sobota, 2 kwietnia 2011

Chcę zostać karłem!


Wybrałem się dzisiaj na wystawę My i Oni. Zawiła historia odmienności. Polecam - całkiem solidne streszczenie historii zachodniej dziwaczności (i postrzegania jej przez ludzi "normalnych") od średniowiecza po czasy współczesne. Jak na jedno piętro MCK, udało się zmieścić sporo interesującego materiału. Temat został potraktowany dosyć przekrojowy - oprócz klasycznych przykładów sensacji salonowych, takich jak olbrzymy, cudzoziemcy czy hermafrodyci zaprezentowano m. in. pensjonariuszy angielskich domów wariatów, wilkołaki, dandysów i brzydkich ludzi. Ale nie tylko. Sporo miejsca poświęcono na cudowne średniowieczno-wczesnorenesansowe bestiaria. Przy większości wystawionych grafik, współcześni artyści, lubujący się w malowaniu potworów, wypadają jak banda nędznych nudziarzy. Nie mogło zabraknąć też karłów. Na szczęście nie sprowadzono ich jedynie do roli błaznów - na kilku rycinach można było zobaczyć miniaturowych dworzan. Aż przypomniała się urocza Drabina Jakubowa Władysława Terleckiego.

Wystawa nie ograniczała się jedynie do grafik - w miejscu przedstawiającym bardziej współczesne oblicza odmienności były wyświetlane filmy - Nosferatu – symfonia grozy Friedricha Wilhelma Murnaua i Dziwolągi Toda Browninga. Tuż obok znalazły się komiksowe akcenty ekspozycji*: okładka El Borbaha Charlesa Burnsa i plansze z Zostać nietoperzem Warrena Ellisa i Jima Lee (opowiadanie znajduje się w pierwszym tomie zbioru Batman: Black & White). Nie wiem czemu zdecydowano się akurat na grafiki Lee - jego Batman jest straszliwie zwyczajny, to po prostu człowiek w kostiumie nietoperza - nie czuć od niego nieludzkości czy dziwaczności. O wiele lepiej pasowałyby malunki Simona Bisleya lub ilustracje Tima Sale'a.



Na ścianach ostatniej sali wisiały krzywe zwierciadła - tak, żeby zwiedzający, po kilku pokojach teorii, mógł się osobiście poczuć jak dziwadło. Przechodziłem od jednego lustra, do kolejnego chichocząc pod nosem, aż w pewnym momencie stanąłem oniemiały. Cóż za zabójczo seksowny karzeł! Dobre parę minut wpatrywałem się w moją skarlałą postać. Powiem szczerze - wyglądałem lepiej od połączenia Michaela J. Andersona i Petera Dinklage'a**.

Myślę, że byłbym najlepszym karłem świata.
Paradowałbym sobie w moim przepysznym fezie, postukując laseczką, a obok mnie biegłby mój wierny mops, Winston. Ech.

Tak, jak dorosnę, to chcę zostać karłem.







Przy okazji polecam ciekawego bloga: Intertekstualnie. Wizualnie. Paranoidalnie.
Myślę, że spodoba się wszystkim koneserom dziecięcej pornografii, oszustom podatkowym i damskim bokserom.



*Ciekawostka - to nie były oryginalne grafiki, ani nawet wydruki tylko albumy komiksowe (z kolekcji Andrzeja Rabendy) włożone w muzealne gablotki.
**A już 17 kwietnia HBO wyemituje pierwszy odcinek serialu "Gra o tron" (na podstawie prozy George'a R. R. Martina, oczywiście), gdzie tenże zagra Tyriona Lannistera. Jaram się, jaram.

sobota, 23 października 2010

Lustmord to Brian Williams dark-ambientu.


Kolejny Unsound Festival się powoli kończy.
(Przy okazji: patrzcie jaki fajny plakat!) Tym razem wybrałem się tylko na jeden koncert - Darkness & Light w krakowskim kinie Kijów, czyli Hildur Guðnadóttir wraz z islandzkimi kolegami, Moritz von Oswald Trio i Lustmord.


A właściwie LUSTMORD!

Ale zanim nastąpi darkambietowaty wylew hype'u, krótko o występie Hildur. Wiolonczela, dwa saksofony (obsługiwane przez jednego jegomościa) i gitara. Elektronicznie, nastrojowo. W połowie występu Hildur zaśpiewała hymn Islandii, uprzednio wyjaśniając, że napisał go facet, który dostał kamieniem w głowę, umiera i modli się, żeby bogowie przyjęli go do nieba*. Pozytywna, rozluźniająca godzina - ostatnie chwile spokoju przed dark-ambientowym Armageddonem.

