wątpliwości), w które wbiły się industrialowe trzaski i szumy. Potem przyszedł czas na Invocation of almost, a kiedy czarne statki podgrzały densflor sala zmieniła się w kościół baptystów i wszyscy zaczęli tańczyć obłąkańczo, zrzucając z siebie ubrania i wykrzykując wyrazy w zapomnianych językach.. Wróć. Nie. Ale prawie.
Grano głównie kawałki z ostatnich płyt*, więc było bardziej mrocznie, ciężko i psychodelicznie niż lirycznie i nastrojowo. Po sufitem kłębiły się alefy, eony i apokryfy, jednak znalazło się też miejsce dla Lucyfera (sponad Londynu, oczywiście).
W tle majaczyła rozgwieżdżona Golgota. A sam Tibet? Zawodził swoim obłąkańczym, profetycznym skrzekiem, tańczył (boso), podrygiwał (również boso) i wyginał się ekstatycznie (wciąż boso). Po prostu cudownie. Także wspierający go apokaliptyczny orszak znakomitości (m. in. Baby Dee, Andrew Liles i Michael Cashmore) spisał się znakomicie. Trochę szkoda, że nie było więcej starych piosenek (wszystkie piękne koniki zostały chyba wcześniej złożone w ofierze), ale cóż - dzięki temu koncert był bardziej uporządkowany i spójny. Poza pewnymi wstawkami humorystycznymi sprawiał wrażenie dawno temu napisanej liturgii. Ja, w każdym razie, czułem się jakbym uczestniczył w jakiejś dziwacznej, heretyckiej mszy.

Grali ponad dwie godziny, i pewnie grali by dłużej, gdyby nie przeszkodziły czynniki oficjalne.

Szkoda tylko, że nie potańczyliśmy narkoleptycznie, ale i tak to był koncert życia. .

Pozytywnym zaskoczeniem był support - Trembling Bells. Na albumach studyjnych prezentowali smut-folkowe pipczenie w stylu znanej ludowej piosenki o córce młynarza, co to lubiła się puszczać, a na końcu umarła z miłości. Tymczasem na żywo pokazali jaja - brzmieli groźniej, ciężej - nawet wokal aż tak bardzo nie wkurwiał.



Invocation of Almost z koncertu w Moskwie. Podobne wykonanie dosyć.



p.s.: notkę zdobi obraz Davida Tibeta, I have seen the gnostic glory 1. Do kupienia na jego stronie.

p. s. 2: Z zabawnych ciekawostek: w ramach bisu Baby Dee zaśpiewała piosenkę Shirley Temple, Be optimistic, kończąc ją słowami "Smile, you little gothic faggot".

p. s. 3: A centrum Katowic nocą jest całkiem miłe dla oka.

*To niesamowite, ale piosenki z HoneySuckle Æons brzmiały lepiej na żywo.