Niektórzy twierdzą, że muzyka Lustmorda jest niepokojąca. Mylą się. Ona jest kurewsko przerażająca. Cieszę się, że przed koncertem nie zaaplikowałem sobie żadnego zmieniacza świadomości, bo mogłoby się to skończyć bardzo, bardzo źle.

Potężne uderzenia niskich dźwięków, ryki, zawodzenia, wycie, upiorne rogi - tak w skrócie można opisać muzykę. Do tego równie klimatyczne wizualizacje - mgła, ogień, alchemiczne symbole oraz sporo metaforycznego szatana. Cała sala drżała, a niektórym skóra schodziła z twarzy. Całość zmiażdżyła, sponiewierała i zostawiła z uczuciem umęczenia poharatanej duszy.
Zasłużone 620 w skali Crowleya.

Po występie kazało się, że Lustmord to bardzo sympatyczny starszy pan, doskonale sprawdzający się w roli zakopiańskiego misia.

Potem wystąpili sobie panowie z Moritz von Oswald Trio - jeden wesoło naparzał w dziwaczną świecącą perkusję, a dwaj pozostali coś kombinowali przy laptopie i innych elektronicznych ustrojstwach. Miło, sympatycznie - prawie dyskotekowo.

Ogólnie - silny kandydat to tytułu koncertu roku.

*Nasz napisali masoni. Polska: 1, Islandia: 0

sobota, 1 maja 2010

Tony Stark, ty rozkoszny łobuziaku!













Zgodnie z oczekiwaniami, Iron man 2 okazał się być bardzo dobrym popkorniakiem. Szybkim, pozbawionym zbędnych dłużyzn i widowiskowym. Nakręconym bez niepotrzebnego patosu, skrzącym się błyskotliwymi dialogami i bardzo, bardzo zabawnym. Dość wspomnieć scenę, w której pijany Tony Stark bije się ze swoim czarnym kolegą. Obaj oczywiście w zbrojach.
Paradoksalnie, to co najbardziej przykuwa uwagę w najnowszym filmie ze stajni Marvela, to nie efektowne efekty specjalne, wybuchy czy naparzanki, ale grający w nim aktorzy. Owszem, wszystkie wymienione prezentują się znakomicie, ale to właśnie kreacje aktorskie sprawiają, że Iron Mana 2 ogląda się tak dobrze.
Przede wszystkim sam tytułowy bohater, czyli Robert Downey Jr. Jego Iron Man jest w pewnym sensie zaprzeczeniem modelu superbohatera. To kawał bufona i narcyza. Jest niefrasobliwy, nie liczy się ze zdaniem innych, nadużywa trunków. Ale to już pokazał w pierwszej części. Iron Man 2 to przede wszystkim wróg Blaszaka - rosyjski fizyk, Ivan Vanko, czyli Mickey Rourke. Pokryty tatuażami, wyposażony w garnitur złotych zębiszczy - przy tym nastajaszij russki - twardy, małomówny, prezentujący tumiwisistyczną odmianę stoicyzmu. Nawet wschodni akcent wyszedł mu nieźle. Rurka to wielki aktor i basta.
Miłym akcentem była Scarlet Johansson, w roli Black Widow. Mimo, że jej rola była co najwyżej trzecioplanowa, to całkowicie przyćmiła, też zresztą niezłą, Gwyneth Paltrow. Cieszy większy udział Samuela L. Jacksona. Jako Nick Fury radzi sobie zupełnie nieźle i mam nadzieję, że w kolejnych filmach będzie bardziej eksploatowany.
Drażnił jedynie konkurent Starka - wyglądający jak Piotr Kraśko, Justin Hammer. Był straszliwie przerysowany, jakby żywcem wyjęty z kreskówek wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Szkoda też, że startujący Iron Man dalej przypomina skrzyżowanie pingwina i C3PO.

Więcej grzechów nie stwierdzono. Idźcie do kina i bawcie się dobrze.


Mój ulubieniec, obłąkany Alan Moore coraz bardziej szaleje w klimatach muzycznych. Niedawno współpracował ze Stevenem O'Malleyem z Sunn O))) przy utworze inspirowanym dwoma obrazami Martina i Turnera. Aktualnie pisze rock-operę o Johnie Dee, elżbietańskim magu i szpiegu. Muzyką do tego dzieła zajmują się członkowie zespołu Gorillaz.
Oprócz tego, niedługo ma ukazać się olbrzymie audio-wizualne wydawnictwo - Unearthing, w którym Moore'a będą wspierać m. in. Stuart Braithwaite (Mogwai), Justin Broadrick (Jesu, Godflesh) i Mike Patton (wiadomo).

Do posłuchania - stare nagranie mistrza Alana: March of the Sinister Ducks

niedziela, 25 kwietnia 2010

Powinniście słuchać więcej country


Tak mi się przypomniało.

W dzisiejszym "Kąciku pseudo-yntelygenta" pokażemy jak chwalić się znajomością literatury z krajów egzotycznych. Przykładem będzie Depeche Mode, Serhija Żadana. Prosto z dzikiej Ukrainy.

Na wstępie należy wyjaśnić, któż to taki ten Żadan. "Serż Żadan? Hmm... Jakby go określić? Najtrafniej go zdefiniować jako mieszankę Wieniedikta Jerofiejewa, Huntera Thompsona oraz Charlesa Bukowskiego, podlaną punkowym sosem i z przyczepioną ukraińską mordą." Po czym wymieniamy tytuły innych jego książek (Anarchy in UKR, Hymn demokratycznej młodzieży, Big Mac). Mimochodem wspominamy, że jego książki publikuje wydawnictwo "Czarne", należące do Andrzeja Stasiuka i jego żony, Moniki Sznajderman. Tonem znawcy polecamy zebranym wszystkie książki tej oficyny.

Potem przechodzimy do sedna. "Depeche Mode jest książką po części autobiograficzną, opisuje kilka dni ze studenckich lat pisarza i jego znajomych. Akcja powieści to ciąg absurdalnych, pijacko-narkotykowych wojaży. Bohaterowie włóczą się po Charkowie i okolicach, chlejąc i ćpając na potęgę. Ścierają się z milicją, kradną popiersie Mołotowa, rozprawiają o teorii permanentnego pochuizmu, cały czas próbując odnaleźć zaginionego kumpla. W książce wręcz roi się od wyjątkowych, pełnokrwistych postaci m. in: Sobaka Pawłow, antysemita, który nienawidzi swoich rodziców - Żydów, amerykański kaznodzieja Johson-i-Johnson i puszczająca się z każdym córka generała - Marusia. Z zespołem Depeche Mode książka nie ma wiele wspólnego - ot, tyle, że w pewnym momencie uspawani bohaterowie słuchają audycji radiowej, w której prezentowana jest dosyć frywolna wersja historii kapeli. Niemniej jest to całkiem długi moment i jedna z lepszych scen w powieści."

Później kilka słów o stylu. "Depeche Mode to szybki, mocny drink literacki. Samogon z samogonem - wstrząśnięty, niezmieszany. Tej książki się nie czyta, tylko połyka jednym haustem. Kopie natychmiast. Język Żadana jest kokieteryjnie prostacki. Jest mocny, rubaszny okraszony soczystymi wulgaryzmami. Opisuje pijackie przygody, tak jak każdy z nas by chciał by jego wódczane eskapady wyglądały. Pisane przez niego bełkotliwe, acz smakowite dialogi wywołują raz po raz trudne do opanowania wybuchy śmiechu."

"Jednak przez opary alkoholowe i dym marihuanowy przebija się gorzki obraz młodzieży ukraińskiej początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia - czasów transformacji i rodzącego się nieśmiało kapitalizmu. Depeche Mode mimo pozornej niefrasobliwości, to opowieść pełna brudu, przemocy, braku perspektyw i ogólnej beznadziei."
Powyższe zdania koniecznie należy podkreślić, na wypadek, gdyby publiczność miała odnieść (jakże mylne) wrażenie, że Depeche Mode taka sobie wesoła książka o młodocianych menelach.

Na finiszu przytaczamy kilka zgrabnych cytatów:

"Wowę i Wołodię nie za bardzo lubiliśmy, ale tolerowaliśmy ich, studiowali historię i jak większość prymusów z historii, współpracowali z KGB; KGB, myślę, mocno ucierpiało przez obecność w swoich szeregach dwóch daunów - Wowy i Wołodii, ale układ jest układ, inaczej po co trzymaliby ich na etacie."

"I jak oni grali! Jak bogowie! Czyli prawie nie kaszanili."

"Jeszcze do dziś irlandzcy fanatycy futbolu, idąc na sportowe areny i kibicując swoim ulubieńcom, zgodnie wyśpiewują:
Święty Dave'ie, wypierdol tych przeklętych katolików! "

Opowiadając o Depeche Mode należy delikatnie sugerować, że podobne przeżycia nie są nam obce - dzięki temu dodamy trochę mrocznego kolorytu do naszego imidżu chłodnego intelektualisty i w towarzystwie staniemy się równie atrakcyjni jak jednooki Gruzin w smokingu.


Nawiązując do tytułu notki - dwóch generałów Konfederacji, którzy po bitwie pod Gettysburgiem zdecydowali się porzucić karierę wojskową na rzecz grania country. Mrocznego, gotyckiego, szatańskiego country. Ladies and gentlemen - Those Poor Bastards - "Swallowed by sin".


P. S. Od jakieś czasu moje przygody można śledzić na Twitterze. W sensie tam, u góry strony, po prawej.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Sarmatia uboga

Przy niedzieli postanowiłem się wreszcie wybrać na wystawę Sarmatyzm. Sen o potędze. Pełen nadziei na ucztę dla oczu i ducha pomaszerowałem na Szczepańską, gdzie rzeczona się mieści. Na miejscu okazało się, że miśki z Muzeum Narodowego dały ciała. Temat potraktowano bardzo po macoszemu, jakby organizatorzy wstydzili się kultury sarmackiej, jako części naszej tożsamości narodowej. Wystawa została przygotowana niemalże wyłącznie dla ludzi, którzy nigdy w życiu z kulturą sarmacką nie mieli do czynienia. Ekspozycje upchnięto w kilku salkach na parterze kamienicy Szołayskich. Zbiory prezentują się mało okazale - cóż, przedstawienie przekroju 300 lat polskiej kultury i sztuki użytkowej na takim obszarze nie mogło wyjść dobrze. Wystawa zawiera sporo niezłych portretów, kilka ksiąg, parę ozdób, pasów i trochę oręża od Czartoryskich, oprócz tego jeden pokój poświecono na pokazanie jak styl sarmacki funkcjonował w późniejszych czasach. Dodatkowo można przymierzyć żupan (wow!) i kupić parę pamiątek (reprodukcji obrazów i tandetnych gadżetów pseudo-sarmackich) w muzealnym sklepiku. I tyle. Gdyby coś takiego organizowało muzeum w jakimś miasteczku powiatowym - wszystko byłoby w porządku, ale gdy temat podejmuje Muzeum Narodowe, reklamując go w dodatku plakatami rozwieszonymi w całym mieście, wymagania są dużo, dużo większe.

W miarę obiecująco prezentuje się cykl wykładów towarzyszących wystawie - szczególnie interesująco zapowiadają się odczyty dr hab. Andrzeja Waśko - Wpływ literatury pięknej na obraz sarmatyzmu w świadomości historycznej Polaków (29 IV o 18.00) i dr hab. Piotra Krasnego Barokowa kultura Sarmatów i Madziarów (11 V, również o 18.00). Tuszę, iż prelegenci nie powtórzą błędów muzealników i swoje wystąpienie przygotują rzetelnie.

Na pocieszenie puściłem sobie Jacka Kaczmarskiego - panie i panowie - Na starej mapie krajobraz utopijny.*



Przy okazji - nowa płyta Currenta 93, Baalstorm, Sing Omega (December 1971), ukazać się ma już 28 maja. Cieszymy się jak Wookie.

*Z płyty Sarmatia, oczywiście.

piątek, 9 kwietnia 2010

Ile Marvela w Marvelu i czy Stan Lee powinien się przewracać w grobie?*


Excelsior! Co było gdyby wszystkich marvelowskich trykociarzy-cwaniaczków pozbawić supermocy i modnych obcisłych kostiumów? Albo stworzyć uniwersum gdzie bohaterowie nigdy nadludzkich zdolności nie mieli? Na pomysł napisania czegoś takiego, a konkretnie komiksu o wdzięcznym tytule Powerless wpadło dwóch panów - Matt Cherniss i Peter Johnson.
Oś fabuły stworzona jest wokół trzech postaci - Petera Parkera, który po ugryzieniu pająka cierpi na martwicę prawej ręki, ślepego prawnika, Matta Murdocka i Logana, który ma problemy z pamięcią. Całą trójkę łączy postać psychologa, dr Wattsa, który jednocześnie jest narratorem w Powerless. Jako, że jest to świat Marvela, w tle przewija się mnogość innych znajomych postaci - Tony Stark, Emma Frost, Brian Michael Bendis... Jednak jest to też komiks anty-marvelowski, w potocznym rozumieniu tego słowa. Nie-niesamowity, nie-spektakularny, pozbawiony efektownych scen walk, pościgów, wybuchów. Co nie znaczy, że jest nudny - wprost przeciwnie, trzyma w napięciu do ostatniej strony.
Wątki Parkera i Murdocka oraz ich zmagania, odpowiednio, z Normanem Osbornem i Wilsonem Fiskiem napisane są bezbłędnie i czyta się je wybornie, wręcz wyborowo. Jak na ludzi, o których wcześniej nie słyszałem, obaj panowie sprawili się dzielnie. Niestety, postać Logana wyraźnie została wtłoczona na siłę. Wygląda na to, że włodarze Marvela, po przeczytaniu komiksu powiedzieli: "No, dobra chłopaki, fajny komiks napisaliście, ale czemu tu nie ma Wolverine'a? Musicie jakoś wcisnąć Wolverine'a! Wszyscy kochają Wolverine'a! Komiksy bez Wolverine'a gorzej się sprzedają! Wymyślcie coś, ok?" No i wymyślili - do całkiem dobrego dramatu psychologicznego z lekką nutką sensacji dodali hipnozę, pranie mózgu, i rękawice-pazury. Bafomecie, ty widzisz i nie grzmisz! O ile lepiej do tej historii pasowałby cierpiący na rozdwojenie jaźni Bruce Banner. Rysunki w Powerless popełnił Michael Gaydos, ilustrator m. in. niezłego komiksu Daredevil: Redemption. Lepszego grafika chyba nie mogli znaleźć - jego kreska jest brudna, brzydka, doskonale pasująca do zwyczajności świata wykreowanego przez Chernissa i Johnsona.
Pomijając niefortunny występ pazurzastego, Powerless, to dobra rzecz - niegłupia, ale też niespecjalnie przeintelektualizowana.

W dzisiejszym kąciku muzycznym znany antropolog i popularyzator kultury ormiańskiej Meesh zO'khenkha przedstawia tradycyjną kołysankę, szczególnie popularną wśród dzikich plemion Galicji i Lodomerii.



Śmiałek, 1930

p. s. Krakusy i Kraków odwiedzający - wybierzcie się do Muzeum Narodowego na wystawę Maciejowskiego. warto.

*Rzecz jasna, nie mam zamiaru odpowiadać na te pytania.

niedziela, 28 marca 2010

Hej, Boyd - jak się czujesz?


Boyd Rice to szalenie interesujący Amerykanin - okultysta, artysta plastyk, współtwórca nurtu UNPOP ART, filozof, poszukiwacz Świętego Graala, sobowtór Dymitra Miedwiediewa i muzyk. W swojej karierze bawił się rożnymi gatunkami - od dziwacznych neo-folków, przez pop, aż po dzikie, szatańskie, apokaliptyczne, niesłuchalne, amelodyjne noisy. W których, zresztą Boyd (czy też NON, bo pod takim pseudonimem często występuje) czuje się chyba najlepiej. Jego muzyka jest groźna, złowieszcza, prowokująca, a jednocześnie hipnotyzująca. W słuchaczu wywołuje niepokój, przygnębienie, gniew. Boyd lubi szokować - zarówno tekstami, jak i strona wizualną swojej twórczości - odwołuje się często do symboli okultystycznych, religijnych i stylistyki nazistowskiej. Jak już pisałem - Boyd Rice to głównie potępieńczy noise - ale nie tylko.
Płyta The way I feel to składanka utworów łagodniejszych brzmieniowo (ale mocnych w warstwie lirycznej) nagranych na przestrzeni lat z wieloma tuzami sceny neo-folkowej i ambientowej. Dość wymienić takie szychy jak David Tibet (Current 93), Douglas P. (Death In June), Coil i Luftwaffe.
Jak tytuł wskazuje i jak głosi tekst na karteczce (bo trudno to książeczką nazwać) dołączonej do albumu, jest to płyta o uczuciach, jakie targają Boydem. Czyli jest tu wszystko, co lubi i czym chciałby się podzielić ze światem: muzyka z filmu Richarda Wolstencrofta Pearls before swine (w którym nota bene zagrał główną rolę), okultyzm, kiczowate popowe wstawki, żarty (Why did the feminist cross the road?), folk, przemyślenie na temat natury ludzkiej, ambient i soczyste teksty.

Aż przytoczę moje dwa ulubione fragmenty:

"Whatever happened to Vlad the Impaler?
Where's Genghis Khan when you need him?"
Z piosenki People


I z kawałka o wdzięcznym tytule Hatesville:

"And you know what?
You need hate
And we need to let you hate, because we're your friends
And we want to see you happy, and healthy, and just a little bit angry"

Prawda, że urocze? Teraz wyobraźcie sobie, że cała płyta taka jest. Rozkoszna, ironiczna, kochana.
A przy tym bardzo przyjemna dla ucha.




Hatesville na zachetę: